Moje dziecko nie musi być grzeczne.
Przyznaję, co już niejednokrotnie pisałam – trafiło mi się przynajmniej jedno dziecko, które spokojnie można nazwać dzikuskiem. To dziecko, którego nijak nie da się wpasować w jakiekolwiek normy. Samo sobie potrafi krzywdę zrobić, biegnąc na oślep przez życie. Pokryte siniakami, walczy z ograniczeniami. To dziecko potrzebuje jakby więcej. Jest bardzo wrażliwe, choć dla społeczeństwa wydaje się głównie niegrzecznym. Co najmniej o rok inteligencją przeskakuje dzieci w swoim wieku. Bo ono, choć niespokojne i ciągle żądne atrakcji, wie więcej i czuje więcej.
To dziecko najbardziej męczy. Bo kiedy wszyscy nadal smacznie śpią, ono od 5 rano leci na pełnej petardzie. Przestawia swój pokój, śpiewa, maluje. I tak do ostatniego wieczornego oddechu. Nigdy się nie zatrzymuje.
Są ogromne plusy, które jako matka takiego dzikuska widzę. I wcale nie chodzi o to, że gloryfikuję moje dziecko. Jestem bardzo obiektywna, jeśli chodzi o własne dzieci, potrafię spojrzeć na nie krytycznym okiem, może czasami aż za bardzo surowo. Wcale nie uważam, że moje dzieci są najpiękniejsze, najmądrzejsze i w ogóle naj. Tak, dla mnie oczywiście są, w moich oczach najważniejsze, ale obiektywnie wiem, że dla każdego rodzica tak to wygląda. Musi tak wyglądać, inaczej pewnie byśmy nie wyszli cało z niektórych sytuacji, które stają się naszym udziałem.
Ja po prostu wiem, że to, co dla wszystkich w koło ludzi wiedzących lepiej jest aktem nieposłuszeństwa, jest naturalną reakcją mojego dziecka. Moje dziecko nie musi być grzeczne. Uff, napisałam to. Ciężko się do tego przyznać, bo w naszej mentalności nadal istnieje takie przeświadczenie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Że dziecko ma wiedzieć, kto ustala reguły. Że trzeba go łamać na każdym kroku, żeby wiedziało, gdzie jest jego miejsce.
Każdemu od razu się wydaje, że to, że pozwalam mojemu dziecku na przestrzeń posiadania własnego zdania, że znajduję w sobie siłę i moc do dialogu z pięciolatkiem, zamiast odburknąć „jest tak, bo ja tak mówię”, że może powiedzieć „nie”, to oznacza, że moje dziecko może wszystko, dostaje to, o czym zamarzy, jest rozpuszczone, chodzi mi po głowie i nie zna absolutnie żadnych reguł. A jeśli nie stoi, tak jak inne, zastraszone, za rękę nieruchomo, to moja osobista wychowawcza porażka.
Moje dziecko wszędzie jest pierwsze. Moje dziecko musi wszystkiego dotknąć. Tak, ogromnie mnie to męczy. Bo jeszcze nie zdążę nawet pomyśleć o możliwych konsekwencjach i zagrożeniach, moje dziecko już piąty raz robi coś potencjalnie niebezpiecznego. A tylko się odwróciłam. Muszę mieć dosłownie oczy wkoło głowy, bo nadmiar energii, którą moje dziecko posiada, przewyższa moje umiejętności dotrzymywania mu kroku. Ale jest też plus. Moje dziecko nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jest pierwsze do wszystkiego, co się dzieje i nic go nie omija. A ja nie muszę go do tego popychać, czy w jego imieniu o coś walczyć.
Moje dziecko jest spontaniczne. Uczy mnie tego codziennie. Podbiega do każdego pieska, małego dziecka, wita się z każdym, do każdego ma miłe słowo i dzień dobry na powitanie. Nie istnieją dla niego żadne ograniczenia. Cieszy się ze wszystkiego. W samolocie, kiedy w końcu unieśliśmy się na ziemia, aż krzyknęło z radości. Wiem, że według pasażerów naokoło miałam inaczej zareagować. Miałam stłumić i postraszyć. Bądź cicho, bo jak nie, to… A ja uważam, że to moja mała wygrana, żeby podsycać tą radość życia jak najdłużej. Kiedy moje dziecko wykrzyknęło wtedy „mamusiu, zobacz, jaki piękny księżyc”, miałam ochotę sama podskoczyć. W świecie, kiedy wszystko jest na sprzedaż, udało mi się pokazać mojemu dziecku, że coś takiego jak księżyc jest piękne, że można zachwycić się urodą życia ukrytą w drobiazgach.
I wtedy, kiedy niedawno jechaliśmy tramwajem. Zapomniałam sobie już jaką miksturę społeczeństwa można spotkać w MPK. Kiedy na okiełznanie mojego dziecka, które nie siada, wymyśliłam zabawę szukania przez okno pieska, a moje dziecko radowało się na widok każdego odnalezionego czworonoga i bez brania przerwy na oddech komentowało, widziałam te spojrzenia dezaprobaty, słyszałam te uwagi, czy ktoś może w końcu to dziecko wyłączyć. Nie, nie może. Ono bardzo szybko zauważy, jak skomplikowane i ciężkie jest życie. Teraz, kiedy ma 5 lat, niech sądzi, że świat jest dobry. I niech sądzi tak jak najdłużej, choć już teraz, kiedy na jego wesołe „dzień dobry”, dorosły ani nie burknie, nie wiem czasami co powiedzieć, kiedy pyta „mamusiu, dlaczego ten pan nie odpowiedział”.
Moje dziecko jest wrażliwe. W wieku 5 lat potrafi rozpłakać się na bajce, w momencie, który ściska serce. Potrafi kocykiem otulić brata, który usnął, choć przed chwilą wyrywali sobie włosy z głowy. Potrafi samo od siebie zaproponować zrobienie kawy tacie, który na pewno jest zmęczony. Jest silne, przyjacielskie i otwarte na każdą krzywdę i przejaw uczuć. Ale nie potrafi zrozumieć słów delikatnie, umiar, spokój. Wiem, powinnam zarezerwować miejsce w kącie, lub za zamkniętymi drzwiami pokoju, bo tego oczekuje ode mnie pan z tramwaju. Niech moje dziecko tam siedzi, dopóki nie pojmie kto tu rządzi. Ma być cisza i spokój.
Ale moje dziecko tego nie potrafi. Kiedy wylało na siebie i podłogę szklaneczkę soku w hotelowej restauracji, bo ono nigdy nie chodzi, ono biegnie, a małżeństwo ze stolika obok posłało mu karcące spojrzenia, wbiło wzrok w podłogę i ze łzami w oczach powiedziało „nie zrobiłam nic złego”. I wtedy pomyślałam, że wygrałam. Jeśli moje dziecko w wieku pięciu lat widzi, że niezamierzone krzywdy nie są niczym złym, a wypadki chodzą po ludziach, to ważna życiowa lekcja. Również ta, że nikt z nas nie jest idealny i nawet dorosłym zdarza się wylać na siebie picie.
Wiem, że ciągle jestem dla mojego dziecka jak zdarta płyta. Muszę je chronić, muszę powtarzać nie biegaj, zatrzymaj się na chwilkę, usiądź, kiedy jesz, załóż buty. I bynajmniej nie robię tego dlatego, że pani ze stolika obok chce, aby moje dziecko chodziło jak szwajcarski zegareczek. Robię to dla jego własnego bezpieczeństwa. Nie tylko fizycznego, ale i bezpieczeństwa zrozumienia zasad społecznych.
To nie jest tak, że pozwalając mojemu dziecku na wolność i spontaniczność, pozwalam mu na łamanie zasad panujących w życiu. Do niektórych musi się dostosować. Niektóre samo z czasem pojmie. W niektórych kwestiach nie pozwalam na ustępstwa. Moje dziecko nie musi być grzeczne.
Wiem, że moje dziecko wie. Wielokrotnie już udowodniło mi, wzdychając na swój kilkuletni los, że doskonale wie, na czym polega bycie „grzecznym”, czego tak bardzo wszyscy na około od niego chcą. Na każdym kroku pokazuje, że rozumie, ale jeszcze do końca nie potrafi pojąć. Kiedy widzę przebłyski i znaki, że moje słowa trafiają, że moje dziecko rozumie o co mi chodzi, czuję ulgę. Bo właśnie tak wygląda życie z nieokiełznanym dzieckiem ulga-zmartwienie-ulga-zmartwienie. W kółko.
Martwię, się, oczywiście. Bo dla dzieci takich jak moje życie jest ekstremalne. I albo trafią na kogoś, kto będzie próbował je łamać, a ono, w swojej inteligencji przebiegłe, będzie i tak robiło to, co chce, choć na pozór nawet da się podporządkować. I dojrzeje zbuntowane, a od tego buntu droga do zejścia na złą ścieżkę niedaleka, a potem prosta droga do złośliwości, krzykactwa i aspołeczności, wyrzucania latami nagromadzonych emocji. Albo wyrośnie na popychadło. Na kukiełkę, która nigdy nie myśli o sobie, spełniając oczekiwania innych. Wykorzystujących koleżanek, destrukcyjnego związku. Bez własnego zdania i pomysłu na siebie, bez względu na własne emocje, będzie tylko naśladować. Albo trafi na kogoś, kto zobaczy w nim nieprzeciętny potencjał.
Moje dziecko zawsze pierwsze wstaje i ostatnie zasypia. Zasypia niespokojnie, co poprzedzone jest tysiącem pytań, przedstawieniem, ułożeniem kocyków, poduszek, misiów, nieskończonej ilości prac, które zrobiło i instrumentów muzycznych, które koniecznie musi mieć obok siebie. Ale w tym łóżku zawsze musi się znaleźć miejsce i dla mamy lub taty, musi być czas na ściskanie i zasypianie, które przypomina uspokajanie wściekłego lwa. Odkąd to zrozumiałam i daję mojemu dziecku to, co potrzebuje, bez wściekania się, że jeszcze nie śpi, jesteśmy szczęśliwsi i spokojniejsi. Możliwe, że moje dziecko czuje się wtedy bezpieczne. Przez ten krótki moment, kiedy jego niespożyta energia i niezłomny charakter są okiełznane.
Moje dziecko biega boso, wysiadło z samolotu po wakacjach w upale lekko ubrane, a tu 10 stopni. Spytałam tylko raz – chcesz bluzę? Nie. Ok, jak będzie Ci zimno, daj mi znać, ok? Dobrze mamusiu. Sweterek w moim domu to nie jest rzecz, którą zakładam dziecku kiedy to mnie jest zimno. Gdybym na siłę ubrała kurtkę i czapkę, strasząc chorobami, czy używając argumentów, że przecież wszystkie inne dzieci są naubierane, jakby wylądowały na Syberii w środku zimy, nauczyłabym je tylko jednego – lepiej swojego zdania nie pokazywać, silniejszy i tak wygra, trzeba się wycofać ze strachu przed karą. Nie chcę aby moje dziecko spędziło swoje życie ulegając innym i zabiegając o ich akceptację byciem „grzecznym”, cokolwiek to w danym momencie dla kogoś innego oznacza. Bo przecież co chwilę, dla każdego oznacza zupełnie coś innego.
Zdarzają się ataki furii. Kiedy nie mam lepszego pomysłu, tupiemy razem, robimy dziurę w kartce papieru, mniemy razem gazety. Pytam, czy przeszło. Jak nie przeszło, liczymy do dziesięciu. Kiedy możemy, pozwalam głośno krzyknąć. Czasami pomaga po prostu ciasny uścisk. Czuję wtedy, jak mojemu małemu, wściekłemu lewkowi, bije serducho. Szybko, niespokojnie.
Wiem, że to, że pozwalam mojemu dziecku na posiadanie swojego zdania, zaprocentuje. Tak samo jak to, że nie olewam jego emocji, ani najczęściej ich nie tłumię, też. Nie chcę, aby moje dziecko robiło zawsze to, na co ma ochotę, ale nie chcę też, aby robiło to, czego na ślepo oczekują od niego inni. Bo tak trzeba, bo tak wypada, bo wszyscy tak robią. Moje dziecko nie musi być grzeczne. Chcę, aby myślało samodzielnie, aby potrafiło samo rozróżnić dobro od zła, aby potrafiło, niezależnie od innych, sprzeciwić się komuś, kto próbuje na nim wywrzeć wpływ, przy jednoczesnym szacunku do innych osób i ich uczuć.
To właśnie w dzieciństwie, kiedy moje dziecko jeszcze uczy się siebie, jest miejsce na skrajne okazywanie uczuć, mówienie tego, co się czuje i bycie sobą. Wychowanie w spokoju, szacunku i zaufaniu daje dobry fundament do stania się asertywną jednostką, znającą swoją wartość. Moje dziecko jest śmiałe. Często i to jest dla mnie męczące, bo zaczepia każdego. Lubię w tych chwilach pomyśleć, że wybierze kiedyś zawód, wymagający kontaktów z ludźmi i rozwiniętej empatii.
Dzieci potrzebują zasad, wytyczenia granic i konsekwencji. Pięciolatek nie wie przecież co wolno, a czego nie w każdym aspekcie życia. Jego indywidualizm zamierzam rozwijać równolegle z umiejętnością życia w grupie i dostosowania się do reguł. To dlatego chodzi do przedszkola, a ja dyskutuję o sytuacjach, które się tam wydarzyły, podkreślając autorytet nauczycieli i potrzeby innych dzieci.
Możliwe, że bardziej powinnam przejmować się tym, co powiedzą inni, kiedy widzą moje dziecko w gorszym momencie szału. Możliwe, że moja niewzruszona reakcja, spokojny ton i tłumaczenie, to nie było to, czego oczekiwał ode mnie przystanek ludzi, na którym moje dziecko powiedziało do mnie, że jestem głupia. Możliwe, że rzeczywiście powinnam zamknąć moje dziecko w pokoju i nie pozwolić mu wychodzić przez najbliższe 5 lat, dopóki nie zrozumie, że „tak nie wolno”. Możliwe, że aby zadowolić tych, którzy wiedzą, że dzieci mają być przede wszystkim grzeczne, powinnam moje dziecko szturchać, krzyczeć na nie, straszyć i katować, pokazując, że mam te sytuacje pod kontrolą. Możliwe, że powinnam mojemu dziecku wbijać codziennie do głowy, że ma być usłuchane, ignorując zupełnie swoje pragnienia i własne zdanie. Bo każdemu, obserwującemu je z boku, milej jest przecież spojrzeć na „grzeczne dziewczynki”.
Ale moje dziecko nie musi być grzeczne. Dopóki nikomu nie przeszkadza, niech będzie tym, kim chce być. Ma prawo mieć swoje potrzeby i wiedzieć, że nikt go za to nie krzywdzi, a przejdzie z nim tą trudną fazę buntu, testowania, poznawania świata i swoich reakcji. Chcę mojemu dziecku pokazać, że jest mądre, że ja wiem, że chce dobrze, że słucha, że rozumie, że potrafi zachować się tak, jak w danym momencie wymaga tego sytuacja. Bo ja mojemu dziecku ufam. Bardziej niż pani obok, która wolałaby, żebym wyzwała je od głuchych i głupich i postraszyła wizją strasznej kary, która czeka go po powrocie do domu. Ja chcę być obok i wspierać, nie tłumić.
Może dla wszystkich w koło moje dziecko jest niegrzeczne, bo nagle wszyscy mają specjalizacje, które uprawniają ich do wydawania psychologicznych opinii o zachowaniach dzieci. A ja tak naprawdę podziwiam moje dziecko. Za wolność. Wolność, którą demonstruje niestrudzoną ciekawość świata, wrażliwość, kreatywność i czyste szczęście. Niepoddawanie się i szybkie zapominanie o porażkach. To dziecko prawie w ogóle nigdy nie płakało, ono nie ma czasu, musi dalej biec. I chciałabym, zamiast tłumić i łamać tą wolność, pozwolić jej trwać. Więc jeśli to Ty jesteś panem z tramwaju, małżeństwem w restauracji, czy panią z samolotu – odwróć wzrok. Moje dziecko w niczym Ci nie przeszkadza. Moje dziecko nie musi być grzeczne.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Ja mam podobne dziecko, ma teraz juz 8 lat. Od kiedy poszedl do szkoky jest slabo, sa inne, ostrzejsze wymagania, niz w przedszkolu. Widze jak bardzo sam sie meczy ze swoim wzmozonym napedem i tym, jak napisalas, ze musi a nawet MUSI dotknac 5 razy, powachac, wykrzyknac i pobiec. A nauczycielka zawsze mowi: 'nie wolno!’. Moze moglismy trafic lepiej (pomimo starannego wybierania szkoly) ale prawda jest taka, ze tak jak funkcjonuje ona tak tez funkcjonuje reszta swiata. Widze jak moj syn bardzo sie meczy nie potrafiac bardziej dostosowac sie do wymaganych zasad. Ja z mezem tez sie meczymy, czesto czyjemy bezradnosc i zlosc, raz na niego raz na innych (na szczescie na innych czesciej). Jestem z zawodu psychoterapeutka i zdecydowalam sie na dwa dzialania, z jednej strony prace z Integracja Sensoryczna (SI) bo ewidentnie sa ku temu podstawy a z drugiej na psychoterapie. Mysle ze ciagle zyjemy w swiecie kiedy taka osobowosc jak Twojego czy mojego dziecka jest odbierana niechetnie zarowno w dziecinstwie jak i pozniej. Nie mam zamiaru temperowac dziecka zeby wyroslo w zyciu na idacego za stadem barana ale chce mu pomoc poczuc sie bardziej komfortowo z soba samym.
Oj tak. Też mam tzw. trudne dziecko. Jedno na pewno, ośmiolatek z ZA. A twój opis jak ulał pasuje do jednej z moich bliźniaczek. Dwuletni, poobijany, posiniaczony wulkan energii? Do szału mnie doprowadzają uwagi ludzi wiedzących wszystko lepiej. Bo pewnie rozpuściłam dzieci, w naszym domu nie ma żadnych zasad, wolna amerykanka. No cóż, staram się uodpornić, co oni mogą wiedzieć. I osobiście uważam, że mój syn jest bardzo grzeczny. Nie kłamie, nie jest złośliwy, kocha bliskich całym swoim sercem. Owszem, zdarzają się nieraz bardzo trudne sytuacje, napady szału. Ale ja wiem, że to nie dlatego, że jest „rozwydrzonym bachorem”, inni niech myślą co chcą. Choć czasem przykro.
Muszę Cię zmartwić. Już niedługo wulkan energii i człowiek pozytywnie nastawiony do całego świata może zmienić się w człowieka zniechęconego, apatycznego i zmęczonego życiem już w wieku 12 – 13 lat. Twój opis w większej części pasowałby do mojego syna, ale takiego, jakim był jakieś trzy lata temu. Niestety nasza „cudowna” polska szkoła „poradziła” sobie z jego entuzjazmem, kreatywnością i indywidualizmem już przez trzy lata edukacji wczesnoszkolnej. W czwartej klasie moje dziecko już nie odbiegało na ogół ani im plus, ani im minus od rówieśników. Jeszcze przez kolejne trzy klasy czasami zdarzył mu się jakiś wyskok, ale ile razy można usłyszeć, że się jest błaznem, adhdekiem, itp. i to również od kolegów z klasy. W końcu dał się wtłoczyć w ramy, przepuścić przez szablony i jest podobny do innych. Powinnam się cieszyć, że teraz jest mniej problemów i wizyt w szkole, szczególnie tydzień przed pójściem do gimnazjum, ale ja trochę tęsknię za moim małym synkiem, który potrafił uklęknąć -co ja piszę? – rzucić się na kolana przed wychowawczynią z przedszkola i powiedzieć: „kocham panią, ja się z panią ożenię!!!”.
Na obronę ludzi z tramwaju, niestety, cudze głośno gadające dziecko jest zwykle denerwujace. Człowiek Np wraca zmęczony po pracy i musi słuchać irytujących wysokich tonów. Podobnie irytujący są ludzie nadający w środkach komunikacji przez telefon. No ale rozumiem, że po prostu czasem się nie da, żeby spokojnie siedziało i cichutko rozmawiało.
A i ludziom przydałoby się więcej wyrozumiałości. Kiedy jeszcze nie miałam dziecka i wkurzały mnie dzieci w autobusach, po prostu tłumaczyłam sobie, że ja też kiedyś będę mieć dziecko a teraz nie wiem jak to jest, więc nie będę oceniać. Wiece, potem karma wraca 😉
I ku przestrodze, mam dużo młodszą siostrę, która była bardzo żywiołowym, aktywnym dzieckiem, któremu jadaczka się nie zamykała. Wszyscy ją uciszaliśmy, uważaliśmy często za irytującą. Efekt jest taki, że ma 19 lat, siedzi non stop w telefonie, ma problemy z nawiązywaniem relacji, jest małomówna, ubiera się jak facet, mimo że jest piękna dziewczyną i za dziecka lubiła księżniczkowe klimaty, widzę, że jest niedowartościowana, trochę pogubiona. Szkoda, że nasi rodzice nie wiedzieli tego wszystkiego, co teraz wiemy o wychowaniu dzieci. Nie wiem jeszcze jakie będzie moje dziecko, na razie jest przesłodkim niemowlaczkiem, ale mam nadzieję, że nie popełnię takich błędów jak u mnie w domu.
Ja w tym widzę klon mojej 4 latki kocha swiat zwierzątka wszystkie musi dotknąć co mnie zawsze przeraza ale pozwalam . Wszystko widzi pozytywnie śpiewa tańczy rozmawia z każdym spotkanym człowiekiem już w żłobku było widać ze jest odważna i niczego się nie boi. Artykuł daje dużo do myślenia szczególnie nam dorosłym ze nie potrafimy się cieszyć każdym dniem i sytuacją przez to jesteśmy tacy zmierzli i niemli dla innych takie dziecko w domu otwiera oczy rodziców. Ja codziennie widzę coraz więcej a jestem tatą wiec sami widzicie to działa. Super temat pozdrawiam
Też mam takie dziecko. Chodzi już do szkoły – jest ciężko. Zazdroszczę tego luzu. Choć refleksje i założenia mam te same, nie potrafię ich jeszcze wcielić w czyn. Wydrukuję sobie ten artykuł i będę powtarzać niektóre ustępy – może pomoże…
Mom zdaniem to jeden z Twoich najbardziej poruszajacych postow. Ilez w tym prawdy, ze ludzie chcieliby ogladac dzieci milczace, siedzace w jednym miejscu, ulozone, w czystych ubraniach i z buzia w ciup! Jedna z bliskich mi osob ma szescioletniego syna z nadpobudliwoscia, do tego maly zostal adoptowany dopiero 2 lata temu, mial bardzo burzliwe dziecinstwo. Wydawac by sie moglo, ze majac te wiedze, nauczyciele powinni rozumiec, dlaczego dziecko ma problemy z przestrzeganiem zasad i tzw. norm szkolnych, a tymczasem to szkola wlasnie jest glownym zrodlem ich trosk, bo wciaz tylko upomnienia i pretensje. A my, kiedy spotykamy sie z mlodym, z radoscia patrzymy, jak ten „problematyczny” chlopiec opiekuje sie nasza poltoraroczna corka(!), jak razem podziwiaja swiat i gadaja ze soba, kazde w swoim wlasnym jezyku.
Pięknie to napisałaś. Koniecznie do wydrukowania dla każdej mamy która ma podobna przygodę z macierzynstwem aby w tych trudnych momentach kiedy cierpliwość jest na skraju wytrzymalosci, przypominac sobie ze to dziecko nie robi Ci na złość ono tak ma!
Jedno dziecko jest za ciche, nieśmiałe i do wszystkiego trzeba go motywować, inne za głośne, za szybkie wszędzie się wkręci – dokładnie tak jak dorośli. Tylko w innym wymiarze bo na innym etapie życia. Jeden tata bardzo żywego 3 latka w poczekalni u lekarza powiedział, w kontekście dzieci, słowa które będą ze mną na zawsze: „trzeba brać jak idzie, nigdy nie wiesz co Ci się trafi”. Zabawne ale jakie życiowe. Zaakceptujmy nasze dzieci takie jakimi są. Ja też momentami patrzę na synka i w głowie mi się kołacze że mógłby bardziej to albo mniej tamto…a potem mówię nie, biorę go takiego jaki jest, już bardziej mój nie może być. Dobrze mi się trafiło. I po cichu liczę na to że za 20 lat powie że i jemu trafiła się fajna mama, która do bólu kocha jego każdą cząstkę i nie próbowała go „naprawiać” by dostosować do wymogów pana z tramwaju, małżeństwa z restauracji czy pani z samolotu.
P.S a może oni tak patrzyli bo Ci zazdrościli takiej super żywiołowej dziewczyny, mając samym w domu nieśmiałe jagniątka?? 😉
Pięknie to ujęłaś… Wiesz, strasznie lubię Cię czytać :*
Świetny tekst!!! Moje dziecko też nie musi i nie jest „grzeczne” i czyste. Mój syn jest rezolutny, ciekawy świata i ludzi. Krzyczy z radości gdy widzi coś co zachwyca i wyraża niezadowolenie gdy ktoś bez uprzedzenia kończy jego zabawę. Rozmowa i tłumaczenie to podstawa naszej komunikacji. Odwiedziny u znajomych których w domu jest cicho i czysto to było nie lada wyzwanie. Dzieci są cicho, nie babrają się podczas jedzenia i nie roznoszą zabawek po domu. (Gdy się jednak zajrzy do tego „idealnego”, czystego domu, okazuje się, że zabawki leżą zakurzone, a ulubioną rozrywką 3 latka jest oglądanie MiniMini… całymi dniami.)
Od dziś to moje motto! Mam baardzo podobne dziecko.
Zgodzę się z większą częścią tekstu. Jednak kwestia tego, że jak dziecku będziemy pozwalać na wyrażenie swojego zdania jak pozwolimy mu na nie . Pomoże mu w przyszłości nie być popychadłem niestety to nie jest takie proste. Mam dwie córki młodsza dosłownie jakbym w Pani opisie czytała o swojej. A starsza totalne przeciwieństwo spokojna, cicha mam problem z obroną swojego zdania mało konfliktowa. I mimo, że nie wychowujemy aby siedziały cicho często zachęcam aby walczyły o swoje zdanie nie pozwalały wejść sobie na głowę. Młodsza nie ma z tym problemu jednak starsza niestety ma. Dlatego pewne rzeczy są cechą charakteru i są dzieci po prostu z natury bardziej wycofane i wcale nie wynika, że rodzić bez przerwy strofował dziecko. Wiem, że przy starszej muszę włożyć dużo pracy jednak czasami mam wrażenie, że z osobowością nie wygram. To typ mega wrażliwy. Czasami to już nie wiem co mam robić, żeby bardziej umiała postawić się.
Bardzo ładnie napisane.gorzej kiedy zacznie się szkoła i nieładne odzywki do Pani która czegoś wymaga , podważanie autorytetu nauczyciela, dyskusje z nim.I usłyszysz”to przecież takie inteligentne dziecko ,takie mądre,przewyższa poziomem wiedzy wszystkich w klasie….jednak szkoda aby przez swoje zachowanie wszystko zmarnowało…..” i co zrobisz?….