Wyjeżdżamy.

Zdaję sobie sprawę z tego, że zaskoczy Was ta informacja. 12 stycznia 2017 roku wyjeżdżamy do Australii, do Perth. Nie wiem, czy na stałe, bo ja już trzy raz wyjeżdżałam i zawsze wydawało się, że na zawsze.

Dlaczego wracałam? Każdemu, kto zna naszą sytuację zawsze przychodzi do głowy pytanie, dlaczego tkwimy w Polsce, skoro mamy opcję żyć w kraju mlekiem, miodem i najlepszym na świecie Shiraz płynącym? Ano dlatego, że Kraków to moje miejsce na ziemi. Tutaj czuję się sobą. Nie zgadzam się z poglądem, że w Polsce nie ma możliwości, a Polacy są zawistni. Każdy kraj ma plusy i minusy, a ludzie… na całym świecie są bardzo podobni. Mieszkałam już w Australii, w Stanach, w Wielkiej Brytanii i wiem to na pewno. Wszyscy chcemy tych samych rzeczy – pokoju, miłości i bezpieczeństwa finansowego.

Mój mąż przez pobyt w Polsce stał się innym człowiekiem. Otworzył się na świat, zrozumiał, co oznacza bycie Polakiem. Wydaje mi się, że bez tego nie bylibyśmy w stanie zbudować aż tak głębokiej relacji. Nasz polski system wartości jest zupełnie inny od zachodniego, więc było to dla mnie bardzo ważne. I chciałam, aby tutaj mieszkał, żył, pracował. Łatwiej jest mu zrozumieć moje tęsknoty i obawy.

Jestem patriotką i zawsze, wszędzie, o każdej porze i bez względu na nastroje polityczne powiem, że „Ja to mam szczęście, że (…) żyć mi przyszło, w kraju nad Wisłą…”*. Jestem i zawsze byłam dumna z faktu bycia Polką. I nie brałam w ogóle pod uwagę opcji, aby moje dzieci miały urodzić się gdziekolwiek indziej. Dlatego mieszkaliśmy tutaj, aby dzieci nauczyły się dobrze języka polskiego. To dla mnie priorytet.

Nie wyobrażam sobie, aby teraz tutaj napisać, że Polska to bagno. Owszem, jest dziwnie, to, co się dzieje może przerażać, ale przetrwaliśmy już wiele jako naród, więc i PiS przetrwamy. Bardziej niż polityka przeraża mnie inny realny problem, z którym muszę codziennie walczyć. Smog. Wydaje mi się zwykłym absurdem to, co się dzieje. A właściwie co się nie dzieje. Dopuszczalne normy pyłu bywają w Krakowie przekroczone nawet sześciokrotnie. To przez to nasze dzieci chorują, od tygodni boli nas głowa, mąż ma ataki astmy pomimo zwiększonej dawki leków prewencyjnych, często nie możemy wyjść z domu. Powietrze tutaj, gdzie mieszkam, śmierdzi. Właściwie nie widujemy błękitnego nieba. To wszystko sprawia, że czuję się jakbym mieszkała w kraju trzeciego świata, a nie w rozwiniętej Europie. Chcę móc odetchnąć pełną piersią. Pójść z dziećmi na spacer bez obaw, że zachorują. W końcu chcę biegać bez maski.

Oczywiście w Australii jest inny problem – dziura ozonowa, która sprawia, że słońce wręcz parzy. To dlatego wszyscy na potęgę się smarują kremami z filtrem, nie wyjdą z domu bez nakrycia głowy i chronią się przed słońcem. Zawsze się śmiałam, że rękę bliżej okna w samochodzie mam bardziej opaloną (prawą, bo ruch w Australii jest lewostronny). Osobiście męczy mnie upał, choć oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to narzekania na miarę rozpuszczonego bachora. Bo w Australii jest najpiękniejsze niebo, jakie kiedykolwiek widziałam (nawet na Karaibach takiego nie ma) i pogoda po prostu jest zawsze. Oprócz kilku dni, kiedy pada, słońce praktycznie zawsze świeci. Może dlatego ludzie są tam szczęśliwi. Bo jak już Kazik śpiewał „Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca, nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące, tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy”**. Może coś w tym jest.

Odkąd w Polsce rządy sprawują ludzie nietolerancyjni, a tendencja ta widoczna jest również na świecie (Brexit w Wielkiej Brytanii, wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA), mój australijski mąż po raz pierwszy od dziesięciu lat mieszkania w Polsce, miał kilka nieprzyjemnych sytuacji na tle rasistowskim. Dwukrotnie świadkiem tych (na szczęście na razie tylko słownych) ataków były nasze dzieci. Nie chcę ich wychowywać w duchu nietolerancji i agresji. Można więc powiedzieć, że rzeczywiście, wybór PiS-u przyspieszył naszą decyzję o wyjeździe z Polski, choć tak naprawdę to tylko jeden z bardzo wielu powodów.

Jednym z głównych powodów są dla mnie dzieci. Język angielski zapewnił mi nieograniczone możliwości. Chcę, aby moje dzieci opanowały go na poziomie native. Sama najwięcej nauczyłam się za granicą. Choć miałam solidne podstawy gramatyczne i dużą wiedzę, sprawnego posługiwania się językiem nauczyłam się dopiero będąc w sytuacji, kiedy otaczał mnie ten język z każdej strony. I to chcę dać dzieciom, bo to w moim subiektywnym odczuciu największy kapitał. To wolność.

Martwi mnie polska szkoła i raporty, które wyraźnie pokazują, że nadal uczy się dzieci przez wkuwanie. Sama byłam typowym kujonem, wszystkie szkoły skończyłam ze świadectwem z paskiem, a na studiach miałam stypendium naukowe. Przez 12 lat szkoły i 5 lat studiów nie nauczyłam się jednak tyle, co przez rok studiów podyplomowych w Australii. Podejście do nauczania było zupełnie inne (oczywiście nie mogę porównać studiów z podstawówką, niektórych rzeczy rzeczywiście trzeba nauczyć się na pamięć). Na egzaminach wszystkie pytania były opisowe. Ocena składała się w 50% z aktywności na zajęciach, w 30% z pracy zespołowej, a dopiero 20% z egzaminu. Liczyło się głównie myślenie, kojarzenie faktów i „miękkie” umiejętności. Trochę inaczej niż u nas, prawda?

Kiedy porównuję się z mężem, jego wiedza tak zwana „uliczna” jest większa niż moja. Bo ja na geografii uczyłam się o morenach, a on miał za zadanie przynieść potrawę z Meksyku. Ja na biologii uczyłam się o rozmnażaniu pantofelka, a on jak założyć prezerwatywę. Na matmie uczyłam się całek, a on podstaw inwestowania na giełdzie. Ja na wuefie skakałam przez kozła (do teraz śni mi się po nocach), on uczył się pływać. On na zajęciach praktycznych uczył się zmieniać żarówki i robić jajecznicę, ja pamiętam jakieś dziwne wyszywanki, które i tak w rzeczywistości robione były w domu z dużą pomocą rodziców. Szkoła po prostu przygotowywała do życia w społeczeństwie, do radzenia sobie, czego niestety wielu nam, Polakom, nadal brakuje.

Dlatego od 1 lutego (nie wiem kiedy to minęło, przecież jeszcze wczoraj leżały w inkubatorach!) moje dzieci idą do szkoły w Australii. W tym kraju nikt się nie zastanawia czy są w wieku 5 lat na to gotowe. Bo wszyscy się martwią, czy to szkoła jest na to gotowa. Kiedy w zeszłym roku mieliśmy wycieczkę po typowej państwowej podstawówce w Australii, popłakałam się. Najważniejsze dla Pani dyrektor było pokazanie nam wsparcia, jakiego szkoła udziela dzieciom i rodzicom. I trochę mi się zamarzyło, żeby moje dzieci mogły tego doświadczyć. Kiedy napisaliśmy maila do trzech podstawówek, którymi byliśmy zainteresowani, z pytaniem co mamy zrobić, aby zapisać nasze dzieci, dostaliśmy odpowiedzi w ten sam dzień. Zapraszamy serdecznie! Przynieście zaświadczenie o szczepieniach (!!!), potwierdzenie adresu (rejonizacja) i świadectwo urodzenia, może być nawet dzień przed startem szkoły. Do teraz nie mogę w to uwierzyć. Można bez biurokracji? Bez podań? Bez świadków? Bez focha? I przede wszystkim bez łaski i nerwów? Chce mi się trochę tego podejścia „no problem”.

Ważny jest też dla mnie nacisk na sportowy styl życia propagowany w Australii, bardzo to lubiłam. Wszyscy biegają, ćwiczą, grają w golfa. Place zabaw to dzieła sztuki, na których można bawić się godzinami. No i oczywiście plaża. To dlatego włożyliśmy tyle wysiłku, aby nauczyć dzieci pływać. Zaraz po przyjeździe zapisujemy ich do Nippers (klub małych ratowników). Sama będę uczyła się surfować, ale wymyśliłam, że jednak z wiosłem, bo boję się rekinów. Tak, tak, Australijczycy są dumni z tego, że ileś tam gatunków najniebezpieczniejszych stworzeń na ziemi mieszka właśnie tam. Co dziwne, mieszkałam 3,5 roku w Australii i nie widziałam ani raz ani żadnego strasznego pająka, ani rekina. Widziałam za to wielokrotnie delfiny, misie koala i kangury. Na wolności.

Kolejny powód naszego wyjazdu to mąż. W żartach śmieję się, że albo wyjazd, albo rozwód. Prawdą jednak jest, że mieszkał 10 lat w Polsce i po prostu tęskni. Kiedyś podjęliśmy taką decyzję, trudną dla nas i naszych rodzin i teraz moja kolej na wyjazd. Pogodziłam się z tym wiele lat temu.

Jeśli chodzi o blog, absolutnie nic się nie zmieni. No może tyle, że będę Was trochę denerwować tą pogodą. Problemy rodziców, matek i ich dzieci są przecież na całym świecie bardzo podobne. Liczę na to, że będę miała dla Was jeszcze więcej ciekawych tematów, które zmuszą Was do przemyśleń, może działania.

Moje dzieci są w połowie Australijczykami i najwyższa pora, aby poczuły, co oznacza bycie Ozzie (slang od Australia-Aussie-Ozzie i popularny okrzyk „Ozzie ozzie ozzie oi oi oi”). Mam nadzieję, że i one wyrosną na otwartych, pewnych siebie optymistów, tak, jak i mój mąż. Ale i nie zapomną nigdy co to oznacza być Polakiem. I żadna plaża, kangury i misie Koala tego nie zmienią.

Oczywiście wiem, że będę ogromnie tęsknić. Australia jest bardzo daleko, koszty lotu i logistyka są czasami przerażające. Perth to nie Londek czy Dublin, na weekend za kilka Euro nie da się przylecieć. To jednak jest drugi koniec świata. Ja kocham nasze cztery pory roku (w Australii są w moim mniemaniu tylko dwie – lato i jesień), lubię śnieg, białe Święta (w Australii jest wtedy upał, pamiętam Wigilię, kiedy stałam cały dzień przy garach przy 38 stopniach), rozczula mnie wiosna, tulipany, najpiękniejszy miesiąc maj, bez, truskawki, wrzosy, szeleszczące jesienne liście. Kocham nasze tradycje, lubię polską muzykę, polskie kino, nawet czasami polską kuchnię. Nasze cudne morze, spacer Krupówkami. Sportowe emocje i to jak się wtedy jednoczymy. Będzie ciężko nie widywać na co dzień przyjaciół, rodziny. Oczywiście, że mojej rodzinie jest przykro, niektórzy przyjaciele żegnają nas z bólem serca. Dobrze, że jest Skype.

Ale.

Życie jest bardzo krótkie. Trzeba ryzykować, trzeba próbować, trzeba przeżywać i żyć ze wszystkich sił. Teraz. Świat jest taki piękny! Właściwie zawsze w moim życiu prawdziwe szczęście zaczynało się poza moją strefą komfortu. Mam nadzieję, że i teraz tak będzie.

Lepiej niż Barańczak bym tego nie ujęła.

„Jeżeli porcelana to wyłącznie taka”

Stanisław Barańczak

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Tak więc pozdrawiam Was ja, wkrótce Matka Polka emigrantka. Bo ja w świecie czuję się też jak u siebie w domu. Bo dom to ludzie, a nie cztery ściany. Będzie się działo!

* Maryla Rodowicz „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”

** Kazik „4 pokoje”

Zdjęcie mojej wkrótce lokalnej plaży (!) źródło.

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

61 komentarzy

  1. Dobra decyzja! Pozytywnie Wam zazdroszczę tego nieba i plaż! <3 Mimo że pająków nie spotkałaś, zawsze zaglądajcie do butów przed ich nałożeniem! xD

  2. Bylebyście byli szczęśliwi 🙂 A Twój opis szkoły i życia w Australii jest taki, że sama mam ochotę się spakować i wyjechać jeszcze przed porodem 😉
    Buziaki ;*

  3. Kochana liczę na to, ze będziesz z nami dalej! Decyzja dość trudna.. Jednak miejsce cudowne

  4. Gratuluję decyzji i odwagi! Liczę na recenzje gadżetów dla dzieci, których u nas nie ma;-) i chętnie dowiem się jak się przygotowujecie do przeprowadzki – może jakieś wskazówki? my niedługo też sie przeprowadzamy i już lekko panikuję na samą myśl o tym, a jak pomyślę, że miałabym się przeprowadzać na drugi koniec świata, to… umieram z ciekawości jak to się robi:-)

  5. Coraz częściej i my myslimy o wyjeździe. Ułożyliśmy sobie życie na tej naszej wsi, ale to co się dzieje wokół nasuwa myśl o wyjeździe. Taka Australia byłaby świetnym kierunkiem, ale jest strasznie daleko. Oby nam się odmieniło… Zazdroszczę mimo to takiego wyjazdu.

  6. Dagmarko Kochana,

    Czytam ten wiersz Baranczaka teraz codziennie. … dziękuję Ci za tę inspirację i za przypomnienie , że tak często „we’re taking for granted” dużo za dużo rzeczy w naszym życiu – partnera, dzieci , pracę ( jakakolwiek by nie byla) bliskich…. i zapominamy , że wcale nam się ” nie należy „…. dzięki

  7. My dopiero co wrocilismy (z Hiszpanii), dokladnie rok temu. W ciagu tego roku mialam ochote wyjezdzac juz wielokrotnie i to dokladnie z tych samych powodow, co Ty. Moj wymarzony kierunek to wlasnie Australia. Gratuluje decyzji, jeatem pewna, ze to dobry wybor.

  8. Wspaniala decyzja i zazdroszcze…wiecznego lata :)) Zycze rowniez szczescia na Waszej nowej drodze zycia :))

  9. Sama bym chetnie wyjechala do Australii, glownie ze wzgledu na klimat i powietrze. Przeraza mnie to co sie obecnie dzieje w kraju i smog w Krakowie lecz czesc Twoich argumentow do mnie nie trafia: moj syn chodzi do kameralnej podstawowki gdzie wszyscy go znaja z imienia i nazwiska a ludzie sa mili a nauczyciele opiekunczy i przyjazni nie tylko w stosunku do dzieci ale i rodzicow, na wf cwiczy plywanie i jezde na lyzwach, czesto wychodzi z klasa na wycieczki do teatru, krajoznawcze itp, wiec czerpie wiedze nie tylko z podrecznikow:) Dostal sie tam z podania, ktore wypelnilam przez internet i tez nie bylo swiadkow i focha, I jest do panstwowa podstawowka.
    Moja znajoma z pracy rowniez wyszla za maz za Autralijczyka i mieszkaja w Perth, z tego co mowi jest to Eldorado jesli chodzi o prace i ogolnie jest szczesliwa czego i wam zycze. Mam nadzieje, ze nie odbierzesz mojego postu jako hejtujacego. Absoutnie nie to mialam na mysli. Chcialam tylko zaznaczyc, ze w Krakowie z podstawowka nie musi byc zle:)

    1. Fajnie, że Ci się tak udało. Moi znajomi mają takie spostrzeżenia ze szkół ale prywatnych. Muszę przyznać, że moje dzieci chodzą do państwowego przedszkola i też nie narzekam, jest fajne. Nie napisałam, że tu jest źle a tam dobrze, nauczycielem z powołania można być nawet w Koziej Wólce. Eldorado z pracą jest wszędzie, tylko u nas można pracować i nie mieć na godne życie, a w rozwiniętym świecie już się to raczej nie zdarza.

  10. Jak ja zazdroszczę Ci tej decyzji! Sami też czujemy, że robi się wokół nieprzyjemnie, ciasno i w ogóle „to nie jest kraj dla normalnych ludzi”. No tylko tej odwagi (mi, mi!) brakuje.
    A piszę, bo o Perth też jakiś rok temu rozmawialiśmy na zasadzie „a może by tak…?”. I taki dialog zapisałam wtedy.
    – Widzisz, córko, tata nie boi się pająków w Australii.
    – Boję się (mówi tata) ale mniej niż PiS-u.
    😉

    Powodzenia, bombarduj nas tutaj tym najpiękniejszym niebem, może się odważę. 🙂

  11. heh… mnie sie tez jakoś smutno zrobiło 🙂 dla mnie własciwie nic się nie zmienia przecież, nadal będę zaglądać na bloga, którego można pisac z każdego miejsca na ziemi, ale może dlatego że jestem z Krakowa, to jakos mi żal że nie będzie Was „tu”, na miejscu 😀 chyba to trochę głupie, o przeciez się nie znamy, a jednak…
    Mimo to oczywiście bardzo gratuluję odwagi i mysle, że decyzja słuszna… 🙂 mojemu mężowi od lat marzy się Australia albo Nowa Zelandia, do pracy, zycia… wiadomo troche łatwiej jest rzucić wszystko w Polsce, jeśli tam na miejscu jednak jest ktos, np rodzina, to jednak troche co innego niż wyjechac całkiem „w nieznane”, fajnie że macie taka możliwość, faktycznie aż żal byłoby tego nie wykorzystać 🙂 zatem życzę powodzenia i czekam na kolejne wpisy 🙂

  12. Domyślam się jak się czujesz w związku z wyjazdem. My też wyruszyliśmy w nieznane – najpierw mój mąż, potem ja – niespełna 2 lata temu – z naszą dwójką urwisów. Choć dla Ciebie nie takie nieznane 🙂 My w Wielkiej Brytanii, choć z dala od Londynu – wybraliśmy Yorkshire. Najpierw ekscytacja – jak to się mówi „trawa bardziej zielona tam gdzie nas nie ma”. Z czasem ogromna tęsknota, a teraz… Życie toczy się normalnie – trochę tęskno, ale szczerze?? Do Polski nie mamy zamiaru wracać.

    Wracając do tematu – moja starsza córka ni w ząb angielskiego nie znała mimo, że chodziła do przedszkola artystyczno-językowego (no i patrz z rzekomym językiem angielskim…). Na żywioł jako 5 latka poszła do szkoły – mój strach nie do opisania. Po 1 roku szkolnym tak śmigała po angielsku, że szczena opada i co najważniejsze złapała ładny akcent, więc wychodzi jej to bezbłędnie. Twoje El Trojacco jako iż język znają z pewnością będą zadowolone. O szkolnictwie tutaj mogę powiedzieć tyle – masz rację – nauczyciele i cała rada pedagogiczna jest nastawiona NA DZIECKO,a nie PRZECIWKO DZIECKU. Życzliwość i pogoda ducha anglików jest cudowna,choć i oczywiście mruki niesympatyczne się zdarzają. Zazdroszczę tej Australijskiej pogody – choć nie narzekam na nasze plus 10 stopni w styczniu 😀

    A podróże do polski u nas póki co jeszcze nie wypaliły – niestety od nas koszt lotu na święta to na 4 osobową rodzinkę też spora sumka… Ale może Was będą czasem odwiedzać.

    Uwielbiam czytać Twojego bloga, fb mi zawsze przypomina o nowych wpisach 🙂 Pozdrawiam Was cieplutko.

    P.S.- Łódź może nie ma smogu, ale za to brudna i szara 😉

  13. jak już wyjedziesz, nie wrócisz tak szybko bo raczej jak dzieci skóńczą szkołę:) wspomniałaś o różnicach edukacyjnych.. w Polsce dzieci wkuwają nie dlatego że to przyjemność i super praktyka, ale dlatego że mózg rozwija się najwięcej do 20 roku życia, i czy będziemy stosować informacje z chemii czy biologii w życiu nie do końca jest tak ważne. Wazne by mózg naszych dzieci rozwinął się w różnych kierunkach do momentu dorosłości tak by był zdolny do pójścia w różne kierunki. Są mankamenty wiadomo, ale znam szkolnictwo w wielkiej brytani wiem jaki jest poziom intelektualny społeczeństwa… niestety młody człowiek wychowany przez brytyjską szkołę w polsce by zginął, nie mówiąc jak bardzo byłby zdziwiony perspektywami zawodowymi i tym że w przeliczeniu jego edukacja to dużo mniej niż mu się wydawało? :):) podziwiam odwagę i życzę wszystkigo dobrego, Australia.. na pewno będzie pięknie:)

    1. Ja też znam poziom. Wydaje mi się, że to są takie szczytne ideały. U nas lepiej być przymierającym głodem magistrem, który skończył studia ściągając od kolegów i nie chodząc na wykłady (połowa mojego roku na AGH), niż w UK być dobrym fachowcem, którego stać na dobre życie. Znam też wieeeeeeeelu ludzi wychowanych przez brytyjską szkołę. Zarządzają tutaj tymi, którzy wkuwali o morenach. Owszem, giną często od absurdu i biurokracji, która panuje u nas. Ogromna część polskiego społeczeństwa nie potrafi czytać ze zrozumieniem! No bo skąd mają umieć, kiedy trzeba było praktykować ZZZ. Myślenia nie uczyli. Ale to już inna historia. Wszędzie są plusy i minusy, choć na ten moment, jeśli chodzi o Polskę, dla mnie są one nieliczne. Oby to się zmieniło, wtedy chętnie wrócę! Dziękuję za dobre słowo, oby tylko jakoś wszystko się udało! Pozdrawiam.

  14. Wow! Powodzenia, to dla Was nic innego jak ciąg dalszy…słodkiego,miłego życia..”;) a twoje zdanie : Życie jest bardzo krótkie. Trzeba ryzykować, trzeba próbować, trzeba przeżywać i żyć ze wszystkich sił. Teraz. Świat jest taki piękny! wydrukuje i powiesze w ramce..bez kitu!

  15. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych od 2 lat. Tęsknię ciągle. Za lasem i zbieraniem grzybów, za rodziną, przyjaciółmi i tancem. Górny Śląsk to moj dom. Zdecydowałam się na przeprowadzkę z myślą o lepszym życiu, standardzie, chęcią zdobycia nowych doświadczeń. Jest tego trochę. Nie mam dzieci, więc bylo łatwiej przekroczyć ocean. Teraz jestem już mężatką i plany się zmieniają. Myślimy czy przeprowadzać się do Polski kiedy dzieci się pojawią, żeby nauczyć ich pewnych wartosci, ale to jeszcze przed nami.
    Póki co życzę Ci powodzenia i czekam na kolejne historie. Myślałam o wskazówce co mogłabyś spakować do Australii…Album ze zdjęciami najbliższych (pomimo że wszystko jest zapisane w formie elektronicznej i zajmuje mniej miejsca). Białego sera i kiszonej kapusty nie zazdroszczę! Ale jako matka 3 dzieci z pewnością coś wymyślisz 😉
    Pozdrawiam

  16. Ech, myślałem że moja historia jest wyjątkowa. Moją tasmańską żonę poznaną w Krakowie też przytrzymałem w Polsce z 7 lat. Co do powietrza – mój synek po przyjeździe na Tasmanię przestał być astmatykiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *