Szkoła w Australii.

Kiedy zaczynałam pisać ten post, miał być czysto informacyjny i odpowiadać na pytanie jak wygląda szkoła w Australii. Dostałam tyle pytań o edukację w Australii, że w końcu zdecydowałam się to opisać. Wiele z rzeczy, którymi jestem tutaj zachwycona, są banalnie proste, może kogoś skłoni to do przemyśleń. Pod koniec zrobi się mało ciekawie, ale ten blog był zawsze do bólu szczery i teraz nie mam zamiaru udawać, że jest dobrze, kiedy wcale tak nie jest. Zapraszam do lektury i do przemyśleń również.

Szkoła w Australii jest bezpłatna (państwowa, bo za prywatne trzeba słono zapłacić). Zachęca się rodziców do wniesienia dobrowolnej opłaty (w naszej szkole to było $60 za rok, czyli 180 złotych na dziecko), ale jest to absolutnie dowolne i za jej nie wniesienie nie ponosi się konsekwencji. Australijska szkoła również cierpi na niedofinansowanie. I próbuje sama sobie z tym problemem poradzić. W każdym semestrze odbywają się wydarzenia mające na celu zbiórkę kasy. Mieliśmy na przykład lapathon, czyli imprezę sportową dla dzieci. Dzieci miały za zadanie przejść lub przebiec jak największą ilość okrążeń (po angielsku „laps”, stąd nazwa) wokół szkolnego boiska. Rodzina, znajomi i przyjaciele mogą dziecko zasponsorować, deklarując, ile zapłacą za każde okrążenie, albo za sam udział w zabawie. Imprezy są na wesoło, są przebrania, są fanfary, jest muzyka. Zebraliśmy w ten dzień prawie 70 tysięcy złotych, co nawet tutaj jest dużą kwotą. W szkole był kiermasz książek, BBQ w markecie budowlanym, w którym ojcowie ze szkoły smażyli i sprzedawali hot-dogi, dzień pieczenia i tego typu imprezy. W ostatnim semestrze, tym najcieplejszym, mamy w szkole kemping. Boisko na jedną noc zamieni się w pole namiotowe. Będzie ognisko, będzie grill, będzie muzyka, będzie mnóstwo gier i zabaw. I będzie noc w namiocie, na terenie szkoły, z nauczycielami i kolegami z klasy. Nie muszę chyba dodawać, że dzieci liczą już dni do kempingu. Całkowity dochód z imprezy (ze sprzedaży miejsca pod namiot, jedzenia, picia, loterii) zasili konto szkoły.

W klasie jest główny nauczyciel i nauczyciel wspomagający. W jednej z klas moich dzieci (chodzą do trzech różnych) jest dziecko lekko opóźnione w rozwoju i dla niego jest dodatkowa pomoc. Zachęca się również rodziców do pomagania. Codziennie w każdej klasie może być w godzinach od 8:50-10:40 dwóch rodziców (tzw. „parent helper”). Chodzę w każdym tygodniu do szkoły (w każdym tygodniu do innej klasy). Przyglądam się interakcjom dzieci, analizuję program, podpatruję co się dzieje. Moje dzieci to uwielbiają. Pomagam nauczycielowi w zaprowadzeniu dyscypliny, w rozkładaniu materiałów, w sprawdzaniu prac dzieci. Jest to idealna pomoc dla rodziców dzieci, które mają problemy w szkole. Można podpatrzeć co się dzieje i jak temu zapobiec. W końcu można się dowiedzieć, jak wyglądają zajęcia, klasa, koledzy i zbudować lepszą relację z dziećmi. Szkoła w ogóle zachęca rodziców do włączenia się aktywnie w życie szkoły, a możliwości pomocy są nieograniczone. Mąż był już kopać ogródek, robić grilla na śniadanie po apelu, rozkładać pachołki na wyścig, a ja nieraz piekłam ciastka na wywiadówkę, rozpylałam mgiełkę nad zgrzanymi biegaczami, czy też wzięłam do domu torbę prania ściereczek, którymi dzieci wycierają swoje prywatne tablice. Małe rzeczy, ale pomagają w utrzymaniu ogólnego porządku w szkole. Angażują się wszyscy, jak ktoś nie może, bo pracuje, wysyła dziadków. Tej pomocy towarzyszy głębokie przeświadczenie, że robimy to dla naszych dzieci. Nie po to, żeby się pokazać. I dzieci chyba najbardziej nas do tej pomocy mobilizują.

Zajęcia zawsze zaczynają i kończą się o tej samej porze. Jest to też duże ułatwienie dla rodziców. I pracodawców. Normalnym widokiem są ogłoszenia, w których jako czas pracy podaje się „godziny szkolne”, bo tutaj, w Australii, te godziny są podobne i zwykle oscylują pomiędzy 9 a 15.

Nauczyciele komunikują się z rodzicami werbalnie i za pomocą maila. Do bólu przypominają o wszystkim, co się właśnie ma wydarzyć. Z wyprzedzeniem i dzień wcześniej też przypominają, że trzeba coś przynieść, przebrać się, zrobić, że jest wycieczka i trzeba przyjść wcześniej. Nie ma szans sobie zapomnieć. W mailach zdarzają się też zdjęcia z aktualnych wydarzeń lub prac, które wykonują dzieci. Szkoła ma też swoją aplikację, na której wszystko się znajduje. Prawie raz w tygodniu wychodzi gazetka/newsletter wysyłany przez szkołę, w którym znajdują się wszystkie ważne informacje z poprzedniego tygodnia, z bieżącego tygodnia i nadchodzące wydarzenia.

Co dwa tygodnie w szkole jest apel, na którym jest cała szkoła, mogą też przyjść rodzice i dziadkowie. Prowadzi go za każdym razem inna klasa, która na ten dzień przygotowuje program. Program w większości jest na luzie, moja córka na swoim apelu miała się ubrać za super bohatera, a apel rozpoczął się od pokazu mody, w trakcie którego mali bohaterowie zaprezentowali całej szkole swoje przebrania do piosenki „Heroes”. Wolę swobodę niż klepanie patetycznych wierszyków, niezrozumiałych dla dzieci. Dzięki temu apel nie jest bolesnym przeżyciem, na którym umiera się z nudów. Na kolejnych apelach druga córka będzie trollem, a syn niedźwiedziem. Na każdym apelu odczytywane są nagrody (oprócz sportowych także „merit awards”) które zwykle otrzymuje po dwóch uczniów z każdej klasy. Świetne wyróżnienie, które nauczyciele przyznają dzieciom za rozmaite „zasługi”, wcale nie tylko za postępy w nauce. Jest to tylko dyplom, ale za to odbierany uroczyście. Na każdym apelu Pani dyrektor zabiera głos. I chwali. Albo sportowców, albo daną klasę, albo nauczyciela, albo rodziców, którzy pomogli. Apel jest zawsze hurra optymistyczny. Podobnie jak wszystkie inne ważne dni. Dzień Aborygena obchodzony był w szkole w tym roku artystycznie – dzieci uczyły się malować charakterystyczne dla tej kultury malowidła, które zostały wykonane na kawałkach drewna i teraz zdobią jedną z zewnętrznych ścian szkoły. Jedynym wyjątkiem był Anzac day (dzień pamięci żołnierzy, którzy zginęli pod Gallipoli, obchodzony w Australii i Nowej Zelandii 25 kwietnia). Tradycyjnie w całym kraju to święto rozpoczyna się od uroczystości o świcie. I w naszej szkole był apel o świcie, po ciemku, w ciszy. Mimo podniosłej atmosfery i rozdzierającej ciszę trąbki, dzieci głównie przemawiały własnymi słowami. Niejeden dorosły ocierał łzę wzruszenia, kiedy dziesięciolatek mówił „wyobraź sobie, że masz 17 lat, jesteś bardzo daleko od domu, od mamy i taty, od Australijskiego słońca i wstajesz o świcie walczyć o swój kraj”. Podoba mi się ten luz i interpretacja, nawet najtrudniejszych wydarzeń, na miarę wieku i czasów, w których żyjemy.

Szkoła podzielona jest na trzy różne grupy (tzw. „factions”) , które cały rok ze sobą rywalizują. Rywalizacja jest głównie sportowa, ale żetony można też dostać za bezinteresowną pomoc, za współpracę, za utrzymywanie porządku. Żetony rozdają nauczyciele, dyrekcja i administracja szkoły, a dzieci potem wrzucają je do urn oznaczonych swoim kolorem. Frakcja, która w danym tygodniu wygrywa, dostaje na dużej przerwie lody, które rozdaje Pani dyrektor. Każda frakcja ma swój kolor koszulki, którą można ubrać w każdy piątek i na każde wydarzenie sportowe. 

W szkole obowiązuje mundurek. Nie za bardzo podobał mi się ten pomysł, bo sama pamiętam, że fartucha nienawidziłam. Ale nasze uniformy tutaj w niczym nie przypominają fartucha. To koszulki polo, spodenki, spódniczki i dodatkowo sukienki dla dziewczynek. W całej Australii te uniformy są takie same, różnią się tylko kolorami i logo szkoły. Są dość drogie, ale w ostatecznym rozrachunku okazują się ogromną oszczędnością. Kupujemy o wiele mniej ubrań, mniej się pierze i pranie szkolnych rzeczy dzieci jest w jednym kolorze, a poza tym jaka ulga dla zszarganych nerwów, kiedy w domu ma się diwę, która majtki dopasowuje do koloru spinek. I tak codziennie rano, mały dramat modowy. A teraz? Kochanie, dziś do wyboru masz uniform albo… uniform. Nie przebiera się też butów, dzieci cały rok chodzą w obuwiu sportowym. Mundurek można zamówić przez Internet albo kupić, w otwartym dwa razy w miesiącu, sklepiku. 

Ciekawostką, która ogromnie mnie tutaj zdziwiła, jest fakt, że dzieci każdego roku miksuje się między klasami. To znaczy, że jak w pierwszym roku siądziesz koło Summer, to może się okazać, że w drugim to się już nie uda, bo Summer będzie już chodziła do innej klasy. W sumie nie do końca podobał mi się początkowo ten pomysł, bo bałam się, że dzieciom będzie przykro rozstawać się z kimś, z kim się zaprzyjaźniły. Możliwe, że tak będzie, ale są przerwy, jest czas po szkole, który spędza się wspólnie, w końcu wszyscy jesteśmy sąsiadami, więc jeśli z kimś się zaprzyjaźnią, ta znajomość przetrwa. To rozwiązanie ma wiele plusów. Po pierwsze niejako wymusza otwartość. Po drugie zmniejsza to szanse powstawiania grupek. Po trzecie – jeśli nie odpowiada Ci nauczyciel, spokojnie, za rok będziesz mieć innego. Po czwarte – cała szkoła staje się zgraną paczką. Nie tylko dzieci, a ich rodzice również, bo poznaje się wszystkich uczniów i ich rodziców. Dzięki temu można się bardzo zżyć ze swoją małą szkolną społecznością. Australijczycy są najbardziej wyluzowanym i otwartym narodem, możliwe, że uczą się tego właśnie w szkole. Ciągle, od małego, muszą wychodzić poza strefę swojego komfortu.

Szkoła w Australii bardzo integruje. Zadaniem trójki klasowej jest organizowanie wyjść dla mam i przynajmniej jednego spotkania rodzinnego. W poprzednim semestrze z klasą córki byliśmy na przykład na obiedzie w pubie, była muzyka na żywo, a dla dzieci animatorki. Z inną klasą byliśmy na kręglach. Dzięki temu można się poznać i zaprzyjaźnić. Dla mnie, obcej, ogromny plus. Chyba dla każdego rodzica, bo przecież życie dzieci kręci się wokół szkoły.

Dzieci mają przypisanych kolegów ze starszych klas, z którymi regularnie spędzają czas. Te młodsze dzieci na tym korzystają, bo dzięki temu nie czują się zagubionymi maluchami, które w szkole nikogo nie znają, a te starsze uczą się opieki nad młodszymi. Wielokrotnie widziałam już sytuację, kiedy starszy kolega pomagał młodszemu, za którego w jakiś sposób czuje się odpowiedzialny. Dzięki temu przejście z przedszkola czy zerówki, do szkoły, jest łatwiejsze. Masz w niej już kumpla!

Do szkoły codziennie przynosi się plecak, w nim ma się znaleźć czapka (słońce tutaj jest brutalne, więc dzieci, nawet w zimie, kiedy tak bardzo nie świeci, nie mogą wychodzić na zewnątrz bez czapki), butelka z wodą, jedzenie na trzy przerwy i torbę na krzesło (która oprócz przekąski i wody służy do komunikacji z rodzicami, nauczyciele wrzucają do nich ulotki, prace i liściki do rodziców). Szkoła zaczyna się o 8:50, pierwsza przerwa jest o 10.40 – 11.05, druga o 13:05 – 13:50. Szkoła kończy się o 15:10. Klasy są otwarte o 8:30 i w pierwszych latach edukacji zachęca się rodziców do wykorzystania tego czasu od 8:30 do 8:50 na czytanie, napisanie zdania o tym co robiło się dnia poprzedniego lub narysowanie jak minęły wakacje. Te 20 minut jest też okazją do luźnej pogawędki z nauczycielem o wszystkim i o niczym. Bardzo skraca to dystans i pomaga zaprzyjaźnić się z nauczycielem.

Na przerwy dzieci wychodzą na zewnątrz, nawet jeśli pada, siedzą pod dachem i widzą kolegów z innych klas i się z nimi integrują. Na początku każde dziecko ma usiąść i coś zjeść. Rygorystycznie się tego przestrzega, panie zerkają, upominają, przypominają. Dopiero, kiedy większość dzieci skończy posiłek, można się bawić. Dzieci mają też trzecią przerwę, już w klasie, w trakcie której z torby na krzesło wyciągają coś do chrupania. Ta przerwa nazywa się „crunch and munch”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, przerwa na chrupanie. Na tą przerwę trzeba dziecku zapakować coś, co będzie mogło zjeść na szybko i w klasie, np. kawałki jabłka i marchewki, banana. Też fajny pomysł na moment, kiedy Pani widzi, że dzieciom spada koncentracja.

W szkole działa stołówka, w której przez Internet można zamówić jedzenie dla dziecka na dwie duże przerwy. Oferuje domowe, robione na miejscu potrawy. W stołówce pracują mamy ze szkoły, które twierdzą, że syfu w jedzeniu nie ma. Podobno też normy są rygorystyczne, więc wierzę, że to jedzenie jest bezpieczne. Oprócz stałego repertuaru rozmaitych kanapek, dziewczyny starają się urozmaicać jadłospis, robią w jeden dzień burgery z grilla, w inny pizzę na pełnoziarnistym spodzie, sushi. Jedzenie jest tanie i można go zamówić i opłacić przez Internet. Superwygodne rozwiązanie. I pomocna dłoń w dzień, kiedy się zaśpi, albo nagle się okazuje, że w domu nie ma chleba. Jedzenie na dany dzień można zamówić aż do 9 rano. Jest też mały wybór bardzo popularnych posiłków domowych, dla całej rodziny, na przykład blacha lasagne. Nie korzystałam, ale inne mamy chwalą. Przystępna cena i domowe jedzenie z pewnego źródła. 

W australijskiej szkole obowiązuje rejonizacja. W praktyce oznacza to, że szkoła przyjmuje dzieci, które mieszkają w sąsiedztwie. To dlatego wszyscy jesteśmy sąsiadami, a do szkoły, w 98% dni chodzi się piechotą albo jeździ rowerem czy hulajnogą. Szkoła również do tego zachęca, w środy rozdając żetony dla osób, które, aby dotrzeć do szkoły, użyły nóg i przyszły piechotą lub przyjechały na rowerze czy hulajnodze.

Na terenie szkoły są dwa place zabaw i boisko. Dzieci korzystają z nich dowolnie w trakcie przerw, przed i po szkole. To dlatego codziennie prawie godzinę po szkole spędzamy na zabawie. Jest to kolejny sposób na integrację z kolegami ze szkoły, a dla rodziców czas na pogaduchy z innymi rodzicami. Teren naokoło szkoły wykorzystuje się stale. Nawet lekcja matematyki i przyrody bywa w szkolny parku. Szkoła ma swój ogródek warzywny, z którego korzysta stołówka, a o który dbają dzieci, robiąc kompost i zdjęcia jedzenia, które nie powinno być marnotrawione, np. nadgryzionych jabłek. Szkoła zachęca też do recyclingu. Środa jest dniem bez śmieci, na przerwach dzieci ze starszych klas bawią się w „patrol śmieciowy” i sprawdzają śniadaniówki. W ten dzień ma nie być w nich śmieci, czyli kanapka ma być w plastikowym pojemniku, który zabierzesz do domu i umyjesz, a nie w papierku, czy w worku.

W każdym tygodniu każda klasa ma wizytę w bibliotece, dzieci same mogą wybrać książkę, którą potem czytają w domu (samodzielnie lub przy pomocy rodzica) i oddają w kolejnym tygodniu. Wybory moich dzieci bywają komiczne. Pisałam już o książce o rozwodach, czy o pogrzebie. Oh, well. Zawsze to okazja do rozmowy. Dzieci, podobnie jak w PL, jeżdżą na wycieczki, mają też wielu gości. O, na przykład takiego oto słodkiego misia. 

W każdym tygodniu, w z góry określonym dniu, dziecko ma za zadanie zaprezentować swój „news”. Jest to forma ćwiczenia prezentacji, odwagi i opowiadania. Dziecko przynosi rzecz, która aktualnie go frapuje, występuje na środek i opowiada kolegom. Może to być ulubiona zabawka, wspomnienie z weekendu, zdjęcie z wakacji, liść ze spaceru, zaproszenie na urodziny. Dzieci bardzo to przeżywają i zastanawiają się co ze sobą zabrać i jak zaprezentować to kolegom. Jedna z córek przy okazji przerabiania w szkole poezji, zabrała do szkoły polskie wierszyki. Pani się od razu potrafiła znaleźć i wyszukała na youtubie filmik, na którym ktoś czytał „Lokomotywę”. Córka była dumna i blada, że tylko ona rozumie o czym jest mowa! Najgorsze jest to, że obiecała dzieciom, że w pierwszym tygodniu po wakacjach pokaże im trochę śniegu, który przywiezie z Polski. No i chyba będę robiła śnieg. Ktoś, coś? 

W zerówce nie ma zadania domowego i podobno jest tak przez większość podstawówki. Ponieważ dzieci zaczęły program nauki czytania, przynoszą do domu słowa, które mają za zadanie ćwiczyć. Słowa są proste, na początku składające się z trzech liter. Słów jest za każdym razem dziesięć. Odnosi się je do szkoły, kiedy rodzic stwierdzi, że dziecko już je umie. Wtedy nauczyciel testuje ucznia i jeśli uzna, że słowa są opanowane, wysyła do domu kolejny zestaw. Mieliśmy takich zestawów 15. Po ich opanowaniu dzieci przynoszą do domu książeczki, bardzo krótkie, z ciekawą historią. I tutaj jest taka sama zasada – czytamy do momentu, dopóki dziecko nie opanuje czytania i jest w stanie odpowiedzieć na pytania zawarte na końcu książki. Pytania testują rozumienie tekstu.

Nauczyciele głośno mówią o tym, żeby dzieci nie zmuszać do czytania i nie robić tego codziennie. I absolutnie nie ma żadnej rywalizacji. Widzę wyraźnie, że moje dzieci są do tyłu, bo to czytanie rozpoczęło się już tutaj rok temu, w przedszkolu, ale nigdy, przez 9 miesięcy szkoły nie usłyszałam, żeby podciągnąć, nadrobić, pracować, starać się. Wręcz nauczyciele podkreślają, że każde dziecko jest inne i w końcu przecież i tak wszyscy nauczyliśmy się czytać. Czytanie ma być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem, do którego zmusza się dzieci.

Dzieci w Australii idą do szkoły w wieku lat 4 do tak zwanego kindergarten (przedszkole, które działa w szkole i kieruje się tymi samymi zasadami co szkoła, są regularne bloki zajęć, czytanie, pisanie, matma, ten sam rozkład przerw), w wieku lat 5 dzieci zaczynają pre-primary (czyli zerówkę, w której aktualnie są moje dzieci), w wieku lat 6 pierwszą klasę podstawówki (nazywaną tutaj Year 1, czyli rok pierwszy). Wiek dzieci liczony jest do 30 czerwca, nie kalendarzowo. To dlatego moje dzieci są najstarsze w klasie, bo urodzone 15 lipca zaczynają rok i nie załapały się na pierwszą klasę. Proponowano nam to, ale nie mieliśmy ciśnienia na rozpoczęcie szkoły szybciej, poza tym obawialiśmy się o trudności językowe. Była to doskonała decyzja, dzieci w swoim tempie mogły się zaaklimatyzować.

Szkoła w Australii rozpoczyna się w okolicach końca stycznia lub początku lutego. Każdy rok podzielony jest na cztery semestry, każdy równo po 10 tygodni. Po pierwszym, drugim i trzecim semestrze jest po dwa tygodnie wolnego. Po czwartym semestrze, w połowie grudnia są wakacje, które zwykle trwają 6 tygodni i jest to przerwa świąteczno-letnia.

Szkoła składa się zwykle z kilku niepołączonych ze sobą, luźno stojących budynków. Na pierwszy rzut oka niektóre placówki mogą przerażać, bo wyglądają jak baraki i nie powalają wyglądem. Jest to jednak związane z klimatem i systemem szkolnictwa. Szkoła może się powiększać i zmieniać. No i kasę wolą wydać na przykład na interaktywne tablice, któmi zachwycała się moja mama, nauczycielka z Polski, a nie na budynek. Dzieci w klasie jest około 25, siedzą przy stolikach szóstkami, a stoliki są sześciokątne. 

W szkole działa świetlica, w której można zostawić dziecko przed szkołą i po. Panie świetliczanki zaprowadzają i odbierają dzieci z odpowiednich klas przed lub po lekcjach. W naszej szkole świetlica otwarta jest od 6 rano do 18. Jest dodatkowo płatna, w zależności od sytuacji materialnej rodziców opłaty za nią są dla każdego dziecka inne. Świetlica działa też w przerwach między semestrami, starając się zaproponować ciekawy program. Były dni piżamowe, dzień masterchefa, dzień filmowy, przebieranie. Moje dzieci codziennie chciałyby zostać na świetlicy, tak bardzo im się tam podoba.

Mówi się, że szkoła w Australii nie grzeszy poziomem. Nie mam zdania na razie, choć mam wrażenie, że ludzie tutaj mają dużo większą wiedzę tak zwaną „uliczną” i uczą się wielu przydatnych rzeczy, których ja się w szkole nie uczyłam. Cóż z tego, że wiedziałam dużo o morenach, skoro nic z tego dziś nie pamiętam? Mąż na gegrę miał przynieść potrawę z Meksyku i namalować flagę, dzięki temu flagi ma opanowane. Ja uczyłam się o rozmnażaniu pantofelka, mąż na biologii uczył się zakładać prezerwatywę. Jak myślisz, co się komu bardziej w życiu przydało? Co z tego, że nocami rozwalałam całki, skoro teraz ta wiedza do niczego nie jest mi potrzebna? Za to mąż wykorzystuje podstawy inwestowania na giełdzie, których nauczył się w szkole. Studiowałam tutaj i śmiem twierdzić, że przez 17 lat szkoły nie nauczyłam się tyle o logicznym myśleniu, czytaniu ze zrozumieniem i wyciąganiu wniosków, co przez rok studiów tutaj.

Wszystko to, co napisałam powyżej mnie fascynuje. Moje dzieci nie chodziły nigdy w Polsce do szkoły. Ale moja mama jest nauczycielką, moja Babcia całe życie była dyrektorem szkoły, a większość moich znajomych ma już dzieci szkolne. W Polsce zetknęłam się tylko ze żłobkiem i przedszkolem. Były to dwie placówki prywatne i jedna państwowa. Zdarzały się w niej perełki (pozdrawiam serdecznie panią Anię i panią Sylwię, jeśli to czytają), nauczyciele, którzy mieli wyraźne powołanie do tego zawodu, rodziców nie traktowali jak zło konieczne i szczerze lubiły dzieci. Zdarzył się też dyrektor, który był nowoczesny, który zakładał komunikację i kompromis jako najlepsze narzędzie współpracy na linii placówka-dziecko-rodzic. Niestety, w większość moje wspomnienia są negatywne. Nigdy nie zrozumiem straszenia rodziców, czekania przed klasą, aby matce o 16 z wyrzutami opowiadać o „występku” dziecka, który to wydarzył się o 8:30 rano. Obwiniania rodziców za wszystkie przewinienia dzieci. Nieumiejętności wyrażenia jednej dobrej opinii o kilkulatku. Wyciągania każącego palucha, bo powiedziało kupa, bo ściągnęło majtki (gdzie była wtedy pani do dziś nie wiem, wiem natomiast, że nie słyszała nigdy o ciekawości sferą intymną, którą wykazują maluchy, wyciągała za to pokątny wniosek, że ja na pewno zachęcam dzieci w domu do epatowania golizną, stąd nie czują wstydu), bo zrobiło dziurę w ścianie (gdzie była pani do dziś nie wiem, wiem natomiast, że przecież dzieci w jej świecie NIGDY NICZEGO nie niszczą), bo zrobiło siku w spodnie, bo nie chce spać (!), bo zapomniało o składce (!!), bo nie chce się uczyć czternastu linijek durnego wierszyka na Jasełka, który dorosłemu jest ciężko skumać. Bo to, bo siamto, bo sramto, codziennie coś. Codziennie na nie, nigdy nic pozytywnego. Dziecko ma być grzeczne, nie ma być sobą, ma słuchać, siedzieć cicho i niepytane nie odpowiadać. I spać jak mu się każe, na zawołanie, choć od ponad roku w dzień już nie sypia. I jeść to, co mu się daje, nawet jeśli mu to nie smakuje. Codziennie wyrzuty, codziennie skargi, codziennie żale, codziennie foch. Brak jakiejkolwiek współpracy, komunikacji i chęci wypracowania satysfakcjonującego rozwiązania. To wieczne zakładanie, że rodzic jest śmierdzącym leniem, który zwyczajnie nie robi nic innego, tylko wyrządza dziecku krzywdę. I żyje po to, aby uprzykrzyć życie nauczycielowi. A jakiekolwiek pytanie czy sugestia są zamachem na tego biednego, niedopłaconego nauczyciela.

Wiem, doskonale wiem, że są w Polsce nauczyciele idealni. Wiem, że jest to jeden z najtrudniejszych zawodów, widzę, jak moja mama całe życie tyra za grosze. Wiem, że są świetne placówki. Wiem też, że są rodzice, którzy swoimi wymaganiami po prostu powalają na kolana, a ich dzieci są małymi koszmarkami, które rozwalają grupę i dezorganizują pracę. Wmawiano mi, że takie są moje dzieci. Co dziwne, tutaj się je chwali. Jako pierwsze ze swoich klas dostały nagrody na apelu, za zachowanie właśnie. Córka, która w Polsce miała łatkę (w najbardziej łagodnym wydaniu) „nadpobudliwej”, tutaj określania jest przymiotnikiem „amazing” (niesamowita), a cała kadra podkreśla jej energię, kreatywność i wrażliwość. Syn jest pupilkiem pani i innych matek, które mówią, że się cieszą, że ich syn się z moim aniołkiem koleguje, a matki się śmieją, że to fajnie, że ich córka się w moim „kocha”. Druga córka, w PL wiecznie „z fochem”, tutaj jest liderką klasy, a Pani podkreśla jej mocny, dojrzały charakter. Jasne, mam świadomość tego, że moje dzieci są nietypowe, nasza sytuacja rodzinna nie jest zwyczajna, mamy masę do zrobienia i nadal pracujemy nad wieloma rzeczami, które tutaj też z nauczycielami obgaduję i obmyślam strategię. Moje dzieci jednak nie są odbierane jako ciężar i kara za grzechy, dlatego, że mają czelność mieć osobowość i własne zdanie. Czy to oznacza, że moje dzieci w dwa tygodnie, które dzieliły nas od końca edukacji w PL a początku w AUS, się zmieniły? A może ja, do granic zestresowana przeprowadzką na drugi koniec świata, nagle stałam się rodzicem idealnym? Nie sądzę…

Notorycznie miałam wrażenie, że placówki, z którymi miałam kontakt w Polsce, są jak ta mityczna idealna matka, która w każdej sekundzie sprowadza mnie na ziemię i pokazuje mi, jak bardzo ze swoją rolą sobie nie radzę. Edukacja w Polsce na poziomie, z jakim się spotkałam, dla mnie jest chora i odkąd poznałam męża, nie mogłam uwierzyć, że można do szkoły chodzić z przyjemnością, można ją fajnie wspominać. Bo dla mnie, choć byłam kujonem, wszystkie szkoły i studia skończyłam z wyróżnieniami, a od sierpnia wąchałam nowe zeszyty, szkoła była koszmarem, który przyprawiał o ból brzucha. A to, co przeżyłam z dziećmi w ogóle nadaje się do kuratorium. Teraz, po 3 semestrach szkoły w Australii, odetchnęłam z ulgą, bo widzę, że można lubić szkołę i można wstać dziś o 6 rano i piszczeć, bo dziś wracamy po przerwie do szkoły. Juuuupppiiiii!!!! Można się ściskać z nauczycielem, a on może Cię pytać, jak minęły Ci wakacje, a potem, zanosząc się ze śmiechu, zamykać za Tobą drzwi i mówić Twojemu dziecku – daj już mamie spokój, mama musi odpocząć po tych dwóch tygodniach z Wami non stop. Do widzenia, miłego dnia!

W Australii, tak mi się wydaje, dziecko jest dzieckiem. Może powiedzieć dupa i popchnąć kolegę. Może mieć gorszy dzień i fochy. To wcale nie oznacza, że jest złe, a jego rodzic jest rodzicem patologicznym! To wcale nie oznacza, że dzieci nie mają dyscypliny, bo w klasach jest cisza jak makiem siał, a dzieci oczarowane słuchają nauczyciela. Ten luz nie oznacza, że pochwala się brak reguł. To tutaj moje dzieci uczą się najwięcej o intymności, o poszanowaniu drugiej osoby, o współpracy, choć nikt nie daje im żadnych etykietek (niegrzeczny, nadpobudliwy, trudny), nikt ich nie straszy, nikt nie stawia w kącie. Żyjemy w trudnych czasach, gdzie poziom oczekiwań w stosunku do człowieka, nawet małego, przerasta najśmielsze przypuszczenia. Wymagania w stosunku do rodziców są nierealne. Masz być ekspertem od wychowania, który wychowa dziecko, które będzie geniuszem, ale i od trzeciego roku życia będzie wykazywać się empatią, cierpliwością, trzema językami i kreatywnością, wszystko z wyżyn ułożenia, ale i asertywności, masz mieć karierę, być domowym dietetykiem, biegać maratony, wyglądać nienagannie, dbać o rozwój osobisty, a w wolnych chwilach urządzać wernisaże swoich rycin. Nauczyciel tutaj jest po prostu człowiekiem i traktuje ucznia i jego rodziców jak ludzi i to najbardziej mi się podoba. Wychodzi się z prostego założenia – jeśli mogę – pomogę, spróbuję porozmawiać, zrozumieć, będę liczyć na dobre intencje, poszukam kompromisu, pochwalę, poklepię, spytam, poproszę, wyjaśnię, a nie skopię, nagadam i skrytykuję. Tylko tyle, a może aż. I choć bardzo dużo rzeczy mi się w Australii nie podoba, to przez tą szkołę, choćbym miała w poduszkę z tęsknoty za Polską płakać co noc i nigdy nie wyleczyć się z choroby emigranta, zostanę tutaj na chwilę. W końcu mam wrażenie, że w dbaniu o dobro mojego dziecka nie jestem sama.

*Opisane powyżej doświadczenia są moimi prywatnymi opiniami, dotyczą szkoły w Perth i placówek w Małopolsce. 

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

24 komentarze

  1. Rozmażywszy się trochę… a czas wracać myślami do pracy ( czyt. szkoły) Dzięki za ten post , bo … zainspirował mnie . Pozdrowienia od pedagożki z PL.

  2. Zaraz sie wyleje hejt że wyjechałaś i tam jest wszystko.idealne a Polska ble. Ale neistety prawda jest taka że system szkolnictwa w Polsce jest mega zaofany i niestety zaczyna sie to już na poziomie przedszkola co jest dla mnie niewyobrażalne. Opisany przez Ciebie system wydaje się naprawdę super, zazdroszczę 🙂 chociaż zastanawiam się jak odnajdują się w nim rodziny gdzie oboje rodzice pracują? Czy jest raczej tak jak u nas w Niemczech że matki nie pracują na cały etat? (Mówię o większości a nie o wszystkich oczywiscie)

  3. Świetny post! Ubolewam nad tym bardzo ze edukacja w Pl tak bardzo skupia sie na bezużytecznej wiedzy teoretycznej a nie na emocjach. Ja mam to szczęście i trzyletnia córkę posłałam do przedszkola Montessori a 5 letni syn miał pop prostu ,,fuksa” trafić na fajne Panie w przedszkolu państwowym. Szkoda, że los przedszkolno-szkolny naszych pociech w dużej mierze opiera sie na szczęściu właśnie. Bo albo cię stać i poślesz dziecko do prywatnej placówki która odpowiada twoim wymaganiom ( w moim przypadku finansuje ją z „podarowanego” mi 500plus….) albo liczysz na to że los ześle ci nauczyciela z powołania o którego dziś tak łatwo jak o uczciwego polityka 😉 Ja wierze jednak w swoje szczęście i cieszę sie że Twoje maluchy chodzą do tak fajnej szkoły. Pozdrawiam Ciebie i twoja rodzinkę.

    1. W Australii tez duzo zalezy od sczescia, jezeli urodzisz sie w bogatej rodzinie i mieszkasz w odpowiedniej dzielnicy, to chodzisz do dobrej szkoly publicznej. Jesli twoja rodzina jest jeszcze bogatsza to wysylaja cie do szkoly prywatnej za ~$25$ rocznie. Jesli urodzisz sie w rodzinie biednego emigranta gdzies na przedmiesciach wielkiego miasta, to mozesz miec przechlapane, idziesz do szkoly razem z Housos. Zazwyczaj „ucza” tam kiepscy nauczyciele i poziom jest bardzo niski, do szkoly sredniej idziesz znowu w swojej kiepskiej dzielnicy – rodzice nie maja kasy zeby sie przeprowadzic, lepsze szkoly nie chca cie przyjac, bo sa przepelnione i nie mieszkasz przeciez w ich rejonie. W highschool nie ma podzialu na liceum i zawodowke wiec znow ladujesz w klasie z Housos, ale ty jestes bardzo ambitna, konczysz nawet 12 klase i zostajesz menadzerem miejscowego McDonaldsa.

  4. Marzy nam się z mężem ta Australia, choć jest raczej poza naszym zasięgiem i skutecznie mnie odstraszają jadowite pająki 😀 Ja chodziłam do podstawówki w Niemczech i też całkowicie inaczej wspominam tam szkołę..Przerażający jest w Polsce ten autorytaryzm nauczycieli (nie wszystkich, ale większości).. tak jakby nie można było zdobyć autorytetu partnerstwem, sympatią i otwartością… I ten przestarzały system szkolnictwa i tony prac domowych :/ … ja przez 2 lata nauki angielskiego w Niemczech (5 i 6 klasa) nauczyłam się tyle, że aż do liceum leciałam na samych 5-tkach bez wysiłku… a w gimnazjum nauczyciel najchętniej by mnie wypuścił z lekcji bo się nudziłam. A nikt mi nie wbijał gramatyki do głowy…tylko konwersacje i słowniczek osobisty..i partnerskie podejście:)

  5. Super tekst. Ja mieszkam w Anglii i póki co mam doświadczenie tylko z przedszkolem. I jestem zachwycona. Ostatnio kuzynka mojego syna (jego rowiesniczka) poszła w Polsce do przedszkola, więc mam porównanie. Przede wszystkim ilość opiekunów. W Polce jest jedna pani + jedna pomoc na 25 dzieci!!!! Współczuję tej pani z całego serca, może dlatego nauczyciele są tacy zfrustrowani. Pomijając już fakt, że moim zdaniem jest to niebezpieczne, bo jak 1 osoba ma zapanować nad banda 3 latków?? Tutaj w Anglii jest rating 1 dorosły na 3 malutkich dzieci. 1 dorosły na 4 dwulatkow lub 1 na 5 trochę starszych. Wtedy nauczyciel ma szansę rzeczywiście zaopiekować się dzieckiem. Kolejna rzecz tutaj jest taki prikaz, że dzieci mają min. 2*godz spędzać na dworze. Czy pada, czy wieje. Zakładają gumiaki i wetsuits (które są na wyposażeniu przedszkola) i skaczą pół dnia w kałuzach. Kuzynka mojego syna na dwór nie wychodzi (z resztą ubranie 25 dzieciaków przez 2 osoby pewnie zajmuje 3h). Inna rzecz – dziecko może z katarem przyjść do szkoły, nie odsylaja go do domu jeśli się czuje dobrze. Kuzynka mojego syna już na 2 dzień została odeslana do domu bo miała „za gesty katar”!!!! Dodatkowo nauczyciel codziennie notuje co dziecko zjadlo, co robiło, czego się nauczyło i potem zdaje nam pełna relacje. Nikt nie zmusza dzieci do drzemki. Mogą spać jeśli chcą, a jak nie to nie. Nauczyciele pomagają młodszym dzieciom w treningu czystości. Nikt nie robi afery jeśli dziecko miało wypadek. Jedynym minusem jest cena przedszkola, ale im dziecko starsze tym więcej bezpłatnych godzin mu przysługuje. Ja póki co muszę płacić prawie połowę swojej pensji ale jest to warte tych pieniędzy. Moje dziecko kocha przedszkole. Pozdrawiam z Liverpoolu

  6. W Polsce na szczęście też istnieją takie super pozytywne placówki. Są to niestety najczęściej przedszkola/szkoły prywatne, a i tak nawet wśród tych szkół trzeba się naszukać, żeby znaleźć coś fajnego. No i niestety takie placówki są często dosyć drogie. W efekcie na takie warunki mogą pozwolić sobie nieliczni i często nie ci, którym byłoby to najbardziej potrzebne. Fajnie tam w tej Australii!

  7. Brzmi bardzo miło i różnie od tego co jest w pl. Mam tylko jedno pytanie. Co z rodzicami, którzy nie mają czasu na przychodzenie do szkoły. Np pracują w tych godzinach. Czy dzieci tych rodziców nie czują się gorzej że ich rodzice nie odwiedzają?

  8. Przeczytałam z wielką przyjemnością. Kwestia tego 'pantofelka’ zawsze będzie mnie wkurzać. Podejście do szkoły miałam podobne – zawsze wzorowo, ale zawsze zacięcie, rywalizacja, ból brzucha i stres. Wszystko jako małe dziecko. Za żadne skarby nie wróciłabym teraz do szkoły. Zawsze mówiłam, że zamiast się uczyć, wolę pracować. Dziś, 20 lat później, a mam 26, twierdzę to samo.

  9. I teraz proszę mi odpowiedzieć co jest z tą Polską ? Jakiś czas temu komentowałam artykuł Pani, która pracuje nie w tradycyjnej szkole i jak oni w niej pracują. I rozczarowały mnie komentarze ludzi. Że z dzieckiem jak z jajkiem się obchodzicie, że kiedyś dziecko linijką po łapach dostawało i się słuchało a teraz zachciewa się wam nowoczesnej szkoły. Czytałam te komentarze i czułam coraz większe rozczarowanie. Jak ma np zmienić się system edukacji jeśli często rodzice nie wierzą w zmiany i nie rzadko uważają, że kiedyś było lepiej, że brak szacunku do dziecka to nic takiego. Jak moja córka pierwszego dnia poszła do szkoły przepłakałam pół dnia. Nie dlatego, że jestem nadopiekuńcza, ale dlatego, że pamiętam co ja przeżywałam w szkole, jakie uczucia wywoływały we mnie nie które sytuacje. Książkę mogłabym napisać. Potrafiłam będąc już matką, żoną budzić się zalana potem bo śniła mi się szkoła średnia. Dziwne to, ale niestety tak było. Zazdraszczam niesamowicie tej edukacji. Wiadomo, że nigdzie nie ma idealnej, ale prawie idealna jest 😉

  10. Napisana prawda i jak widac nie ma glosu sprzeciwu. Bedzie tez tak i w Polsce…. tylko….kiedy….Pozdrowki!

    1. Nie wszedzie jest tak kolorowo, na przyklad w Darwin w niektorych szkolach laczy sie klasy np klase 5 i 6. Nie wynika to z tego, ze jest zbyt malo dzieci, bo w naszej szkole sa cztery klasy 5/6 (po 13 dzieci z piatej i 13 z szostej). Dyrektor szkoly twierdzi, ze tak jest lepiej, bo wynika to z jakis australijskich badan ale nie potrafil mi wyjasnic dlaczego jest lepiej. Na wywiadowce nauczycielka nie wiedziala, w ktorej klasie jest moje dziecko, przepraszala i narzekala, ze ten system jest chory. W klasie ma bystre dzieci z klasy szostej i zaniedbane z piatej, ktore wlasciwie powinny powtarzac klase czwarta – ale w Australii o powtarzanie klasy musi poprosic rodzic. Ona probuje nauczyc czytac te zaniedbane dzieci z piatej, a w tym czasie geniusze z szostej rysuja albo graja na komputerze w gry „edukacyjne”. Masakra

  11. Dagmaro, naprawdę mega fajny wpis. :))) Ciekawie i ze szczegółami opisana australijska szkoła. Widać, ze nie bez powodu Twoje dzieci chodzą do niej z przyjemnością. Doskonale pamiętam, że ja jako przedszkolak / uczennica na sama myśl o pójściu do szkoły / przedszkola, kiedy znowu nadchodził poniedziałek dostawałam za bóli żołądka. Wciąż straszono nas… rodzicami. Że, doniosą im każde nieprawidłowe i nienormalne zachowanie. Kiedy zapowiadano wywiadówki cała klasa trzęsła portki, bo już nie wiadomo było czego nauczyciele się przyczepią, co zinterpretują za niewłaściwe i wyklepią rodzicom manipulując faktami, by pokazać że to oni – dorośli mają rację. A ty jesteś dzieciak to masz cicho siedzieć, być posłuszny i zajmować się tylko swym jedynym obowiązkiem – nauką. Jak pokażemy Ci twoje miejsce? zastraszając? Pamiętam jak w przedszkolu gdy miałam 5 lat uczyliśmy się jak działa poczta. Przygotowywaliśmy listy do rodziców, wkładaliśmy do kopert np nasze rysunki, laurki i adresowaliśmy. Potem z całą grupą mieliśmy iść na pocztę gdzie panie pokażą nam jak się wysyła. Wydaje się kreatywne? Nie do końca kiedy to przedszkolanka pojechała z grubej rury. Narzucała nam „jeden właściwy schemat” przygotowania tych listów, co mi jako dziecku mające większą wyobraźnię nie do końca pasował. Doszło do kłótni między mną a panią, która w odwecie za to, że jej podskoczyłam zaczęła pisać list czytając na głos jego treść przy całej grupie: „Drogi panie (nazwisko). Dorota jest bardzo niegrzeczna. Proszę wlać jej szerokim pasem.” Włożyła list do mojej koperty i zakleiła. Zabrała ze sobą, przez co nie wiedziałam czy go naprawdę wysłała. Przez kolejne dni siedziałam w domu cala w nerwach, każda wizyta listonosza to wielki stres. Później podczas grzebania w rzeczach rodziców trafiłam na jakąś zapisaną ręcznie kartkę. Nie umiałam jeszcze czytać, więc nie wiedziałam co jest na niej napisane. Ale pismo to było bardzo podobne do tego co napisała pani. Znowu zaczęłam się naprawdę bać. Co jak to jest ta groźba od pani? Tata odebrał ten list. Nie powiedział mi jeszcze o nim, ukrył i tylko czeka na właściwy moment by wlać mi szerokim pasem. Bo mój tata, niestety był z tych co czasem lał. Na szczęście wtedy do tego nie doszło. Prawdopodobnie pani tego wcale nie wysłała a jedynie na moich oczach udawała że wysyła aby zamknąć mi gębę. Niestety rodzice nie byli wtedy tak świadomi jak ty. Też byli przekonani, że dziecku należy się dyscyplina, ma się tylko uczyć koniec i kropka i głosu nie mieć. Dlatego kupowali te skargi nauczycieli za każdą pierdołę W niektórych domach po wywiadówkach i w moim czasem też kończyło się to pasem. Raz kiedy nim oberwałam dostałam siniaków. Podczas zajęć sportowych pani to zobaczyła. Wiedziała skąd się to wzięło i rzekła „Bardzo dobrze, na pewno należało się.” O podobnych sytuacjach jakie przeszłam w przedszkolu i szkole mogłabym opowiadać bez końca, bo podobnych było o wiele więcej. Mam nadzieję, że to wszystko się zmieni i gdy mój syn jak wejdzie w wiek szkolny nie będzie musiał tego przechodzić. Pozdrawiam

    1. Oczywiscie, ze do 7 klasy nie sa oceniane. Nauczyciele ciagle je chwala i przyklejaja w zeszytach naklejki z napisem „Awesome”, „Good work”. W 7 klasie zaczyna sie gimnazjum i zaczynaja sie oceny. Na koniec semestru dostajesz raport na temat swojego dziecka i tam pojawiala sie oceny A B C D E. W 3, 5, 7 i 9 klasie jest NAPLAN – taki ogolno krajowy test sprawdzajacy umiejetnosc czytania, pisania i rachowania – znienawidzony przez nauczycieli, bo czesto to co pisza w raportach nie zgadza sie z wynikami NAPLANu. Naplan pokazuje jak twoje dziecko wypada na tle szkoly i calego kraju. Wydaje mi sie, ze w raportach czesto sa wykorzystywana funckje „kopiuj” „wklej”. W 12 klasie jest cos w rodzaju matury dostajesz swoj ATAR (punkty na studia) ale nie musisz konzcyc 11 i 12 klasy jesli nie chcesz isc na studia.

  12. Zgadzam się z Tobą w 100% ale jednak mam to szczęscie że moje dzieci chodzą do „normalnego” państwowego przedszkola ( wcześniej zaliczyliśmy 2 prywatne i jak dla mnie dużo słabsze bo typowo pod klienta czyli żeby rodzice mieli spokój i wygodę). U nas w przedszkolu raz w miesiącu jest dzień kolorowy np. dzień truskawki na czerwono, dzień niezapominajki na niebiesko – moje dzieciaki to uwielbiają. Panie w miarę możliwości indywidualnie podchodzą sporo pamiętają – drobiazgi ale moje córka uwielbia misie i Pani to zapamiętała ze spotkania integracyjnego i dostała w szatni półkę z misiem (radość bezcenna), syn ostatnio wykopywał marchewki z ogródka i bardzo się cieszył i opowiadał, wracamy w poniedziałek a Pani do niego: i co wszystkie marchewki wykopane 😉 Małe gesty nie kosztują wiele a fajnie że komuś się chce. Niestety u nas w PL jest też problem z zaangażowaniem rodziców zaczynając od klasyki trójki klasowe nigdy nie ma chętnych a to jest właśnie coś gdzie można mieć minimalny wpływ na to co sie dzieje w klasie dzieci. Nie mówiąc że jak w ubiegłym roku u nas była akcja: mamo/tato poczytaj mi to na 20 dzieci przyszło 3 rodziców 🙁 a zajęło mi to 15 min – przyjechałam 15 min wcześniej w dogodnym dla mnie terminie. Ja wiem ze rodzice pracują (sama pracuje na pełny etat) ale większości sie nie chce. Uważają że to obowiązek szkoły/przedszkola a nie ich rodziców.

  13. Dziękuję, przeczytalam z przyjemnoscia. Zgadzam sie, choc w przypadku mojej corki( 10 lat), trafila w tym roku naprawde na super nauczycieli, ale szkoly nieznosi, uczy sie angielskiego, uwielbia ten jezyk, bo wie już, ze nie chce mieszkac w Polsce, a jest konsekwentna, uparta i baardzo spostrzegawcza, co nie raz w polskiej szkole przysporzyło nam nie lada problemow( mamy inne podejscie:)). Popieram, My tez nie chcemy, nie tracimy nadziei ze sie uda. ?

  14. Tak właśnie jest w Australii. Uczestniczyłiam w tym osobiscie jako mama i sbabcia. Zyłam w Perth 25 lat. Potwierdzam w 100%%%%.
    Szkołę sie kocha !!! Uwielbia !!! Wszystko kręci się wokół szkoły. Bywaja wyjątki ale ja przez tyle lat sie nie spotkałam z niczym negatywnym !! A odwrotnie, zrozumienie, empatia no i UŚMIECH i chęć pomocy to cecha real Aussie.
    W High School jest juz troche inaczej… hm długi temat.. może kiedyś o tym napiszę. Pozdrawiam ????i lecę do pracy w szkole… w ktorej staramy się uczyć nowocześnie i przyjaźnie i gdzie indywidualność dzieci jest doceniana a nie tłamszona.
    Zycze uśmiechu na codzień??

  15. No i teraz juz jestem pewna, ze Australia to miejsce dla mnie. Jestem nauczycielką w polskim przedszkolu, walcze ze stereotypami, walcze z systemem, ale nie muszę walczyć ani z rodzicami ani tym bardziej z dziećmi.
    Moim marzeniem jest emigracja właśnie do Australii, gdzie i ludzie i poglądy bardziej moje niż tu….
    PS. Świetny wpis, dziękuję

  16. Ja niestety nie jestem juz tak zachwycony szkolami publicznymi w Australii. Oczywiscie nie chce ich porownywac do polskich szkol, bo to dwie rozne planety. Moim zdaniem w wiekszosci przypadkow, szkoly publiczne nie wiele ucza i w rezultacie produkaja slabo wykfalikowanych pracownikow. Wyjatkiem sa szkoly zlokalizowane w bogatych dzielnicach gdzie ceny domow zaczynaja sie od $800k (ale zazwyczaj polskiego emigranta nie stac na zamieszkanie w takim miejscu).
    Przez 5 lat mieszkalem w 2 co do wielkosci miescie w Zachodniej Australii w pieknej dzielnicy nad oceanem (https://satterley.com.au/dalyellup-beach). Jak sie pozniej okazalo gmina wpadla na pomysl integracji “Housos” z nasza spolecznoscia i co 25 dom zostal zbudowany dla ludzi utrzymujacych z zasilkow. Moi sasiedzi – lekarze z RPA – postanowili wyslac swoje dzieci do lokalnej szkoly publicznej. Byli zdania, ze ich dzieci powinny poznac ludzi z “all walks of life”. Okazalo sie, ze poza kolorowaniem i wycinankami niewiele ich dzieci robily w szkole, nauczyciele byli zbyt zajeci tymi biednymi dziecmi housos, ktore czesto trzeba bylo najpierw nakarmic, przytulic, albo uspokoic, bo jedno potrafilo zterroryzowac cala klase. Poznalem tez nauczycielke z tej szkoly, ktora sama wyslala swoje corki do szkoly prywatnej. Wedlug niej szkoly publiczne (w wiekszosci) sluza tylko do “socialising”. Corka naszej sasiadku po kilku miesiecach w szkole publicznej nauczyla sie wszystkich mozliwych wulgaryzmow i nie chciala juz byc lekarzem tak jak mama, stwierdzila, ze bedzie pracowac w McDonalds… “Biedactwo” jest teraz w szkole prywatnej gdzie musi sie czegos uczyc, podobno nawet jej sie to podoba.
    Nie podobaja mi sie rowniez publiczne szkoly srednie. Jesli na przyklad twoj nastolatek chce zostac inzynierem, to musi chodzic do klasy gdzie 80% ludzi chce zostac profesjonalnymi gamerami albo nikim. Nie ma podzialu na licea, technika, szkoly zawodowe. Jesli jestes z biednej dzielnicy, to czesto nie masz wyjscia, chodzisz do high school z ludzmi, ktorzy przychodza do szkoly tylko po to zeby miec beke z nauczyciela i z ludzi takich jak ty. Do lepszej szkoly nie mozesz sie przeniesc, bo szkoly w dobrych dzielnicach sa przepelnione, jezeli jestes geniuszem, to w duzym miescie mozesz starac sie dostac do “selective school” ale jesli nie uczyles sie w podstawowce to nie masz szans. Mozesz tez pojsc do szkoly prywatnej, ktora kosztuje ~$25k na rok.
    Ktos moze powiedziec “po co sie uczyc i byc inzynierem, skoro pracownik fizyczny jest chroniony przez zwiazki zawodowe i dobrze mu sie wiedzie?” Rzeczywiscie przez ostatnie lata, pracownicy fizyczni nie mieli powodow do narzekan, ich place rosly w takim tempie, ze Toyota, Mitsubishi, Ford i Holden musialy zamknac swoje fabryki samochodow, bo produkcja czegokolwiek w Australii jest nieoplacalna. Trudno powiedziec jak bedzie wygladac zycie pracownika fizycznego w Australii za 10 lat.

    1. Ja właśnie mieszkam w dobrej dzielnicy. Wybrałam ją ze względu na szkołę. Co ciekawe, w naszej szkole, pomiędzy trzema klasami, do których chodzą moje dzieci, jest kilku nauczycieli. Wszyscy uczą w prywatnych szkołach. Głośno mówią, że wydawanie 25k na szkołę prywatną jest głupotą, bo poziom nauki jest porównywalny. Sami swoje dzieci posłali do szkół państwowych. Podejrzewam, że jak wszędzie na świecie, wszystko zależy od konkretnego przypadku. I szkoły i nauczyciela i dziecka i rodziców. Ja jestem zadowolona. W Polsce też mieszkałam w tak zwanej drogiej dzielnicy.

  17. Czytam, i aż mnie skręca z zazdrości.

    Słabe warunki w szpitalach, czy dziurawe drogi – wiele da się wytłumaczyć brakiem pieniędzy. Po prostu – z pustego i Salomon nie naleje.

    Ale najgorsze jest to, że 90% tego, o czym piszesz, dałoby się zrealizować u nas nie wydając ani złotówki…

  18. Wiesz, niestety moim zdaniem duże znaczenie w PL ma tez to, że rodzice wymagają. Dziadkowie wymagają. Serio. Widzę to bardzo wyraźnie. Dziecko w przedszkolku na dzien „czegokolwiek” nie chce powiedziec wierszyka – złe dziecko, babcia mowi ze nie chce takiej wnuczki, mama mowi ze wstyd. Tyle razy to widziałam ze glowa mała. W szkole mają byc oceny dobre. Pal szesc ze tam jakies wydurnione rzeczy czasem albo testy za testami z glupotami. Oceny mają byc dobre. Dziecko umie wyliczyc czasy po angielsku, zasady gramatyczne wymieniac ale słowa nie umie powiedziec. Nie ma miejsca na indywidualizm, wszyscy mają byc tacy sami. Chłopiec nie pisze pięknie jak dziewczynka? To trzeba zeby siedział codziennie do mroku i ćwiczył, bo tak byc przeciez nie moze!! Inne podejscie traktowane jest jako olewcze. Przez innych rodziców przede wszystkim. Takie ślepe owce sobie system wychował.

    Ahh.. i każde dziecko jest „nietypowe” Dagmaro 😉 Nie ma „typowych dzieci” :p

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *