Siłaczka.
Początek jesieni dobił mnie całkowicie. Zimno rano i wieczorem, szarówka, ewidentny koniec lata. Znowu trzeba od rana mocować się z wieloma warstwami ubrania, czapkami, potężnymi rachunkami za gaz i prąd i stałą zagwostką – co dziś będziemy robić od 15.30, kiedy wrócimy po ciemku z przedszkola? Do tego jakaś pustka w głowie i notoryczna chandra, nostalgia za nie wiadomo czym.
Bywają takie dni, kiedy od rana jestem zmęczona. Patrzę w lustro i widzę podkrążone oczy, których nie przykryje nawet najlepszy korektor. W tych oczach nie ma blasku, jest przeraźliwe zmęczenie, którego dzisiaj nie uda się zniwelować. Zwlekam się z łóżka, rozpoczynam sprint przez poranek. Co chwila pojawiają się nowe przeszkody. Są dni, kiedy ciąży mi bycie organizatorką naszego życia. Czy ja muszę wiedzieć, jaka dziś będzie pogoda? Czy muszę pamiętać, żeby zabrać do przedszkola plecak, bo dziś jest wycieczka? Czy świat się zawali, kiedy nie będę znała odpowiedzi na te wszystkie pytania? Czy mogłabym zamknąć się na chwileczkę w łazience i spokojnie skorzystać z toalety? Nie mogę.
Lecę do przedszkola bez makijażu, mijam uśmiechnięte mamy, ich maluch akurat dzisiaj jest w dobrym humorze. Czy to ja mam wrażenie, że naokoło same idealne matki, a tylko ja się spieszę, nie mogę buta drugiego znaleźć, moje dziecko ma pastę do zębów na nosie? Po przedszkolnej walce z fochem, frustracją, zniecierpliwieniem dzieci, wydaje mi się, że dzień dobiega już końca, a jest dopiero 8.30.
Brakuje mi energii, nie mam siły. Bo to nie chodzi tylko o dzisiejszy dzień, czy jedną gorszą noc. Przygniata mnie ciężar odpowiedzialności. Czy dam radę? Bo przecież wiem, że problemy, które mam dzisiaj, zamienią się wraz z dorastaniem dzieci w jeszcze gorsze. Martwię się tym codziennie.
Nie wiem jak robią to samotne matki, nie wiem jak kiedyś kobiety dawały radę. Nie miały ani pampersów, ani mokrych chusteczek, ani nawet pizzerii za rogiem, która mogła od czasu do czasu zastąpić obiad. No i zwykle nie miały też pomocy, pchały wózek zwany domem samodzielnie, bo dzieci i pranie były „niemęskie”.
Kiedy próbuję sobie udowodnić, że przecież doskonale daję radę, łapię się na momentach, kiedy bycie siłaczką najzwyczajniej mnie przerasta. Mam ochotę po prostu spakować się, wyjść z domu i na chwilę nie wracać. Chciałabym, żeby do walizki ktoś spakował mi maszynkę do zakłócania myśli. Bo to one najbardziej mnie męczą. Codzienne wyrzuty, bo powinnam jeszcze chwilę porysować, jeszcze szybciej odgrzać obiad, jeszcze bardziej się postarać, jeszcze więcej się uśmiechać, być jeszcze milsza, a brak mi cierpliwości, energii. Nie pomaga czwarta kawa.
Chciałabym umieć tym rzucić, obudzić się rano i nie dbać o porządek, czy garnki. Zignorować codzienną walkę o ładną sylwetkę i na śniadanie zjeść tłuste frytki. Olać bałagan, stosy prania i kontrolne wizyty u kolejnych lekarzy. Powiedzieć wszystkim – dzisiaj mam L-4 od bycia mamą, radźcie sobie sami, mnie nie ma. Pstryk. Chciałabym na chwilę uciec od bycia rozsądną żoną, mamą. Beztrosko się śmiać, czuć, że za tą zabawę nie będę musiała zapłacić wysokiej ceny, nie przejmować się niczym. Wierzyć, że jeszcze wszystko przede mną. Nie bać się, że za rogiem czai się kolejny dylemat i jeszcze cięższa próba. Nie czuć, że może właśnie oblewam ten najtrudniejszy egzamin.
Nie zauważyłam nawet, kiedy ze zwariowanej dziewczyny stałam się dorosłą matką, której przecież „nie wypada”. Prawie wszystko to, co kiedyś składało się na moje życie, jest teraz dla mnie niedostępne. Stałam się mamą, moje chcę zastąpiło muszę. Wiem, że ciężko jest zdobyć świat siedząc w kącie z płaczem na końcu nosa. Ale dziś nadeszły takie dni, kiedy wcale nie chce mi się tego świata zawojować. Chcę poleżeć pod kocem i nic nie robić, nie słuchać głosu, który w mojej głowie ciągle powtarza…musisz…
Najbardziej dość mam wtedy, kiedy kolejny dzień sama na posterunku, idę gdzieś z trójką dzieci. I choć wiem, że ona umęczona jest jednym tylko dzieckiem, przy którym pomagają jej dwie pary dziadków i niania, patrzy na mnie jakbym była podkategorią matki. Bo moje dziecko krzyczy, próbuje na siłę przekrzyczeć rodzeństwo, żebym to właśnie ten jeden głosik usłyszała, żeby dziś była jego kolej. I choć rzadko się skarżę, dzisiaj to powiem – nasz każdy dzień jest taki, jak dla większości rodziców ten najtrudniejszy.
Bywają takie dni, kiedy w końcu ktoś się zlituje i przyjedzie na jeden wieczór, żebyśmy znowu mogli zobaczyć, jak to jest po prostu być parą i wyjść w weekend z domu. W 90% przypadków mam ochotę zamknąć się w sypialni i położyć się spać o 19. Jednak wychodzę, walczę ze zmęczeniem, maluję usta, zakładam szpilki. Przypominam sobie, jak się wygląda w stroju, który nie jest przede wszystkim wygodny. Siedzę na tym Rynku, patrzę na ludzi, którzy 15 lat ode mnie młodsi korzystają z życia. Mąż często widuje mnie w stroju domowym, w melanżach, z kitkami o różnej konfiguracji. Czasami wysyłam mu zdjęcie, kiedy idę do ludzi, żeby zobaczył, bo chyba by mnie na ulicy nie rozpoznał. I dlatego czasami, mimo zmęczenia, siadam naprzeciwko niego i słucham, bo przecież często w codziennej gonitwie umyka mi ten człowiek, choć najbliższy i mieszka pod jednym dachem.
Dzieci są cudowne, oczywiście. Piszę o tym stale. Bywają jednak takie dni, w których to macierzyństwo boli bardziej niż cieszy. W zeszłym roku dzieci z przedszkola przyniosły słowo „kupa”. Kupą było wszystko. Minęło, choć doprowadzało mnie do szału, wiedziałam, że minie. W tym roku wszystko jest „głupie” i usłyszałam już, że jestem głupia. Każdy wie, jak to boli. Choć wiem, że moje dziecko nie zdaje sobie sprawy z tego, co to znaczy, ja aż miałam łzy w oczach. Nie przez to „głupia” bo to nie jest dorosłe, świadome „głupia”. Było mi przykro przez minę innej matki, która to przypadkowo słyszała. Obcej osoby, która nie zna mnie, ani mojego dziecka, mojej sytuacji, ale której mina od razu sprowadziła nas obie do etykietki „zła matka, niegrzeczne dziecko”. Wszystko to, co robię codziennie, nagle straciło sens.
Są takie dni, kiedy mąż zauważy, że padam i mam serdecznie wszystkiego dość, widzi tą ukradkiem otartą łzę. Napisze wtedy – odbiorę dziś dzieci, zabiorę do parku, a potem chodźmy na pizzę. A ja czuję się jakbym wygrała w lotto. Taki bonus pomiędzy praniem, obiadem i usypianiem.
Może zbyt wiele wzięłam na siebie. Trojaczki, maratony, blog. Ale ja nie chcę życia przeczekać do „będzie łatwiej”, bo może nie będzie? Podpieram się nosem, a jednak codziennie wstaję. Bo wiem, że jeśli się poddam, wszystko zawali się jak domek z kart. Jedyne, co mnie trzyma przy życiu to ta siła. I choć dzisiaj jest mi gorzej, a jesienna chandra nie mija, walczę. Bo póki walczę, nie przegrałam.
Wiem, że Tobie też jest ciężko, że często nikt nie docenia tego, co robisz. Brakuje Ci sił, a wstać trzeba każdego dnia, uśmiechać się, nawet przez łzy. I choć ten blask w oku blednie, włosów na głowie coraz więcej siwych, a kręgosłup jeszcze bardziej boli, trzeba iść do przodu. Musimy przecież zdać ten egzamin, choć możliwe, że bez świadectwa z paskiem.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Matko przez duże M i Siłaczko przez duże S… Trzymam za Ciebie kciuki tak jak i za wszystkie zdrowe Mamy… bardzo lubię twoje zdrowe podejście do życia … czytuję regularnie z podziwem 🙂
Dzięki Ania, trzymam za nas wszystkie kciuki!
Kochana jesteś ze to napisałaś.. Ja tez często tak sie czuje. Dziękuję ?
Bardzo proszę, nie jesteś sama.
Czasem jest bardzo ciężko, ale grunt to mieć oparcie 😉
Gorzej jak go brakuje..
Jak Ciebie czytam to faktycznie usiądę i pomyślę „głupia jesteś masz jedno dziecko, i to co Cie denerwuje to ta Babka ma razy 3, więc nie marudź i się ogarnij” :). Ale każda z nas ma chwile kiedy ma dość. Ale fakt, że ojciec mego dziecka ma prace taką, że czasem nie ma go tydz a czasem tydz jest w domu jest o tyle dobry, że jak już w domu jest to faktycznie tym dzieckiem się zajmuje od A do Z (nie licząc mojego karmienia piersią :D) i są to chwile kiedy mogę odpocząć i zając się chociaż trochę sobą. I z takich chwil trzeba korzystać.
Może jak dzieci są w przedszkolu to trzeba sobie zrobić w tym czasie dzień dziecka i zamiast obowiązkami domowymi zająć się sobą i pod tym kocem ciepłym poleżeć? A opinie innych mieć głęboko w 4 literach 🙂
Właśnie nie umiem tak, ale po tym wpisie wczoraj uświadomiłam sobie, że nie mam innego wyjścia i po prostu 1 dzień w tygodniu muszę robić nic, inaczej zwariuję. Opinie innych mam gdzieś na dłuższą metę, ale jak czasem trafi na gorszy dzień to bywa, że zaboli. Pozdrawiam.
głowa do góry, cycki do przodu i przed siebie Kochana 🙂 ja też mam czasem takie dni, ze wolałabym pierdyknąć wszystko i się zamknąć tylko w swoim świecie ale szybko przecieram oczy i przemywam twarz zimną wodą. Cholera! Jesteśmy matkami, kobietami – wszystko możemy. i to nie z przymusu. My jesteśmy SIŁACZKAMI 🙂
Wystarczy się uśmiechnąć, odgonić złe myśli, i będzie dobrze 😉 (samotna mama dwójki chłopców;) )
Samotna mamo, chylę czoła i dzięki Ci za ten manifest! Poprawiam koronę, cycki do przodu i lecę dalej!!
Znam to wszystko doskonale. Cieszę się, że trafiłam na twojego bloga bo teraz za każdym razem gdy czytam nowy post pocieszam sie nieco. I podsyłam je mężowi. Nasza dwójka awanturuje sie od rana. Od 7 krzyki, wrzaski, ryk. Nienawidzę weekendów bo ciągle muszę lagodzic spory i uspokajac. Mam dość!
U mnie weekendy wyglądają podobnie, od rana wojny i zagwostki „jak zorganizować dzień”. Też często mam dość.
A ja na chandre Daga, przesylam Ci ogromna, przepyszna, NIETUCZACA czekolade, ktora mozesz zjesc sama… bedzie dobrze. Ja tam szary melanz zamienilam na czarny dres ( to juz chyba postep?) i czuje sie jak po SPA. 😉 Jak chcesz to na pocieszenie wysle Ci przepis na ciasto (podrobke tradycyjnego drozdzowego z owocami i kruszonka), ktore robi sie 50 minut, z czego 45 minut to czas pieczenia. Chcesz ? I moge Cie mocno przytulic, tak mocno mocno… tyle mam dzisiaj milosci i energii dla Ciebie…
A jesli chodzi o frazesy pt.: ” No ty nie dasz rady? No kto, jak nie ty?” – dolujace, bo napedzaja jeszcze bardziej maszynke zwana „Musze”. Wiec sluchajmy bardzo wybiorczo… czasem udaje ze mam niedosluch…
Czarny dres to postęp, yeah! Ja wczoraj w trakcie porządków znalazłam różowe dżinsy, to też postęp, nie? Ciasto chcę! Ja zwykle udaję, że nie słyszę, co tam jakieś obce ludzie. Dzięki za przytulaski.
Kurcze, skąd ja to znam… Właśnie dzisiaj rano po całym tyg wstawania, kłopotów z synem w szkole, całym tyg niezliczonych spraw w pracy, moje emocje sięgnęły zenitu i wybuchlam ? a wszystko to tylko a może aż za sprawą rozlanego picia!!! Oczywiście oberwaly moje Robaczki… A potem ten straszny kac moralny: DZIS PO RAZ KOLEJNY WYGRAŁA PANI W PLEBISCYCIE NA NAJGORSZA MATKE! Dlaczego to wszystko jest takie trudne! Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że wychowywanie dzieci jest tak absorbujace i odpowiedzialne, w życiu bym nie uwierzyła, a jednak… I ta ciągła walka, o każdą drobnostke! Czasami wymiekam… Cieszę się, że nie jestem w tym wszystkim sama i że Ty byś mnie zrozumiała… Pozdrawiam
Ania
Aniu, oczywiście, że nie jesteś sama, jest nas tysiące. Codzienna syzyfowa praca zwana życiem. Czasem przygniata, ale nie dajmy się!
Oj tak, to prawada. Ostatnio wróciłam na starą trasę do pracy. I naszły mnie podobne myśli, dokładnie pamiętam dzień kiedy byłam tam ostatni raz- 21.03.2013, za kilka godzin życie miało obrócić się o 180stopni, komplikacje, szpitale, porody, noworodki, niemowlaki, bunty rozdzieliły mnie z tym miejscem na ponad 2 lata. I tak stojąc na skrzyżowaniu zapragnęłam przez chwilkę, aby cofnąć się w czasie do wszystkiego co było PRZED. I trochę mi czasem żal, że pewne rzeczy już nie wrócą nigdy, przepadły na zawsze.
Nigdy, bo mamą jest się do ostatniego oddechu. Pocieszajmy się, że nadeszły nowe rzeczy, które warte są wzdychania. Rachunek na pewno jest jednak na plus.
Ostatni akapit to dobre podsumowanie. Mi się czasem marzy, żeby tak po prostu się wyspać. Albo żeby spać całą noc 🙂 Albo aby mi ktoś posprzątał, ugotował obiad lub zrobił domowe ciasto i podał, kiedy siedzę z kubkiem ciepłej kawy zawinięta w koc. I zorganizował cały dzień za mnie 🙂 Tak sobie wzdycham.
Spać całą noc, ale wymyśliłaś! 🙂
Hej ho! Pomyśl, że za pół roku będzie już cieplej i widniej, a za 9 miesięcy będzie znowu lato! To tylko 9 miesięcy! Tyle co trwa ciąża, a ona przecież zawsze niby się dłuży, ale potem się okazuje, że tak szybko minęła! I tym razem też tak będzie, uwierz mi 🙂 Takie dni, jak Ty masz dzisiaj, miewa większość z nas, ot zwykła chandra. Nikomu do niczego nie są potrzebne, nikt ich nie lubi, a jednak są. Po co? Może po to, by właśnie odkryć w sobie tę silę i moc, którą mamy na co dzień, a której wcale mieć nie musieliśmy. Może po to, by organizm też miał swój dayoff? Nie wiem, ale na pewno walka z tym nie ma sensu. Doceń siebie samą, jaką jesteś super mamą, ile osób Cię podziwia, ile osób Ci zazdrości! Matkę idealną potępiającym wzrokiem spoglądającą w Twoją stronę uprzejmie potraktuj „Dzień dobry, piękny mamy dziś dzień, nieprawdaż?” Ignorancja nie boli. Reakcja jak najbardziej. A Tobie da ona ogromną satysfakcję. Ja rodzicom histeryzującego dziecka zawsze współczuję, bo wiem, że najchętniej zapadli by się pod ziemię, bo stają na głowie (w większości przypadków), by je wychować na porządnego człowieka, by było szczęśliwe i by nic mu do szczęścia nie zabrakło, a jemu do dobrze wychowanego jak stąd na Księżyc. Bo dzieci nie są grzeczne, i za mało się o tym mówi. Dzieci mają przywilej bycia dziećmi. Grzeczni powinni być dorośli. A w obecnych czasach jest niestety na odwrót.
Trzymam kciuki za lepsze jutro i pilnuj nóg jak wstajesz – prawa pierwsza 🙂
Tak jest! Dzisiaj wstałam prawą, będzie lepiej! Masz rację – w dzisiejszych czasach rzadko mówi się o tym, że dzieci są dziećmi, za to wymaga się od nas, dorosłych, żeby już w wieku roku były wytresowane i za bardzo innym nie przeszkadzały. Ech.
Zycze nam aby te radosne i wzruszajace momenty dawaly nam taka sile ktora sprawi ze w tych trudnych momentach superturbo moc bedzie z nami! Wierze ze nie masz lekko….Trzymam kciuki za lepsze jutro i sloneczna jesien ktora utrzyma energie z lata a tymczasem spotkajmy sie na pogaduchy!
Chętnie Jo! Też liczę na pogodną jesień.
Godzina 2:50 w nocy… w końcu zasnęła, ciężkie ząbkowanie… wszyscy w domu chrapią-jedni ciszej drudzy głośniej? noc jak każda…ale jest mi dużo lżej jak czytam takie teksty?
Cieszę się. Każdemu w jakimś momencie jest ciężko.. Pozdrawiam!
Każdy ma prawo do gorszych dni. Grunt by walczyć i się nie poddawać. Trzymam kciuki za wszystkie mamy.
Ja też trzymam kciuki za wszystkie mamy, trzeba być silnym, nie poddawać się i walczyć, choć bywają dni szare jak ten dres.
Też tak mam ostatnio, może to jesień powoduje, nie wiem sama. W każdym razie trochę przystopowałam z paroma rzeczami, między innymi z blogowaniem i na dobre mi to wyszło. Każdy ma prawo do gorszych dni, nawet matki, od których się wymaga wiecznego uśmiechu na twarzy. Pozdrawiam!
Ja sobie też dałam na chwilę spokój z paroma rzeczami, zastosowałam kilka trików na polepszenie humoru i już mi lepiej. Czasem musi być gorzej, żeby mogło być lepiej.
Boziu, normalnie wzięłabym i Cię przytuliła! Nie ukrywam, że poszczęściło mi się dzieckiem średnio wymagającym. I choć czasem mam ochotę schować się pod koc i udawać, że mnie nie ma, to generalnie jest spoko. Ale próbuję sobie wyobrazić, co przechodzisz i aż mnie korci, żeby Ci porwać dzieciaki raz na jakiś czas, żebyś tych chwil wytchnienia miała więcej. Życzę Ci tego z całego serca. I tylko przypomnę, bo mam nadzieję, że o tym wiesz, że każdy Twój gest nie idzie w próżnię. Wszystko, co siejesz kiełkuje i wzrasta w Twoich dzieciach. Z takiego serca, bolących pleców i podkrążonych oczu MUSI wyrosnąć coś nieprzeciętnego ? mimo to dbaj o siebie. Zdrówka! I snu! ?
Dawaj przytualaska, biorę! Sen by mi się przydał, oj tak, ale na własne życzenie się go pozbawiam, bo zawsze jest coś i to jeszcze chwilę zamienia się w kolejną godzinę. Wiem, że wysiłek nie jest na marne, chociaż… nigdy nic nie wiadomo, to jakie będą dzieciaki nie jest do końca tylko moim dziełem. Pozdawiam x
Też czasami mam wrażenie, że „nasz każdy dzień jest taki, jak dla większości rodziców ten najtrudniejszy”. U mnie wszystko x 2, nie wyobrażam sobie Twojej sytuacji: x 3.
Czasami po całym dniu z dzieciakami mam wrażenie, że cały dzień marudzily, albo cały dzień płakały (chłopaki właśnie boleśnie ząbkują). Ale to przecież nieprawda, tylko, że jak się ma bliźniaki, to tego wszystkiego jest dwa razy więcej i na koniec dnia głowa puchnie i ręce puchną…
Pozdrawiam Cię serdecznie, Siłaczko!
Pozdrawiam Ciebie też matko bliźniacza! Z wieloraczkami wszystko jest x n i rąk nie starcza! A do spuchniętej głowy już się trochę przyzwyczaiłam 🙂
U mnie dochodzi do tego, że rodzicielstwo stało się pewnego rodzaju uzależnieniem – jak dochodzi do momentu kiedy myślę,że już po prostu NIE DAM RADY, to nawet jak uda mi się na chwile od tego uwolnić, oderwać, to i tak cały czas myślę o dzieciach, domu, posiłkach, rzeczach do zrobienia (bo jak mi się nazbiera, to później nie ogarne). Nawet jak chcę dać sobie trochę luzu – to nie potrafię!
I do tego to straszne poczucie winy kiedy na usta cisną się słowa:”pobaw się sama, bo mama chce mieć teraz chwilę dla siebie”…
Taaa, też jestem specjalistką od uzależnień ale i poczucia winy. Staram się jednak ze wszystkich sił trochę to w sobie zwalczać i jak już gdzieś wyjdę to nie myślę o domu, bo wtedy zamiast się wyluzować, męczę się podwójnie. Reset to dla mnie jedyne wytchnienie.
Święta prawda! Co jakiś czas przychodzi kryzys i ciężkie chwile 🙁 Ja czasem popłakuje wieczorem w poduszkę po takim ciężkim dniu…… nie ze zmęczenia, nie z przepracowania bardziej z bezsilności. Człowiek „staje na głowie” a i tak zawsze jest źle. P.S. U nas też rok temu była kupa a nawet kupa x2 😉
Bezsilność jest okropna, a przecież nie powinnyśmy jej czuć, staramy się, walczymy, ale czasami jest tak i tak źle. Życie, niestety.
Jakbym czytała o sobie. Z tym, że mam łatwiej, bo jedno dziecko mniej. A może ciut trudniej czasami, bo dziewczyny jednak młodsze niż Twoje. Czasami marzę, ze by nic nie słyszeć, nie wiedzieć. Wyjść, uciec, zapomnieć. Ale nawet jak raz na pół roku wyjde z domu, to i tak zastanawiam się czy Młodsza nie placze. Od bycia mama nie ma urlopu. Nie ma wolnego. I nawet l4 się nie należy. Ostatnio dziewczyny były chore, ją też się źle czulam, mąż chciał wziąć zwolnienie na córki choć na dwa dni, żeby było ciut lżej. I nic?!głupi system nie przewiduje, że matka na wychowawczym może zachorować. Ona ma siedzieć w domu i zajmować się wszystkim 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu.
Świetnie się czyta Twoje wpisy. A jeszcze jak pomyśle, że mamy wspólną znajomą, to i Ty wydajesz się być jak koleżanką z sąsiedztwa 😉
Pozdrawiam
Magda
http://www.sukcespisanyszminka. com
Nie ma nigdy wolnego i tak całe życie będzie. Najgorsze chyba to, że wiesz, że nawet na chorobę po prostu nie masz czasu. Jaka to znajoma? Przyjaciele moich przyjaciół są moim przyjaciółmi, więc wiesz… Dzięki za komplement!
„I tak całe życie”… Z czasem chyba nauczymy się „odpoczywać” i choć na kilka godzin „wyłączyć” bycie mamą by stać się znów młodą 🙂 beztroską kobietą, wyjść z domu w szpilkach, bez stresu, że ktoś za nami płacze, spotkać się z przyjaciółmi, znaleźć chwilę by zadbać o siebie, skoczyć na siłownię, masaż czy na zakupy inne niż spożywcze 😉
Pozdrawiam Ciebie i Agę S.
To szybko minie, jeszcze się może w tych szpilkach nachodzimy! Właśnie w poniedziałek byłam z Agą S. w teatrze i były szpilki i nawet kawka! Pozdrawiam.
Daga, czy Ty wiesz jak ja tu trafilam? Tu na Twoj blog. Ano tak, ze mam corke. Baaaardzo rozbrykana, z silna osobowoscia, temperamenta. W zwiazku z jej lekka niedyspozycja pracujemy z kilkoma profesjonalistami: pedagodzy, logopedzi, pediatrzy, dietetycy i kazdy znich wspomina, ze rzadko spotykaja sie z takim charkterem.
Z racji jej osobowosci we wczesnym macierzynstwie nie bylam w stanie sprostac jej potrzebom (cokolwiem robilam nie bylo wystarczajace, zeby ja zadowolic- skutek: ciagly placz, histerie, zanoszenie sie doprowadzajace do wymiotow). Dopiero potem wyczytalam, ze moje dziecko to High Need Baby.
I tak oto zaczelam szukac porad w internecie. Natknelam sie na inne blogi, matek z jednym dzieckiem. Jakie one byly zadbane, dzieci piekne i umyte, zdjecia przecudne, domy wypucowane, rady typu: jak powiesisz dziecku karuzele nad lozkiem, bedziesz miala czas na kawe – nalezy Ci sie. Jaka karuzele do cholery ja sie pytam? Moglabym cyrk do domu zaprosic, a i tak by nie pomoglo! To dobilo mnie jeszcze bardziej.
Pomyslalam ze musze isc w extrim. I tak oto trafilam na mame trojaczkow, dwie mamy trojaczkow. Ciebie i mame Druzyny A (milosc do potegi trzeciej – trojaczki urodzone przedwczesnie). Twoj blog to miod na me serce. Te wszystkie posty o uczeniu sie cierpliwosci , czerpaniu przyjemnosci ze spedzonego razem czasu to jest to czego mi bylo trzeba, czego mi brakowalo w moim macierzynstwie. Blog Druzyny A to lekcja pokory (i ogromy podziw dla rodzicow).
Wiem, ze moja codziennosc to pikus w porownaniu z innymi przypadkami. I nie chodzi tu o to, ze sie pocieszam ze inni (mamy trojaczkow) maja gorzej.To jest kwestja czerpania inspiracji, motywacji.
A to ze przyznajesz, ze Ty tez miewasz ciezszy dzien utwierdza mnie w przekonaniu o autentycznosci tego miejsca.***
Po pierwsze bardzo dziękuję za wyczerpujący komentarz i komplement. I u mnie z dziećmi cyrk by nie pomógł. Domi powiedziałby, że nie lubi, Nina, że klaun jest głupi, a Emma, że się zwierząt boi. Ja już nie liczę na czas na kawkę, a blogi, na których dzieci mają stylówki za 1000 zł do leżenia na podłodze omijam szerokim łukiem. Moje dzieci drą getry w jedno popołudnie! Omijam i te, w których autorka zapomina przypomnieć, że ma nianię i na miejscu dwie pary dziadków zakochanych we wnusi. No i te, gdzie nawet na zdjęciach widać, że dziecko jest po prostu typem aniołka. Ja się mało przejmuję tą medialną spowiedzią. To znaczy oczywiście hejt na pewno by mnie bolał, ale wiem, że moje wpisy o tym, jak jest naprawdę, pomagają. Tak jak mnie pomaga czytanie tych komentarzy. Drużyny A nie znam, ale znam inną z chorymi trojaczkami. Miałam w tym wszystkim szczęście i to ono daje siłę. Ja też czerpię dużo inspiracji od innych mam, wszystkie siedzimy w tym po uszy, a macierzyństwo za każdym razem niesie jakieś wyzwania, nie ważne czy dziecko jest jedno, czy troje. Pozdrawiam Cię, autentyczna mamo. High Need Baby, muszę poczytać, w ciemno wiem, że mam to w domu razy 3.
No jakby nie spojrzeć to mój post może być odpowiedzią na Twój 🙂
No nie? 🙂
I najlepsze, że nie czytałam wcześniej 🙂 Jakaś telepatia 🙂
No chyba coś wisiało w powietrzu, bo widziałam już 4 takie posty 🙂
O patrz ja nie widziałam ani jednego 🙂 oprócz mojego i Twojego
Czasami mam dni w których czuje się identycznie. Wydaje mi się wtedy, że życie toczy się gdzieś obok mnie i przecieka mi pomiędzy palcami. Na szczęście zaraz po nich pojawiają się dni, które mogę nazwać fajnymi 😉 i znowu się uśmiecham 😉
I tak trzymaj! Ja też mam takie ciągi dni, a potem kopię się w cztery litery, alleluja i do przodu!
Cudowny tekst. Bardzo prawdziwy i …potrzebny. znam te odczucia, mysli. choc ja sie dopiero „rozkrecam” bo u nas wciaz slonce (pld wlpk) i nawet jak chlodny poranek to wciaz jeszcze bluza na plecy wystarcza :).
Ale being perfect sometimes killing me…wiec ucze sie odpuszczac…czasem nie zdaze wychwycic tego „momentu” lub jak mowia „przelanej beczki soli” i wtedy rycze,krzycze…a potem mysle „durna baba” tyle masz szczescia…ocknij sie…ale przy tym nie neguje upustu emocji. no moze forma moglaby byc czasem mniej dosadna ;P
pzdr wszystkie wspaniale i dzielne matki!
Każdy miewa gorszy dzień i to nic złego. Pozdrawiam i powodzenia dla nas wszystkich w odpuszczaniu!
Mam tak samo, gdy zaczyna się jesień marzę,by zapaść w zimowy sen. Rano ciemno, wieczorem ciemno, a ja do życia potrzebuję słońca! A tak na marginesie: z każdym podejmowanym tematem trafiasz w samo sedno – dzieci to sama radość, ale też nieustanny obowiązek. Marzę czasem, by do południa posiedzieć pod kołdrą zamiast zrywać się o 5 lub 6 rano, by w wolnej chwili poczytać książkę zamiast biegać ze szmatką do kurzu lub prasować itp. A jednocześnie zdaję sobie sprawę, że taki stan szybko minie – dziecko „wyfrunie” z domu, a ja nie będę potrafiła znaleźć sobie zajęcia bez niego.
Ja też o tym marzę i postanowiłam chociaż raz w tygodniu poświęcić 2 godziny na to, na co mam ochotę. Zaczynam jutro, trzymaj kciuki! Za Ciebie też trzymam, kurz poczeka.
Kobieta potrafi 🙂
Bądź dalej Siłaczką, bo przecież dla tych całusów, uścisków, kwiatka zerwanego po drodze do domu, serduszka namalowanego na kawałku gazety naprawdę warto. Choć często i na pewno łatwiej byłoby powiedzieć „koniec”. Jesteś dzielna!!! I nie ma co się przejmować spojrzeniami, chociaż to boli. Przecież nikt nie włoży Twoich butów i nie przejdzie Twoich ścieżek. To tylko kawałek naszego życia podarowany tym Krasnalkom, więc komu jak nie im pokazać, co to znaczy kochać sercem, a nie portfelem.
Oczywiście, dzieci są najważniejsze. A czasami można sobie pozwolić na gorszy moment.
Wspaniały blog 🙂 Jestem mamą trzech synów (6,4, prawie 1). I naprawdę nie jest łatwo,jednak najczęściej po prostu nie mam czasu poużalać się nad sobą. Tylko wtedy kiedy zaczynam krzyczeć na chłopaków w mojej głowie następuje zwarcie: chce mi się płakać z bezsilności. Wtedy nachodzą mnie myśli ze jestem beznadziejną matką, bo zamiast poświęcać im czas ja siedzę w garach,w starcie brudnych ciuchów do prania albo czystych do prasowania. Odkurzam z najmłodszym na ręku, bo boi sie odkurzacza albo szoruję podłogę bo jeszcze raczkuje. Zmuszam mojego sześciolatka do odrobienia lekcji, zbieram zabawki, zmieniam pampersy, uczę wierszyka do przedszkola, zmywam,robię piciu,wodę z sokiem,kakao,herbatkę, kanapkę,jajeczko, obieram i kroję banana i jabłuszko… Trudno wyłuskać czas na zwykłą zabawę, na zwykłe bycie razem. Ale staram się. Każdego dnia. I powtarzam sobie ze każda mama codziennie przechodzi przez to samo,w mniejszych lub większych dawkach 🙂 Na pogardliwie spojrzenia innych ludzi już się uodporniłam. Nawet jak ktoremuś w poczekalni do lekarza wyrwie się ulubione słowo DUPA,zachowuję kamienną twarz:) Na szczęście najczęściej trafiam na życzliwych ludzi, którym nie przeszkadza żywiołowość moich dzieci. Czasem tylko pytają ” oni zawsze tak się drą? Jak wy to wytrzymujecie?” Kwestia przyzwyczajenia. Zwiększona tolerancja na dodatkowe decybele 😉 Pozdrawiam Was serdecznie:) od dzisiaj jestem fanką Twojego prawdziwego bloga 🙂
U mnie też jest taka tolerancja, człowiek się adoptuje do trudnych warunków 🙂 To, co opisałaś, to też moja codzienność, wydaje mi się, że w każdym domu tak to wygląda, oprócz tych, gdzie do jednego dziecka jest dwoje rodziców i na stałe 4 dziadków (a i tak narzekają). Trzeba się starać, żeby nie zapomnieć o tym, co najważniejsze. I tego Tobie życzę. Masz trochę wpisów do nadrobienia 🙂 Witam i pozdrawiam!
Poplakalam sie.