Gdzie był ojciec?
W doskonałym filmie “Kopnęłabym cię gdybym mogła” jest taka scena, kiedy na rodzinnej terapii, do której lekarka regularnie przymusza i szantażuje końcem leczenia bohaterkę filmu, spotykają się terapeutka i umęczone chorobami swoich dzieci matki. Nikt nie pyta gdzie są na tej rodzinnej terapii ojcowie, właściwie nikt nie musi pytać.
Reżyserka odpowiada na to pytanie szybciej, niż zdążymy je wypowiedzieć. Dzwoni ojciec i zdesperowanej matce, której dosłownie i w przenośni wali się cały świat na głowę, proponuje, aby w sytuacji totalnego kryzysu i chaosu nie narzekała na podrzędny motel, w którym przyszło jej się zatrzymać z chorą, podłączoną do sondy córką, gdy w ich mieszkaniu wydarzyła się powódź i dziura w suficie, bo przecież jest tam basen, więc może w końcu sobie odpocząć, nie to co on. On pracuje. Kobieta, której córka zapadła na trudną do wyleczenia chorobę, ogarnia jednocześnie piszczące sondy, leczenie, które nie przynosi skutku, histeryczną córkę, terapeutę, który naciska na grupowe spotkania, mało empatyczny personel motelu, dziurę w mieszkaniu, które opieszale remontuje niezdarna ekipa, pacjentkę, która idzie do toalety i dosłownie znika, zostawiając jej w gabinecie kilkumiesięczne dziecko, a mąż, o ironio, akurat na delegacji, radzi jej opalanie nad basenem.
Czy to dziwne, że ona krzyczy w poduszkę? Ile z nas było w takiej sytuacji? W momencie, kiedy walił nam się sufit na głowę i z każdej strony otaczała nas sytuacja bez wyjścia i bezbrzeżna rozpacz? I wtedy on przychodzi zmęczony z pracy, a społeczeństwo nie dawało prawa do pomyłki, słabości, czy choćby narzekania?
Jak bardzo większości matek znany jest ten scenariusz. Czym Ty jesteś zmęczona skoro siedzisz w domu, Twoim jedynym problemem jest dziecko, co Ty wiesz o obowiązkach, które ma on, przecież on pracuje.
Nie chcę wpadać w stereotypy, ale rzeczywistość wciąż wygląda podobnie. Świat męskich obowiązków bywa prosty i zero-jedynkowy: praca. Natomiast świat matki to skomplikowany system naczyń połączonych: praca, dom, dziecko, zakupy, szkoła, zdrowie, wizyty lekarskie, wakacje, urodziny teściowej, rachunki, emocje wszystkich domowników i tysiąc niewidzialnych spraw, które ktoś musi ogarnąć. Mężczyzna, który potrafi to wszystko udźwignąć razem z kobietą, jest stawiany na piedestale — jako wzór niemal niedościgniony, rzadki okaz.
Matki robią to codziennie. I najczęściej jedyne, co dostają w zamian, to pytanie: „Gdzie była matka?” Nikt, dosłownie nikt, nie pyta, gdzie był ojciec. Bo to przecież oczywiste. W pracy. A gdzie miałby być? Lekarka nie naciska na jego obecność na terapii rodzinnej. Nikt nie bagatelizuje jego problemów radą, żeby poleżał przy basenie i się zrelaksował.
Jest może i równość ale z mojej perspektywy ta równość jest głównie w tym, że matki mają pracować. Oj tak, pracować mają na równi z mężczyznami, skoro, chciwe, chcą zarabiać tak samo. W podziale obowiązków domowych nie ma już takiej równości, powszechnie bowiem wiadomo, że do piekarnika jest nam bliżej i ze szmatą bardziej nam do twarzy niż panom stworzonym do wyższych celów, czytaj: pracy.
W filmie “Hamnet” żona Shakespeare’a sama wypycha go ze wsi do Londynu, aby mógł się realizować. Wie, że życie rodzinne, w tamtych czasach trudne, nie wystarczy jego ambicji. Pranie w rzece i jedzenie tego, co wyrośnie z własnej uprawy, leczenie domowymi sposobami i edukacja domowa “jemu nie wystarczy, to go zabije, a ja nie chcę go stracić”.
Minęły setki lat. A jednak niewiele w tym myśleniu się zmieniło. Męskie potrzeby rozwoju wciąż traktujemy jak oczywistą konieczność. Kiedy jednak te same potrzeby zgłasza matka, pojawia się długa lista warunków. Możesz robić karierę. Ale obok. Po godzinach. Wtedy, kiedy masz już pewność, że nie ucierpi dziecko, dom, relacja, obiad, pranie, zebranie w szkole i szczepienie psa.
Te obrazy są mocno wstrząsające dla wielu kobiet, bo my się w tym odnajdujemy, a zobaczenie tego z zewnątrz szokuje. Zdajesz sobie sprawę z tego, że tak długo byłaś silna, tak długo dawałaś radę wtedy, kiedy tak naprawdę powinnaś tonąć, stawałaś do kolejnej walki. Kiedy wszystko się waliło, nie miałaś luksusu załamania, zamiast tego stawałaś do kolejnej walki.
I jeszcze jednej.
I jeszcze jednej.
To nie jest siła z wyboru. To siła z konieczności, która jest codziennością matek, silnych kobiet. I dopóki ich siła oznacza, że wszystko nadal działa, nikt nie pyta, ile ta siła naprawdę kosztuje.
I niech powstają takie obrazy, mówmy o tym w końcu jeszcze głośniej. Nie po to, żeby się nad sobą użalać. Ale po to, żeby przestać udawać, że to wszystko nic nie kosztuje. Prawdziwa siła kobiet nie polega na tym, że potrafią znieść wszystko. Prawdziwa siła zaczyna się wtedy, kiedy w końcu przestają udawać, że to przychodzi naturalnie i bez żadnego wysiłku, pod przykrywką instynktu. Macierzyństwo to nie magia ani nadprzyrodzona zdolność. To ogrom pracy, emocji, odpowiedzialności i codziennych decyzji, które ktoś musi podjąć. To wykańczające. Hello piękny świecie, widzisz nas, matki, codziennie podejmujące ten trud?
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

I to nie jest siła z wyboru, to siła z konieczności – tu przyspieszyło trochę serce i poczułam napływające łzy 🥹 ta świadomość, że nam nie można się wykoleić jest sama w sobie bardzo obciążająca. Uważam, ze kobiety matki to bohaterki jedyne w swoim rodzaju! Ale jestem zdecydowanie w Twoich szeregach, za każdym razem kiedy słyszę „jak Ty to niesamowicie wszystko ogarniasz” odpowiadam „tak, ale tylko ja wiem jakim kosztem” – bo ja chcę, żeby ludzie o tym wiedzieli!