Egzamin
Piszę to tydzień po egzaminach ósmoklasisty. Dla mnie – aktualnie najważniejszych w życiu moich dzieci. W mojej opinii to ten najważniejszy egzamin, bo mam świadomość, że liceum może złamać człowieka. To ważny wybór. Maturę piszą już dorośli ludzie no i studiów każdy kończyć nie musi. Ten pierwszy egzamin w moim rankingu jest najważniejszy, każdy kolejny jest już… tym kolejnym.
Denerwowałam się ich szkołą latami, bo wybraliśmy kiepsko. Trzeba było w naszym prywatnym, rodzinnym czasie nadrabiać to, czego szkoła im nie potrafiła dać. Kosztowało nas to bardzo dużo wysiłku i stresu, pieniędzy i czasu. Od przynajmniej dwóch lat wiedziałam, że ten egzamin będzie nie tylko ich obowiązkiem, ale w jakimś sensie moim. Typowa matka, poczucie winy wpisane w DNA pępowiny, przecież to ja wybrałam szkołę, więc kto winny? Ja. W obwinianiu się o wszystko mam czarny pas i lata doświadczenia.
I niby mam świadomość tego, że sami muszą się nauczyć, że ja za nich życia nie przeżyję i na egzamin nie pójdę. Wiem, jak Dedal, że Ikar może spaść. Wiem, że świat jest zbyt wielki, słońce zbyt blisko, a młodość zbyt pewna siebie. A jednak trzeba pozwolić lecieć, bo na tym polega rodzicielstwo: nie zatrzymywać przy sobie, nie ostrzegać przed wszystkim, choć kusi, dać skrzydła, nawet wiedząc, że może je połamać. A jak już spadnie, to się umieć powstrzymać przed irytującym moralizatorstwem, choć przecież rzeczywiście mówiłam, że wrodzony spryt i piękne oczy mogą okazać się niewystarczające do obliczenia objętości graniastosłupa prostego.
Czemu my się tak denerwujemy? Przecież doskonale wiemy, że najważniejsze życiowe egzaminy to nie te, za które postawią nam punkty, procenty i stopnie. No ale chciałybyśmy, jak wszystkie matki, być dumne, móc pochwalić, ale i chwalić się.
Niech sobie szkołę wybierze, a nie dostanie się do byle jakiej.
Niech umie wszystko.
Niech będzie łatwe.
Niech idzie z uśmiechem, a nie we łzach i naćpane stoperanem,
Niech zalicza, niech gładko płynie.
Niech wszystko będzie na luzie, proste, zaliczone na piątkę z plusem.
Niech zbiera owacje na stojąco, wygrywa olimpiady i konkursy.
Tego stresu się nie da ani zatrzymać ani racjonalnie wytłumaczyć. U mnie doszły podszepty “mogłam więcej, lepiej, inaczej” i mamy absolutnie nieznośny koktajl, który wiele z nas przeszło w tym czasie egzaminacyjno-maturalnym.
Poczułam się totalnie wypluta z sił i emocji, jak po traumatycznym przeżyciu. Kilka dni ekstremalnego napięcia, bezsenność, a jak sen to z koszmarami i płytki, zerowe skupienie na czymkolwiek innym, a przecież mam jeszcze pracę, życie, dom. Muszę w tym wszystkim dowozić, bo to ja jestem filarem, na którym młode się musi oprzeć. To ja mam zawozić, karmić, odpytać, odprasować, koić nerwy, pocieszać i dmuchać, dmuchać, dmuchać, choć samej oddechu mi brak. Złapałam zadyszkę.
Do wątpliwych zalet macierzyństwa, obok ząbkowania, buntu nastolatka, wszy i kolek, dodaję egzamin. Nie polecam, zabiera kilka lat życia. Okupiłam to przeżycie kilkoma dniami otępienia, przytłaczających przemyśleń, dziwnych wspomnień i fizycznej słabości, która na co dzień jest mi obca. Swoimi własnymi egzaminami stresowałam się mniej.
Kiedy zdajesz swój egzamin, nie masz jeszcze świadomości tego, co to wszystko znaczy. Czy wybór szkoły będzie właściwy? Czy nie trafi na nauczyciela-kata, kolegów-przegrywów? Czy biol-chem go nie zamęczy? Może jednak dodać matmę? Czy wykorzysta potencjał? Niby wszystko można zmienić, ale lęk zostaje. Kiedy egzamin zdaje Twoje dziecko, na sali egzaminacyjnej siedzi kawałek Ciebie, a jednak Ty nie możesz nic zrobić. I to chyba jest najbardziej nieznośnym doświadczeniem. Całe dzieciństwo byłaś od ratowania, ojojania, trzymania za rękę, wszystko miało być znowu dobrze od lizaka podarowanego na pocieszenie. A potem znikają pod szkołą, a Ty wiesz, że już niewiele zależeć będzie od Ciebie. Lecą sami, Ty możesz tylko trzymać kciuki, ocierać łzy. Na problemy w które wkracza, lizak nie wystarczy.
I nie mam zupełnie nic do powiedzenia na pocieszenie nam, matkom. Trudne się to zajęcie wylosowało. Jak Ci zależy, to do ostatniego oddechu będziesz przeżywać bardziej niż swoje te miłości, egzaminy, zdrady, niepowodzenia.
Taki nasz los.
Niech leci. Daleko, wysoko, równo. I niech się nie sparzy.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Podpisuje sie obiema rękami pod tym co napisałaś. U mnie dodatkowo oprócz podstawówkowych egzaminów dla dyslektyka miałam też maturzystę. I niby taki dorosły i bardziej ogarnięty, ale stresu mi jakos nie ubyło. I ciągle miałam to poczucie – co jeszcze mogłam zrobic, żeby pomóc…
Niestety znam to uczucie, mnie obezwładnia i żyć nie daje. Ech.
Oj, to czysta prawda. Mój syn pisał maturę w pierwszym roku pandemii. Dodatkowy stres, mierzenie temperatury pod szkołą, maseczki, dezynfekcja itd. Koszmar dla niego i dla nas rodziców. Teraz już tylko obrona, wakacje i w szeroki świat. Pierwsza poważna praca, a dla mnie dalej jest Kacperkiem. I wiem, że zawsze będę się o niego martwić. Nawet żyjąc swoim życiem. Pozdrawiam cieplutko Magda
Dziećmi martwimy się chyba do ostatnich naszych chwil! To z wiekiem nie mija, mało tego: potem martwimy się jeszcze o wnuki.
Boże Daga… jakie to cholernie prawdziwe i jak boli. Te wyrzuty sumienia, że mogłam bardziej, więcej pomóc, a przecież wiem, że zrobiłam naprawdę dużo… że mogłabym wspierać lepiej pewnie, że coś przeoczyłam i co to będzie dalej??? można się wykończyć… trzymajmy się Baby!
No właśnie: trzymajmy się bo od tych wyrzutów można się wykończyć!
Przepiękny i jakże prawdziwy tekst. To poczucie odpowiedzialności jest ogromnie przytłaczające.
I niestety chyba nigdy nie mija!
Bardzo mnie wzruszył Twój tekst. Także u mnie te wszystkie zadziory i drzazgi siedzą jeszcze boleśnie głęboko. U mnie była matura w zeszłym roku… już nawet moje dziecko mi powiedziało, że ją stresuję moim stresem. Ale to wszystko mija, dziecko na studiach, fajnie że nie tak strasznie daleko od domu, a ja tak sobie czasami myślę, jak to szkoda, że ten czas tak szybko minął . I chociaż jestem silna, zwarta, samodzielna i gotowa – nadal liżę rany.
Ja nie mam nostalgii za mijającym czasem. Jak się to dobrze rozegra dzieci są przecież na całe życie a każdy etap przynosi coś ciekawego, coś nowego.
To wszystko prawda…ja miałam combo bo oprócz E8 była też matura córki w pakiecie. Cieszę się, że już po. Też mam czasami myśli, że mogłam więcej, lepiej ale …sądzę finalnie że zrobiłam wszystko co mogłam i życie toczy się dalej. Będzie dobrze tak czy inaczej.
Musi być! Musi być dobrze.
Totalnie trafiony tekst. Chociaż ja to przechodziłam w zeszłym roku. Ale to prawda że za każdym razem gdy oni wchodzą tam za drzwi na egzamin, występ, rozmowę kwalifikacyjną czy cokolwiek innego w czym nie możemy uczestniczyć oddajemy im cząstkę siebie. I niby wiem że pomogłam jak mogłam. Ale za chwilę pojawia się pytanie, czy napewno?
Chyba każda zaangażowana mama ma takie dylematy, to bardzo męczące ale żadnej z nas nie opuszcza.