Dlaczego liczenie do trzech to kiepska metoda wychowawcza?

Który rodzic nie liczy do trzech, próbując wymusić na swoim dziecku zrobienie tego, czego sobie w danym momencie życzy? Nie widzę lasu podniesionych rąk, bo liczenie do trzech to stara jak świat i najprostsza metoda na każde dziecko. I codziennie używana przez rodziców na całym świecie. Dlaczego jednak liczenie do trzech to kiepska metoda wychowawcza?

Używam, przyznaję się bez bicia, sama używam liczenia do trzech. Przyznaję również, że wiem, że jest to kiepska metoda i w dłuższym okresie czasu nie działa. A już na pewno na dzieci działa wręcz odwrotnie niż byśmy sobie tego życzyli. I choć przyznaję, że nadal są w moim codziennym życiu matki energicznych, asertywnych trojaczków, momenty, kiedy nic lepszego nie przychodzi mi na szybko do głowy, liczenie do trzech to kiepska metoda wychowawcza i jako rodzice powinniśmy się jej wystrzegać. A przynajmniej próbować to nieszczęsne liczenie ograniczać.

No dobra, ale dlaczego właściwie liczenie do trzech to kiepska metoda wychowawcza?

Po pierwsze dlatego, że dzieci wyczuwają puste pogróżki i bardzo szybko przestają na nie reagować. Liczenie do trzech w przypadku trzylatka może jeszcze jakoś zadziała. W przypadku pięciolatka już gorzej. Szczególnie, jeśli jako rodzic nie grzeszysz konsekwencją, a liczenie do trzech nie zostało poprzedzone ostrzeżeniem, co się niby wydarzy jak już doliczysz do tej strasznej trójki. No co? Co? „Nie pójdziemy na spacer jak się natychmiast nie ubierzesz, raz, dwa, trzy”. A potem idziesz i tak na ten spacer, bo siedzenie w domu w piękną pogodę to kara nie tylko dla dziecka, ale i dla Ciebie? Nie licz więc na to, że jutro wyjdziecie o czasie.

Liczenie do trzech uczy dzieci, że nie muszą Cię słuchać za pierwszym razem. Uczą się za to, że mają co najmniej kilka minut czasu, zanim zareagują na Twoje słowa. Mogę okładać brata jeszcze kilka sekund, mogę jeszcze chwilę pograć, posiedzieć w wannie, pojeździć na rowerze, poleżeć w piżamie, spoko luz, w końcu jeszcze nawet nie zaczęła liczyć. Liczenie do trzech uczy dzieci, że mogą Cię ignorować. Przynajmniej do czasu.

Liczenie do trzech to wyszarpywanie siłą posłuszeństwa. Dziecko w końcu reaguje, bo się boi konsekwencji, wcale nie dlatego, że wie, że szanuje Twoje słowa, czy że wie, że dane zachowanie jest niepoprawne. Liczenie do trzech nie uczy żadnych zasad, nie daje żadnych lekcji o życiu.

Liczenie do trzech uczy złych nawyków. Czy profesor na studiach da Twojemu dziecku kolejne szanse na podejście do egzaminu? Czy rozmowę o pracę Twoje dziecko też będzie mogło odbyć na trzy tury? Świat poza domem nie zawsze daje kolejne szanse.

Liczenie do trzech podnosi rodzicielską frustrację. Mnie na przykład szlag zawsze trafia i krew mnie zalewa, kiedy jestem przy 2, a dziecko mnie zlewa. Często ciężko jest po tym nieszczęsnym liczeniu być jak ten kwiat lotosu na środku jeziora, a jak powszechnie wiadomo, to zwykle w stanie spokoju i cierpliwości jesteśmy najlepszymi rodzicami.

OK, ale co robić w zamian?

Kiedy chcesz, aby dziecko coś zrobiło – na przykład umyło zęby i zmieniło piżamę na ubranie, w którym może wyjść z domu, czy pozbierało klocki, zejdź do poziomu dziecka, popatrz mu w oczy i powiedz, czego oczekujesz. Spokojnie, bez podnoszenia głosu i bez szarpania za ramię. Poinformuj również, co się wydarzy, jeśli dziecko nie wykona polecenia.

Dziecko w takim wypadku ma wybór i może podjąć decyzję. Posłucha – wszyscy będą zadowoleni. Nie posłucha – będzie musiało zmierzyć się z konsekwencjami lub utarci ważny dla siebie przywilej. Na przykład „proszę idź się teraz przebierz, jeśli tego nie zrobisz, spóźnimy się na autobus i nie pojedziemy już dziś do Zuzi”. Albo „proszę, pozbieraj zabawki, jeśli tego nie zrobisz, będę musiała je schować i nie dostaniesz ich aż do jutra”. Albo „robi się późno, proszę schowaj klocki i umyj zęby, jeśli tego nie zrobisz, nie będziemy mieli czasu na czytanie bajeczki”. Jeśli dziecko nie wykona polecenia, następują konsekwencje. Konsekwencje decyzji dziecka. Nie ma bajki, bo nie umyłem na czas zębów.

Bez frustrującego liczenia nie ma powodu do Twojego wściekania się, czy pyskowania. Twoje spokojne zachowanie pokazuje dziecku, gdzie są granice, których jako rodzice nie pozwalamy przekraczać. Uczy konsekwencji i tego, że nie zawsze są drugie szanse i jeśli coś powiesz, to zazwyczaj tak jest. A w końcu uczy dziecko podejmowania właściwych decyzji.

Oczywiście, nie jest to proces, który którejkolwiek ze stron przyjdzie łatwo i szybko, gwarantuję jednak, że przy odrobinie wysiłku i konsekwencji, wkrótce dostrzeżesz pierwsze efekty. Przede wszystkim spokój. Zauważam u siebie, polecam. 

Do przemyślenia.

* Mój syn, kiedy wczoraj dałam polecenie końca zabawy ze słowami „sam wybierasz, pamiętaj więc o dobrych decyzjach”, zszedł z roweru mamrotając pod nosem „ciągle tylko te decyzje i decyzje, ech”. Ciężkie jest życie sześciolatka. 🙂

Zdjęcie: źródło.

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

5 komentarzy

  1. Wysłałam mężowi, przeczytałam sobie uważnie, zauważyłam, źe w niedoczasie codziennym stosujemy czasem raz, dwa, trzy :/ Dzięki za przypomnienie, że to nie działa 🙂
    Wydaje mi się, że ten przykład nie jest najlepszy: „proszę, pozbieraj zabawki, jeśli tego nie zrobisz, będę musiała je schować i nie dostaniesz ich aż do jutra”. Może raczej „proszę, pozbieraj zabawki, jeśli tego nie zrobisz, jutro niczego nie będziesz mogła znaleźć”, bo w tym układzie to raczej kara a nie konsekwencja (schowaj zabawki, bo inaczej będę Cię musiała ukarać).

    1. Ja mówię najpierw, że to jego zabawki i on ma o nie dbać, bo ja ich nie potrzebuję i nie chce się nimi zajmować. Ostrzegam, że jeśli nie sprzątnie to ja będę musiała to zrobić, ale zrobię to tylko jeden raz, a potem je wyniosę, bo mi na nich nie zależy. Najpierw takie zabawki maja kwarantannę 😉 Ale czasem zauważam, że dziecko naprawdę ich nie potrzebuje, nie pyta o nie, wtedy nie przynoszę z powrotem. To, na czym mu zależy sprząta.

  2. Dla mnie problemem jest właśnie wymyślanie tych konsekwencji które ogarnie moja trzylatka i które będą dla niej motywujące bo że czegoś nie znajdzie jutro jest zbyt abstrakcyjne że się spóźnimy czy gdzieś nie pójdziemy też nie działa. Działają jedynie konsekwencje natychmiastowe np jak nie pozbierasz klocków to wyłączę bajkę to działa ale zazwyczaj dopiero jak ja wyłączę ale bajki ogląda rzadko a na inne sytuacje brakuje mi pomysłów.

  3. Ja wymiękłam przy metodzie: jeśli nie pozbieracie zabawek chowam je do wora i wynoszę. w zamyśle była opcja wykupienia ich (np. 1 worek za bezproblemowe posprzatanie pokoju czy tym podobne). w rzeczywistości dzieci czekały aż cały ten bajzel na podłodze właduję do worów (one w tym czasie zuchwale się mi przyglądały) wyniosłam ze 3 wory. nie upomniały się o nie ani razu. a kolejnym razem kiedy kazałam im sprzatać usłyszałam:
    – nie sprzątajmy, zaraz przyjdzie i pochowa do worka.

    mój system nerwowy nie wytrzymał do momentu pozbycia się wszystkich zabawek z pokoju. i może to był bład.

  4. U mnie to metoda ostateczna i chyba moje dzieci juz czuja, ze to „licze do trzech” to po prostu koncowe odliczanie. 3, 2,1 i bomba, tfu, mama wybucha.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *