Znaleźć chwilę dla siebie.
Dzieci są cudowne. Co do tego nie mam absolutnie żadnej wątpliwości. Nie zamieniłabym się już na życie bez nich. Pisząc to mam jednak świadomość, że należę do rodziców, którzy nie poświęcają się dla dzieci. Tym samym z moich ust nie padnie nigdy skarga, że dzieci są mi coś winne, za te lata „poświęcenia”. Najważniejsze jednak jest to, że mimo zmęczenia i ograniczonego czasu, potrafię znaleźć chwilę dla siebie.
Kiedy opublikowałam to zdjęcie z wypadu na snowboard:

i podpisałam go „Nie chodzi o to, żeby się zerwać ze smyczy, uciec od dzieci. Chodzi o to, żeby zatęsknić, naładować akumulatory, na moment wyłączyć funkcję „rodzic”, złapać dobrą perspektywę i trochę energii, zrobić coś dla siebie. Kiedy ostatnio Ci się to udało?” pojawiły się komentarze:
- nie pamiętam
- dawno już temu
- nawet nie wiem kiedy
- wieki temu
- jeszcze nigdy od ponad 7 lat
- od 5 lat jeszcze nie
- od kiedy urodziłam 3 lata temu ani raz
- fajnie jak się ma z kim dzieci zostawić, ja nie mam
- od 4 lat jeszcze nigdy.
Przeraziło mnie to. Zmęczenie (fizyczne i psychiczne) może prowadzić do depresji. A depresja to choroba, mała, zdradziecka franca, która atakuje wszystkie sfery życia, a której leczenie bywa długie i bolesne. Jeśli zachorujesz na depresję, bądź pewny, że ucierpi na tym wszystko, co masz. Twój związek, dzieci i Ty sam. W moim poście nie chodziło tylko o czas dla mamy i taty. Chociaż przecież rodzice to też rodzina. Bardzo ważny element, fundament. Trzeba o niego dbać, pielęgnować relację, która przy dzieciach łatwo może przekształcić się w nocowanie pod jednym dachem i dzielenie się obowiązkami.
Oczywiście jest to daleko idący wniosek, że nie posiadając czasu dla siebie zachorujemy na depresję. Patrząc jednak na siebie wiem, że gdyby nie istniały wieczory, kiedy mogę wyjść z domu i nie wracać przez kilka godzin, najpewniej bym zwariowała. Nagromadzenie emocji, które przy dzieciach często tłumię (wiedząc, że coś, co robią, choć mnie złości, nie jest jednak personalne i robią to bezwiednie), pytań, na które bez znudzenia odpowiadam, zabaw, które bywa, że mnie nudzą, zniżania się do poziomu kilkulatka, a w końcu ciągłego kieratu kupki-zupki-pranie-drzemka powoduje, że o godzinie 20, kiedy dzieci usną, jestem psychicznie wykończona. Bywa, że tak bardzo, że nie chce mi się nawet rozmawiać. Gdybym w takim stanie egzystowała, codziennie, przez 30 dni w miesiącu, 365 dni w roku, 10 lat pod rząd, nie wiem, co by się wydarzyło. Wiem na pewno, że nie byłabym osobą szczęśliwą, a przede wszystkim silną na tyle, aby dać moim dzieciom wszystko to, czego ode mnie potrzebują. A potrzebują wiele.
Mam trojaczki. Jednych dziadków za granicą, drugich 60 km od domu, z czego Babcia pracuje. Nie mam niani, siostry, ani nawet zaprzyjaźnionej sąsiadki. I nie zrezygnowałam ze wszystkiego. Spotykam się stale z opinia, że jestem super mamą. Ciągle ktoś mnie pyta jak ja daję radę i w ogóle ludzie dziwią się, że jeszcze nie oszalałam. To, że nie mam szaleństwa w oczach, że umiem sklecić razem kilka zdań, nie mam odrostu, połamanych paznokci, moje dzieci jedzą warzywa i nie chodzą brudne, też część osób widzi w kategorii wyczynu. A już fakt, że biegam długodystansowo, systematycznie piszę blog, eksperymentuję w kuchni, mam cudny ogród, wiem jak wygląda mój mąż i utrzymuję stałe kontakty z kilkoma osobami – to już niektórzy porównują z wyprawą na Księżyc. To, że często się uśmiecham i nie jestem w depresji wiele osób uważa tylko za pozę.
Nie zrezygnowałam ze wszystkiego, bo głęboko wierzę, że ja też mam prawo do szczęścia tu i teraz i bywają dni, kiedy dzieci nie są jego szczytem, a jeden bezzębny uśmiech wszystkiego nie wynagradza. Mam prawo, jak każdy inny człowiek do… siebie. I choć to moje „ja” jest teraz w dużej mierze podporządkowane dzieciom, jest tam jeszcze miejsce na moje potrzeby. Wszystko to wymaga jednak odrobiny wysiłku, na który składają się:
- Potrzeby – ich nazwanie
- Możliwości – określenie na co możemy sobie pozwolić
- Planowanie – kto, gdzie, kiedy
- Konsekwencja – przestrzeganie grafiku
Potrzeby.
Moje potrzeby są od dawna jasno określone. Chcę realizować swoje pasje. Odkąd mam dzieci jest to sport i kino. Pasję do pisania realizuję pisząc blog, pasję do kuchni wykorzystuję karmiąc rodzinę. Chwilowo na tym się skupiam, bo na nic innego nie mam czasu, siły ani środków. Chcę dwa razy w roku wyjechać z mężem na weekend (w okolicy naszej rocznicy ślubu i w zimie na deskę). Raz w miesiącu chcę wyjść z mężem na kolację, do kina, na koncert.
Możliwości.
Nie mam na miejscu żadnej pomocy. Od czasu do czasu pomaga nam Babcia, zdarza się, że i Dziadek, w pozostałe dni pozostaje nam liczyć na siebie. Postanowiliśmy z mężem, że dwa razy w tygodniu to on będzie miał wolny wieczór, a dwa razy w tygodniu ja. Wielu matkom wydaje się, że ich partner sobie nie poradzi. Że dziecko zostawione na dwie godziny z ojcem zginie. Że partner coś zrobi źle. A tymczasem okazuje się, że robi często lepiej. Zdarzało się, że mój mąż zostając z dziećmi, wysyłał mi zdjęcia, a ja łapałam się za głowę. Ale na tym się kończyło. Nigdy nikomu nic się nie stało. Bo tata to przecież tak jak mama – rodzic, ani ciut lepszy, ani gorszy.
W dni, kiedy przypada moje “wychodne” robię to, co chcę. Poświęcam ten czas w 100% dla sobie. Chodzę do lekarza, jeśli jest taka konieczność, do kosmetyczki, do fryzjera, ćwiczę – albo biegam w terenie, albo chodzę na siłownię, basen lub jogę. Włóczę się po sklepach, bardzo często chodzę samotnie do kina, spotykam się z koleżankami. Czasami po prostu siadam gdzieś z laptopem, czytam. Zamawiam kawę i myślę o niebieskich migdałach. Robię to, na co mam ochotę i środki lub czego akurat potrzebuję. Planujemy ten czas skrupulatnie i bardzo go szanujemy, nic sobie nie wypominając. Możemy wtedy wrócić kiedy mamy ochotę, nikt nikogo z czasu nie rozlicza. Nie mamy z tego powodu wyrzutów sumienia, a dzieci dawno się już do tego przyzwyczaiły. W dni, kiedy to mąż ma wychodne, nie wraca z pracy do domu. Po prostu zajmowałoby to zbyt wiele czasu. Kiedy jeszcze pracowałam, też tak robiłam. To mąż odbierał dzieci, a ja miałam po pracy wolne.
W naszym partnerskim związku zakładamy, że oboje pracujemy (choć ja w domu), więc mamy takie samo prawo do odpoczynku. Praca w domu nie jest ani łatwiejsza, ani trudniejsza niż etat. Jest po prostu zupełnie inna, co nie oznacza, że prosta i przyjemna.
Obserwuję masę rodziców naokoło i od razu jestem w stanie wychwycić tych, którzy nie mają ani minuty czasu wolnego dla siebie. Są po prostu zaniedbani, rozdrażnieni, smutni, częściej się kłócą. Zmęczenie, nadmiar obowiązków, nuda, frustracja, która się w nich rodzi, odbija się na dzieciach, związku i ich samych. Nie da się w 100% zapomnieć o sobie. Zawsze przynosi to więcej strat niż pożytku. Dbanie o siebie, w tym zdrowie psychiczne, to też nasz obowiązek. Dzieci potrzebują nas silnych.
W pozostałe dni kiedy “siedzę w domu” (mój ulubiony zwrot) odbieram dzieci (kiedyś po pracy) bawimy się, w cieplejsze miesiące idziemy do parku, potem podaję im kolację, kąpiel, czytanie, usypianie. Jak dzieciaki zasną, ja zabieram się do sprzątania, prania, zakupów (on-line) i gotowania obiadu na kolejne dwa dni. Spędzam ten czas bardzo produktywnie, żeby potem móc dwa kolejne wieczory robić to, na co mam ochotę.
W weekend staramy się maksymalnie skupić na dzieciach i na sobie. Jesteśmy oboje w domu, ograniczamy prace domowe, które możemy wykonać w tygodniu. Wtedy pozwalamy sobie na spontaniczność i robimy to, na co akurat mamy ochotę, chodzimy do zoo, na plac zabaw, wymyślamy rozrywki dla dzieci. Weekendowe wieczory spędzamy wspólnie z mężem nadrabiając zaległości, bo w tygodniu prawie się nie widujemy. Mimo dość ekstremalnej sytuacji, potrafimy za sobą zatęsknić, stąd nasze wspólne wieczory są świąteczne i wyjątkowe, choć bywa, że nie robimy nic szczególnego. Ten układ działa dla nas bezbłędnie, od prawie już 4 lat.
Jeśli mąż w tygodniu wyjeżdżał, bywa, że w weekend też się rozdzielamy. W końcu zawsze jest moment, w którym nie jesteśmy oboje potrzebni (kiedyś na przykład w czasie drzemki dzieci, teraz kiedy oglądają bajkę) i to też jest moment, który można wykorzystać dla siebie.
Planowanie.
Najlepiej zaplanować cały tydzień z wyprzedzeniem. Ponieważ mój mąż ma bardzo absorbującą pracę, często wyjeżdża, tydzień planujemy pod koniec poprzedzającego, czyli około czwartku wiem, co mogę zrobić w przyszłym tygodniu (od jakiegoś czasu używamy aplikacji na telefon, w której zapisujemy ważne daty z wyprzedzeniem, ale sprawdza się też mail, czy lista na lodówce). Pozwala nam to na zarezerwowanie zajęć sportowych, umówienie się ze znajomymi, itp. Daje to też kopa. Kto z nas nie jest wykończony po pracy, czy po dniu z dziećmi? Jeśli mam coś zaplanowane, mam motywację, żeby wyjść, a nie tylko opaść na fotel i oglądać bezsensowny serial.
Jeśli nie masz dziadków, aby wyrwać się z mężem z domu – pomyśl o alternatywie. Dobrą jest niania. Oczywiście jeśli nie masz środków lub przekonania, że poczujesz się bezpiecznie, wybierz inną opcję. Na pewno masz przyjaciółkę lub rodzeństwo. Kiedy mieszkaliśmy w Australii, stworzyłyśmy z innymi mamami siatkę wsparcia. Żadna z nas nie miała tam rodziny, mogłyśmy więc liczyć tylko na siebie. Kiedy dzieci zasypiały, przychodziła koleżanka, a my wychodziliśmy na kolację, bywało, że w tygodniu. W inny dzień ja szłam posiedzieć u niej, kiedy wychodziła, a jej dzieci spały. Raz tylko zdarzyło się, że obudził się nasz synek i nie pozwolił się uśpić „cioci”. Byliśmy w pobliżu i kiedy 45 min później znaleźliśmy się w domu, sytuacja była opanowana butelką i bajką. Naprawdę da się. Rozejrzyj się wokół siebie, znajdziesz na pewno chętnych. Jeśli Ci się to nie uda i wspólnie z partnerem nie będziesz opuszczać domu, tym bardziej dbaj o własny czas wolny.
Konsekwencja.
Z początku będzie to trudne. Ciągle coś przesuwaliśmy, nic się nie dało zaplanować, więc ponownie rosła nasza frustracja. Z czasem jednak nauczyliśmy się nowego porządku i od dawna nie wyobrażamy sobie innego życia. Wychodziliśmy nawet wtedy, kiedy dzieci były chore, niezależnie od pogody i humoru. W naszym domu to już nawyk, do którego wszyscy się przyzwyczaili i bardzo go szanują. Ściśle trzymamy się grafiku.
Z początku będzie to trudne. Ciągle coś przesuwaliśmy, nic się nie dało zaplanować, więc ponownie rosła nasza frustracja. Z czasem jednak nauczyliśmy się nowego porządku i od dawna nie wyobrażamy sobie innego życia. Wychodziliśmy nawet wtedy, kiedy dzieci były chore, niezależnie od pogody i humoru. W naszym domu to już nawyk, do którego wszyscy się przyzwyczaili i bardzo go szanują. Ściśle trzymamy się grafiku.
Wiele osób mówi, że mam szczęście, bo dzieci koło 20 śpią, więc mogę wyjść. Albo, że mam farta, bo mąż chętnie zajmuje się dziećmi. Albo, że mi się udało, bo dzieci mnie wypuszczą z domu, a innych to za nogę trzymają. Gwarantuję Ci, że to wszystko to nie kwestia szczęścia, czy przypadku. Nad tym można popracować, trzeba tylko chcieć, bardzo się starać i nie odpuszczać, dopóki się nie uda.
Życie jest tylko jedno, fajnie, kiedy się nie kończy razem z nadejściem dzieci, które przecież sprawiają, że nasze życie jest jeszcze lepsze. Ty w tym życiu grasz główną rolę, napisz więc swój scenariusz. Rodzina to nie tylko dzieci, ale też Twój partner i Ty. Wszyscy jesteście jednakowo ważni, a Wasze potrzeby muszą być spełnione, żeby te puzzle dawało się codziennie poskładać w jedną, piękną, kompletną całość. To co? Damy radę?
Życie jest tylko jedno, fajnie, kiedy się nie kończy razem z nadejściem dzieci, które przecież sprawiają, że nasze życie jest jeszcze lepsze. Ty w tym życiu grasz główną rolę, napisz więc swój scenariusz. Rodzina to nie tylko dzieci, ale też Twój partner i Ty. Wszyscy jesteście jednakowo ważni, a Wasze potrzeby muszą być spełnione, żeby te puzzle dawało się codziennie poskładać w jedną, piękną, kompletną całość. To co? Damy radę?
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Jesteś super mamą i nie ma co – zazdroszczę, ale w taki pozytywny sposób. Ja wychowując sama syna, mając 19 lat i maturę za pasem, mogę co najwyżej pomarzyć co bym zrobiła gdybym mogła wyjść, ale mam nadzieję, że kiedyś w tej kwestii dojdę do tego miejsca, w którym Ty jesteś!
Trzymam kciuki! Każda z nas przechodzi przez te cięższe momenty. Czasem trzeba iść na kompromis a czasem ten czas dla siebie jest symboliczny, zredukowany do ciepłej kawy, czy przejrzanej gazety, ale nie przekreślaj chociaż tej małej chwili dla siebie. Każdy tego potrzebuje!
Powodzenia na maturze Gosia. Na pewno masz trochę trudniej, ale szukaj w tym wszystkim siebie. Na pewno znasz Nishkę http://www.nishka.pl/mam-19-lat-i-jestem-w-ciazy/ – pisze tutaj o młodych matkach i o tym jak można sobie poradzić. I ja, podobnie jak Kasia poniżej, polecam szukania czasami nawet symbolicznego czasu dla siebie. Kiedy synek uśnie, niektóre rzeczy mogą poczekać. Czasem ciepła kąpiel daje więcej energii i można kolejne góry przenosić. Kiedy moje dzieci były w wózku, chodziłam na spacer z książką. Nawet jak było minus 10, czytałam, bo to był jedyny czas, jaki miałam (czasami na stojąco, dreptając z zimna :). Powodzenia i dużo siły!
Kiedy po narodzinach synka spędziłam bity tydzień w szpitalu, ucieszył mnie głęboki wdech świeżego powietrza i wystarczyło by poczuć się lepiej. Ale kiedy kolejne kilka tygodni przesiedziałam w domu z maluszkiem, mąż był w pracy a wieczorami uczył się do sesji – ręce mi opadły. I szybko zrobiliśmy podobne postanowienia – jeden wieczór w tygodniu mój, jeden męża. Dziadków mamy 150 i 350 km dalej, ale umawiamy ich z wyprzedzeniem – co drugi m-c babcia na weekend, a więc raz na miesiąc małżeńska randka. I tutaj bardzo dziękuję mojemu mężowi, który pilnuje abym przez ten czas nie musiała odbierać telefonu, a gdy wychodzimy wspólnie nawet „nie wolno” mi go ze sobą zabierać 😉 Bo mamy jak to mamy – mleko zostawione, zapas w lodówce, modyfikowane na półce (na wszelki wypadek), a ja dalej się zastanawiam czy dziecko nie będzie głodne 😉 Więc, trzeba wyluzować 🙂 A jeśli wyjścia raz w tygodniu nie są możliwe, to polecam na początek pół godziny tylko dla siebie każdego dnia. Gdy nie mogłam się skupić na sobie, bo mały płakał, sprawdziły się stopery do uszu. Ja odpoczęłam, a tata sobie świetnie poradził 🙂
Ja też bywało, że wychodziłam ukradkiem do drugiego pokoju, kiedy mąż albo babcia byli na warcie. Poleżałam pół godziny i miałam znowu energię na resztę dnia. Pomaga!
Świetny tekst! Podpisuję się pod każdym słowem. Planowanie i konsekwencja to klucz do sukcesu i to o czym tylko wspomniałaś tutaj, ale pisałaś dużo wcześniej – współpraca z partnerem. Sama na początku ograniczałam się myśleniem, że ja jako matka zrobię lepiej i wpędziłam się w ten róg nie posiadania własnego życia. Na szczęście szybko się zreflektowałam i zrozumiałam, że mój mąż może pewne rzeczy robi inaczej, ale tak samo dobrze. To jak z matematyką – 3+1 daje 4, ale 2×2 też 🙂
Świetne porównanie do matematyki, idealne podsumowanie mojego myślenia!
A ja mam wrażenie (powiedz mi, czy słuszne!), że to uniwersalny tekst i mógłby dotyczyć miliona spraw, nie tylko dzieci. Czasem warto odpocząć od swojego miasta/miłości swojego życia/pracy itp itd. Na wszystko warto czasem popatrzeć z boku. Także po to by nabrać energii!
Oczywiście, że tak! Najtrudniej odpocząć od tego, co stanowi kwintesencję naszego życia. Miłość, praca, miasto, dzieci. Ale jak już nam się uda wtedy dopiero możemy zobaczyć to z zupełnie innej strony. Czasem docenić, ale bywa, że i wrócić z chęcią zmiany.
Chyba napiszę kiedyś o tym tekst 😉
Napisz. Ja też kiedyś napiszę o tym, że w wieku 22 lat, kiedy zostałam sama w Nowym Jorku po wybuchu WTC, odpoczęłam od wszystkiego i zaczęłam naprawdę żyć. A drugi raz, kiedy urodziłam trojaczki, co dla wielu wydawało się końcem świata, a w najlepszym razie wyrokiem 🙂
Zgadzam się z tym w 100% da się wszystko i za wszystkim trzeba zatęsknić. Nie można być ze sobą 24h! Czy to dzieci czy partner. I nie ma tak że się nie da może nie zawsze 2x w tyg może 1x w miesiącu bo różnie w życiu bywa ale da się! Mój mąż często zostaje z dzieciakami sam i to nie tylko wieczorem czasem na pół dnia 😉 I żadna krzywda im się nie dzieje i nie działa! Moje też mnie trzymały na początku za nogę ale wiedzą że wracam, że wracam tylko do nich, uśmiechnieta, zrelaksowana……. nigdy nie można zapominać o samym sobie!
Dokładnie. Poza tym dzieci bardzo szybko się adoptują do nowych warunków!
Ja również min. raz w tyg biegne na fitt. Czasem nie chce mi się wyjść z domu, ale gdy już wyjde, to wracam szczęśliwsza. W marcu, pierwszy raz od 14mcy zostawie malucha na 3 dni z tata. Oczywiście boje się tego rozstania, bo synek strasznie „mamuje” i nawet gdy wychodze na kilka godz to szuka mnie po mieszkaniu. Ale bardzo moja psychika potrzebuje 3 dni poza domem, więc mam nadzieję, że on przeżyje a ja wrócę z naładowanymi bateriami.
Też się bałam pierwszy raz i pierwszy dzień czułam się nieswojo. Minęło, a ja wróciłam szczęśliwa. Dzieciaki szybko przyzwyczajają się do nowego porządku rzeczy. Powodzenia!
Cześć Dagmara. Zgadzam się w 100% z tym co napisałaś. Mam troje dzieci (Martynka 6 lat, Marcelina i Adrainna 2 latka) i razem z mężem angażujemy się w ich wychowanie, spędzamy z nimi czas (wiadomo, ja więcej czasu spędzam będąc na wychowawczym) starając się w tym wszystkim zachować umiar. Nie można zatracić się bez końca w kupkach-zupkach i praniu 😛 Trzeba gdzieś wyjść, trzeba się zresetować, zmienić otoczenie 🙂 Trzeba pamiętać o sobie, mówić partnerowi, że się go kocha. Wszystko da się zorganizować, pewne rzeczy trzeba wypracować (choćby, że o 20 dzieci są już w łóżkach). Jesteśmy przykładem na to, że się da i że można. Chcieć to znaczy móc i może na tym zakończę wpis 🙂 Pozdrawiam P.S. Uwielbiam Twojego bloga!!!
Karina, bardzo dziękuję 🙂 Też zgadzam się z tym, że to zatracenie prowadzi do obłędu i trzeba pamiętać o sobie i o partnerze, cały czas. Inaczej wszystko się zawali a my staniemy się jak zombie.
Również uważam, że nam-rodzicom należy się chwila wytchnienia i odpoczynku. U nas w domu takie wychodnie raz na jakiś czas to norma. Początki były ciężkie, bo nie zawsze dało się to zorganizować tak jak sobie to wyobrażaliśmy, Ale jest coraz lepiej 😉 Może faktycznie powinniśmy popracować nad jakimś grafikiem? To super pomysł 😉
Grafik dla mnie przy trojaczkach to podstawa. Inaczej zawsze było „coś”. Polecam, bo u nas działa.
Ten post jest trafiony w samo sedno 😉 moja, nasza rodzina działamy w bardzo podobny sposób, może mniej wspólnych wyjść mamy, ale wierzę,że przyjdą lepsze czasy 😉 podoba mi się bardzo Twoje podejście do życia;)
Ps książki, które kiedyś mi poleciła są świetne 😉
Pozdrowienia od mamy Martynki i Olka 😉
My wspólne raz w miesiącu, w domu sobie często robimy randki. Powodzenia, cieszę się, że książki pomogły.
Przeczytałam. No i tak sobie siedzę i myślę. No i ma o sens. Już nie mówię o dwóch wieczorach w tygodniu, ale chociaż jeden. Mam tylko nadzieję, że zapał do wprowadzenia zmian, jaki poczułam po przeczytaniu Twojego wpisu nie sprowadzi się do wpisania zmian na listę „to do”. Jak ślubny wróci ze szpitala dam mu jakieś dwa miesiące i postaram się wprowadzić choć delikatnie w życię kilka zmian.
Dużo zdrowia dla męża i dla obojga wytrwałości. Naprawdę da się.
Jak zawsze super tekst! Trzeba żyć 🙂
No jasne, tu i teraz, oddychać, szaleć, kochać, żyć 🙂
dalam do przeczytania ten post swojemu mezowi, to napisal ze prawie mu lzy pociekly 🙂 moze zadziala
Aga, mam nadzieję, że zadziała, trzymam za Was kciuki!
Kolejny swietny tekst. Nic dodac nic ujac. U nas sprawdzony..naprawde dziala…tylko trzeba chciec! namawiam wszystkie niezdecydowane mamy – przeczytajcie i dzialajcie!
Koniecznie trzeba działać, inaczej można zwariować!
Trudniej zorganizować taki czas, gdy jedno dziecko się karmi piersią co 2h, drugie ma 3 lata i ciągle chce się bawić a mąż pracuje na zmiany i wolne wypada mu w tygodniu, gdzie trudniej jest liczyć na pracującą babcię czy kogoś innego do pomocy. Chyba trzeba jeszcze trochę poczekać….
Można samemu wyjść w tygodniu. Trzeba koniecznie!
Bardzo fajny pomysł, aby zaplanować z partnerem dzień wolny! Jeśli nie dwa w tygodniu, to jeden w miesiącu. Super. A wyrzuty sumienia trzeba w sobie zwalczać. To jest coś, co nam, mamom, się należy :-).
Jeden w miesiącu? Strasznie mało, ale od czegoś trzeba zacząć! Powodzenia!
Mało. Jednak jeśli ktoś nie miał wolnego dnia od 3 lub 7 lat, tak jak wspomniałaś, to jeden dzień w miesiącu będzie rewolucją :-).
Masz rację! Trzymam kciuki!
Podpisuje sie calym sercem.
Za to pochwale sie iz dzisiaj sama zaproponowalam sasiadce z klatki obok aby przyprowadzila swoja corke. sa z Hania kolezankami z przedszkola, lubia sie bawic na podworku. to byl jej i moj pierwszy raz gdy zostalam z obcym dzieckiem a jej zostawienie z obca mama wlasnej corki. mlode zaczely sie bawic, a ja pognalam kolezanke do domu. i niewazne czy wysprzatala cale mieszkanie czy ogladala serial, bo ja tez na tym skorzystalam. w ciagu dwoch godzin zrobilam caly obiad, upieklam z ich pomoca ciasto marchewkowe i nawet ciepla kawe wypilam :).
i potwierdzam…dla zdrowia psychicznego trzeba czasami pobyc bez dzieci : P
Wspaniały dobry uczynek, nadal twierdzę, że my kobiety za mało sobie pomagamy, a zobacz, dla dwóch mam same plusy. Kiedy chodziłam opiekować się dziećmi koleżanek, jak one szły na randkę, obie korzystałyśmy. Ja w tym czasie po prostu odpoczywałam, w domu pewnie robiłabym pranie, myła gary itp. Same plusy!
Od samego początku, ok. 2 miesiąca życia dzieci, na początku wychodziłam na szybko między karmieniami i tylko raz w tygodniu. Później częściej (około 4 miesiąca).