Wstyd się przyznać.
Nastały takie czasy, że wymaga się od nas bycia idealnymi. Najlepsze prywatne przedszkole, w którym dzieci uczą się od trzeciego roku życia czterech języków i robotyki, iPad na 6 urodziny, wakacje tylko w tropikach, szkoły, pod które podjeżdżają limuzyny z przyciemnionymi szybami, idealna kariera, związki bez skazy, a w końcu rodzicielstwo bez porażek i wychowywanie idealnego dziecka, z którym powtarzamy cykl, podkręcając śrubkę własnymi niespełnionymi ambicjami.
W tym wszystkim wstyd się przyznać, że coś, co inni wydaje się robią bez wysiłku, dla nas jest jak wyprawa na Księżyc. Jestem prawie pewna, że to jest sukces mojego bloga. Jestem jednym z tych (nadal) nielicznych rodziców, który głośno, publicznie przyznaje, że dzieci doprowadzają mnie momentami do furii, że potrafię krzyknąć, marzę o 20, kiedy w końcu usną i od pięciu lat nie mogłam się pogodzić z pobudkami o 5 w sobotę. Moje teksty często nie kończą się happy endem. Kiedy w długi weekend opublikowałam zdjęcie z kieliszkiem wina w ręce, o godzinie 19, wielu osobom bardzo się nie spodobało. Chociaż zaznaczyłam, że kąpie i usypia tata. Bo przecież jak to, matka powinna być cierpiętnicą i o 19 ewentualnie dla natchnienia kartkować Biblię, a nie oddawać się przyjemności płynącej z kieliszka wina! Skandal. Takie mamy czasy. Jestem na równi chwalona za to podejście, które sprawia, że dodaję otuchy innym mało idealnym matkom, co krytykowana. Bo przecież dzieci są cudowne. Zawsze i wszędzie i inaczej mówić nie wypada.
Dorosłe życie i świat rodziców to pole walki. Ciąg bitew, w których stale ścierają się Jedynie Słuszne Metody, Najbardziej Harmonijne Podejścia, Idealnie Dobrane Słowa i Właściwe Systemy. Nikt nie uczy nas tego, co naprawdę może się wydarzyć i jak dalekie jest to od ideału, który sobie stworzyliśmy. W tym świecie, w którym skazani jesteśmy na doskonałość, mierzoną liczbą lajków na fejsie, pod postami naszego idealnego, choć zwykle dalekiego od prawdy, życia, chowamy swoje obawy, zamiatamy pod dywan lęki i niepowodzenia, coraz bardziej bojąc się konfrontacji z samym sobą. Życie staje się kreacją. Prośba o pomoc, czy zwykłą poradę, stała się jak neon, który razi w oczy krzyczącym, oskarżającym, wyciągniętym w naszą stronę paluchem „Patrz! Nie daje rady!”
A ja często nie daję rady. Kilkakrotnie już w życiu zapędziłam się w tak zwany kozi róg. I nie potrafiłam się z czarnej dziury własnych myśli wydostać. Trzykrotnie chodziłam na terapię w różnych okresach swojego życia. Raz, kiedy rozstaliśmy się z obecnym mężem, a mnie zostały wydrukowane na ślub zaproszenia i złamane serce, drugi raz, kiedy na zawołanie nie udawało się zajść w ciążę i trzeci, kiedy przeprowadziłam się na koniec świata i nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie Quo Vadis, Dagosławo?
Wiem, że dla wielu osób takie wyznania są nie na miejscu, bo przyznanie się do słabości nie jest mile widziane, jest czymś wstydliwym i rodzi pytania. Jestem bardzo silną osobą. Mam twardy tyłek i łatwo się nie poddaję. A jednak potrzebowałam takiej pomocy. Dla mnie nie jest niczym niezwykłym przyznanie się do tego, że niektóre rzeczy mnie przerosły i zamiast błądzić i cierpieć, wolałam poszukać profesjonalnej porady. We wszystkich przypadkach były to moje najlepsze życiowe decyzje, które zmieniły moje myślenie i pozwoliły mi odnaleźć szczęście, które zawsze gdzieś tam we mnie było. Była to oczywiście długa i czasami bolesna droga, bo podróż w głąb siebie często naznaczona jest wstydem, trudnymi wspomnieniami, porażkami i krzywdami, za które ktoś nigdy nas nie przeprosił, a których nie potrafimy wypaczyć. Ale pożegnanie i rozliczenie się z przeszłością jest jedyną opcją pozwalającą na powitanie teraźniejszości. Psychoterapia nauczyła mnie technik radzenia sobie z moim wewnętrznym krytykiem, pokazała mi jak walczyć z kiepskim samopoczuciem i ogólnym rozbiciem i co robić, kiedy w tygielku mojego życia niebezpiecznie bulgocze.
Odkąd jestem mamą, naturalne stało się dla mnie szukanie pomocy profesjonalistów. Skoro psychoterapeuta pomagał mi już z ułożeniem mojego własnego życia, stosunków rodzinnych i związków, byłam i jestem pewna, że w kłopotach z dziećmi też mi pomoże. Byłam już nie jeden raz u psychologa dziecięcego. Pierwszy raz kiedy dzieci miały rok, potem regularnie co jakiś czas. W zeszłym roku byłam u psychologa cztery razy, w czerwcu był to cykl pięciu spotkań w poradni psychologiczno-pedagogicznej, w której każde z moich dzieci miało testy. Sprawdzaliśmy integrację sensoryczną, nadpobudliwość, ewentualne wady wymowy, itp. Teraz na stałe współpracuję z panią, która „przerabia” ze mną rozmaite problemy moich dzieci. I to mi pomaga. Nie mam instrukcji obsługi dziecka, a na oko to… wiadomo kto umarł. Nie wiem. I wydaje mi się, że przyznanie się do pewnej niewiedzy jest może teraz komfortem, a może symbolem dojrzałości? Po prostu nie wiem. A jak nie wiem, to się dowiem. Bo, w przypadku dzieci, na niektóre pytania MUSZĘ poznać odpowiedź.
Za każdym razem, kiedy prosiłam o pomoc, czy opinię, nie czułam się źle, nie czułam się gorszą, wybrakowaną matką. Wręcz przeciwnie. Te rozmowy i wysnuwane z nich wnioski, utwierdzały mnie w przekonaniu, że jestem tylko człowiekiem, że popełniam błędy i zbaczam ze ścieżki, ale mogę na nią powrócić. Jeśli coś w moim życiu się nie układa, mogę to naprawić. I bez końca, do ostatniego mojego oddechu, mogę pracować nad poprawą moich relacji z dziećmi, z rodziną, z bliskimi. I przede wszystkim nad sobą. Od psychoterapeuty dostawałam cenne wskazówki, coś w rodzaju mapy, recepty na kilka kolejnych etapów. Z tym, że ja sama sobie te recepty pisałam, a psychoterapeuta mnie na to rozwiązanie naprowadzał.
Spotkania z dziecięcym psychologiem (zwykle z mojej inicjatywy) miały taki sam przebieg. Najpierw sama szłam na pierwsze spotkanie i opowiadałam o naszej rodzinie, naszym życiu, moich obawach i trudnościach. Nie chciałam tego robić przy dzieciach, wolałam, aby ta rozmowa, często bardzo emocjonalna, odbywała się w cztery oczy (kiedy jest możliwość tata i mama razem). Na kolejną wizytę szłam z dzieckiem, na kolejne z dziećmi.
Psychologa traktowałam jak lekarza. Obowiązuje go tajemnica wykonywanego zawodu. Wszyscy, których spotkałam, byli profesjonalistami. W przypadku własnej terapii, zanim trafiłam na właściwą osobę byłam u dwóch innych, ale nie przypadły mi do gustu, warto więc szukać, aż znajdzie się kogoś odpowiedniego. Za wiele z tych porad nie płaciłam, odbywały się placówkach państwowych. Każda moja terapia była z innym specjalistą, który zajmował się danym problemem. Nadal na nią chodzę i korzystam do dziś.
Piszę o tym, bo wiem, że wielu z Was naprawdę tego potrzebuje. I nie ma w tym żadnego wstydu, żadnej ujmy. Życie nie jest łatwe. Życie w rodzinie (która niby ma być oparciem, a jednak często jest tym, co wbija szpileczkę najgłębiej), życie w związku, w końcu życie z dziećmi nie jest łatwe. I nic dziwnego, że potrafimy się w tym pogubić. Często aby odzyskać radość, spokój i harmonię, potrzebujemy kogoś z zewnątrz, kto uświadomi nam dynamikę naszych relacji i ukryte źródło problemów. Oczywiście potem czekają nas zmiany i praca nad nimi, ale i nadzieja i spokój płynący z nowej strategii i całkiem nowej drogi. Że nie wspomnę o depresji, która jest poważną CHOROBĄ, właściwie w wielu aspektach uniemożliwiającą normalne życie.
Istnieje szereg publikacji (wiele naprawdę bardzo, bardzo dobrych), portali, czy w końcu blogów traktujących o życiu, związkach, rodzicielstwie. Pamiętaj jednak, że książka jest ogólna, a Twoja sytuacja bardzo indywidualna. Blog jest subiektywny, pisany zwykle przez laika, na przykład bardzo młodego, nastoletniego wręcz rodzica, którego dzieci są malutkie. Metody, które stosuje, mogą okazać się błędne, ale tego dowiemy się dopiero po latach. Poza tym brak czasu powoduje, że nawet te lektury czytasz zwykle na pół śpiocha, bez możliwości głębokiej refleksji.
Jeśli czujesz, że sobie nie radzisz, że przerasta Cię rzeczywistość, że masz dość, energii nie starcza Ci nawet do południa, Twoja rodzina i dzieci nie dają Ci pełni szczęścia, Twoje rodzicielstwo jawi się jak ciąg dramatów, nie wiesz co masz robić, jesteś w destrukcyjnym związku, nie radzisz sobie na jakimś życiowym polu, potrzebujesz porady, masz lęki, koszmary, czujesz pustkę, rozdrażnienie, agresję – nie wahaj się. Nawet wtedy, kiedy masz małe wątpliwości, albo gdy coś tylko lekko Cię uwiera.
Kiedy ostatnio opublikowałam informację o tym, że korzystam z psychoterapii, pojawiło się wiele pytań, w tym jedno powtarzało się najczęściej – czy warto? Tak więc podpowiadam – warto. Jeśli masz jakiekolwiek przesłanki ku temu, że ze swoimi problemami samodzielnie sobie nie poradzisz – nie wahaj się poprosić o pomoc. Szkoda marnować życie na stanie w miejscu, czy zmaganie się z depresją. Problemy duszy są tak samo ważne jak choroby ciała i nie wolno ich ignorować. Paradoksalnie czasami łatwiej jest powiedzieć komuś obcemu o tym, co Cię gnębi. Rodzina i przyjaciele nie są w stanie spojrzeć na wiele kwestii obiektywnie i bezkrytycznie. To żaden wstyd. Wstyd to jest kraść. Życzę powodzenia i mocno trzymam kciuki. Dla każdego z nas kiedyś wychodzi słońce.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!
Photo by Julia Taubitz on Unsplash

A ja bardzo Ci dziękuję za Twoją szczerość. Bo mimo dwójki dzieci mam ochotę sama czasem uciec, bo wydaje mi się, że nie mam już żadnej komórki, która należałaby tylko do mnie… Z całego serca życzę drogi do góry. Pozdrawiam ciepło:)
Bardzo proszę i również ciepło pozdrawiam! Powodzenia!
Kiedy moje dziecko miało 3 lata i poszło do przedszkola nie umiał się w nim odnaleźć. Wszyscy mówili nam, że przywyknie, wyrośnie, itd. Nie popuściliśmy i udaliśmy się na wizytę do psychologa. Zastanawiałam się czy aby nie przesadzam, że to wstyd. Dzięki naszym rozmowom z panią psycholog zrozumiałam, że nie popełniamy błędu i chcemy jak najlepiej. U syna zdiagnozowano Zespół Aspergera. 3 lata chodzenia na terapię i dziecko teraz funkcjonuje prawie jak każde inne w jego wieku (teraz ma 11 lat), a osoby, które nas krytykowały przyznają teraz rację i sami proszą o poradę. Nigdy nie ukrywaliśmy naszych problemów. Mam nadzieję, że Twój tekst pomoże niektórym otworzyć oczy, że psycholog czy inny specjalista to nie wstyd. Pozdrawiam
Nasza historia jest podobna. Kiedy Bartek miał 3 lata sami udaliśmy się do specjalistów żeby skonsultować rozwój emocjonalny i intelektualny dziecka które urodziło się za wcześnie w niedotlenieniu i zamartwicy. Pojawiły się podejrzenia autyzmu wysokofunkcjonującego. Na początku mieliśmy wątpliwości czy nie wychodziliśmy sobie problemu. Ale im starsze dziecko tym bardziej widać zaburzenia. Po następnych czterech latach nie ma już żadnych wątpliwości. Nie ma co uciekać. Nie zauważanie problemu, zaprzeczanie i wymyślanie usprawiedliwień to droga donikąd.
Dokładnie tak jest. To zaprzeczanie i czekanie w nieskończoność, aż „coś” się wydarzy, jest najgorsze. Powodzenia, mam nadzieję, że trafiacie w dobre ręce!
Ja też w tamtym roku miałam co do mojej córki podejrzenia Aspergera, od tego się zaczęło. Niestety ludzie dalej uważają, że niektóre choroby to jakieś zło wcielone, że trzeba trzymać dziecko pod kluczem, że to wstyd itp. A największym wstydem jest zrobić krzywdę własnemu dziecku i zamiatać swoje i jego problemu pod dywan, tkwiąc w błędzie i licząc, że „samo” minie. Pozdrawiam i powodzenia z synkiem!
Bardzo ważny temat. Niestety wiele z nas woli zamieść takie rzeczy pod dywan i udawać, że nic się nie dzieje – bo Armagedonu nie ma. Ale jest za to równia pochyła i niewiele brakuje czasem do totalnej rozsypki. Warto przyznać się czasem, że nie idzie. Nawet tylko przed samą sobą. A potem coś z tym zrobić. Pozdrawiam!
http://sportmatka.wordpress.com/
Dokładnie tak jest! Wiele osób też za swoje niepowodzenia oskarża innych – partnera, dzieci, sąsiada, pracę, czy brak kasy. To ogromna odwaga móc przyznać, że samemu jest się sobie winnym. I trzeba siły, aby próbować się zmienić. Pozdrawiam!
Przepraszam za osobiste pytanie, ale uważasz, że gdybyś nie miała trojaczków tylko na przykład dwójkę w kilkuletnim odstępie czasu, to byłoby inaczej?
Bardzo możliwe. Po pierwsze mając trójkę dzieci w jednym wieku choć bardzo się staram, mam ciągłe porównanie. Więc jeśli ktoś „odbiega” od reszty to wiadomo, że jest jakiś niepokój, szczególnie, jeśli jest to coś ważnego. Po drugie, większość porad, miejsc, pomocy, skierowane jest do rodziców pojedynczych, to znaczy np.. mających w domu jednego noworodka, jednego przedszkolaka, itp. No i po trzecie – w naszym domu jest codziennie tornado, dzieci są w grupie, a tutaj też działają inne prawa. Więc pewnie tak, pewnie byłoby inaczej .
Rozumiem. Chociaż mam jedno dziecko, to też porównuję je z innymi, tak samo jak siebie. Najważniejsze jest, żeby nie oceniać nikogo krzywdząco.
Mój synek ma 15mcy i w kwietniu rowniez bylismy u psychologa dzieciecego. Warto czasem zasięgnąć rady profesjonalisty i zweryfikowac efentualne obawy, uzyskac profesjonalną pomoc i nabrac pewnosci, ze postepujemy slusznie.
Dokładnie tak, w końcu rodzicem człowiek się nie urodził!
może to obawa, że otworzy się puszkę pandory, że człowiek będzie musiał zmierzyć się z prawdą o sobie, a ta prawda może być niewygodna i będzie wymagać ciężkiej pracy? dzieci to lustrzane odbicie nas samych ja w to wierzę… codziennie się o tym przekonuję.. gdy coś nas boli idziemy do lekarza, robimy badania, stawia nam się diagnozę ; pójście do profesjonalisty, wpuszczenie go do naszego domu, gdy nasza dusza cierpi i sobie nie radzimy to najlepsze co możemy zrobić dla siebie i dla naszych dzieci i tak samo działa…. …. nie rozumiem czemu to wciąż zamiatane jest pod dywan, wytyka się palcem ; milczy….. sama ostatnio przechodzę piekło i sobie nie radzę, gdybym była w swoim kraju dawno szukałabym pomocy, tutaj gdzie jestem omijam szerokim łukiem….. i szukam rozwiązań na własną rękę… cieszę się, że napisałaś o tym, że jesteś szczera …. życzę powodzenia, pozytywnych rezultatów Twojej pracy .. buziaki
Wiesz, że możesz mieć konsultacje przez Skype? Wielu psychoterapeutów już to praktykuje. Czasami wystarczą 2-3 spotkania, czasami i rok to mało, ale warto próbować, szczególnie wtedy, kiedy na własną rękę jakoś nie działa. Powodzenia i dzięki!
Ja idę z córką pod koniec maja do poradni- pierwszy raz. Troszkę mnie zdziwiło, że mam przyjść z nią, bo z tego co się dowiadywalam na pierwszą wizytę powinno się iść bez dziecka. Zobaczymy, szukam teraz pomocy na wielu płaszczyznach i nie kryje tego, że pokładam wielkie nadzieje w tej wizycie…
Jak każdy. Ja też za każdym razem mam ogromne nadzieje. Ale nigdy się nie zawiodłam jeszcze, zawsze czegoś nowego się uczę, widzę problem z innej strony, mam aha! momenty. Warto i za Was trzymam kciuki!
Moja córka ma niespełna dwa lata, jest skrajnym wcześniakiem , przeżyła porzucenie , ponad pół swojego życia spędziła w szpitalu i hospicjum. Nieustannie korzystamy z pomocy neurologa, psychologa , neurologopedy (i wielu innych specjalistów). Sama też nie mam problemu z przyznaniem się , że czasem zwyczajnie sobie nie radze, czy nie wiem czy moje reakcje są właściwe. Do głowy nie przyszło mi żeby się tego wstydzić i 100 % zgadzam się z Tobą. Większy problem to znalezienie odpowiednich specjalistów, którzy mają odpowiednie doświadczenie i jednocześnie potrafią wzbudzić nasze zaufanie.
Dokładnie. Ja się też nie boję zmieniać. Nie przemawiają do mnie niektóre osoby. No i też ta dziedzina psychologii jest szeroka, są terapeuci, behawioryści, itp. Trzeba szukać. Powodzenia z córeczką, dużo zdrowia!
Brawo!
http://www.pstb.org – teraz wchodzę z nimi w obserwacje, z polecenia, pierwsze kontakty na plus. Mają szerokie spektrum.
Dag, podziwiam Cię i popieram. Uważam, że trzeba szukać rozwiązania dla swoich problemów. I warto to robić czytając dobre książki, szukając pomocy u specjalistów. Nie warto zwlekać jak coś nas niepokoi. Czasami można coś lekko skorygować i zadziała, a zwlekanie pogłębi problem. W zasadzie się zgadzam z Tobą. Czuję jednak, że kpisz z ludzi, którzy czytają Biblię. Pewnie napiszesz, że to Twój blog i możesz pisać co chcesz. Jeżeli tak odpiszesz, to rzeczywiście nie ma tu miejsca na osoby nie będące ateistami i mające inne poglądy religijne.
A ja owszem „kartkuję dla natchnienia Biblię”, nie jestem cierpiętnicą, nie piję wina, mam fun z wychowywania mojej Trójki. Również jeżdżę z dzieciakami na hulajnogach, robię z nimi przedstawienia teatralne, jeżdżę z każdym osobno na wycieczki, skaczę w kaloszach po kałużach, zaczynam dzień z od przytulania każdego z osobna i od łaskotek. Kupuję i zdrowe jedzenie i lody jak trzeba. w domu mam „umiarkowany porządek”, gram z dziećmi w klasy, piłkę, uczę je grać na gitarze i fortepianie. Ale też spędzam czas na układaniu puzzli ze starszymi. I też są dni, kiedy mam mniej siły, dzieciaki się kłócą o cokolwiek, i czekam tylko na wieczór. Nie chce mi się wstawać na 2,5letnie „sikuuu” w nocy, o 20.30 dzieci mają być w łóżkach i koniec kropka. Wiem, że moje dzieci są taka samo urocze, jak potrafią być wkurzające. Czytam książki psychologiczne ale również religijne. Czy uważasz, że jestem „cierpiętnicą”?
Kurcze, z jednej strony czytając bloga wydaje mi się, że mamy wiele wspólnego, ale mam wrażenie, że nie należę do osób, które są w Twoim odczuciu, warte uwagi, bo jestem katoliczką. Chyba nie jestem Twoim „targetem”. Bo moje poglądy to chyba największy obciach i smęt wszechczasów.
Szczerze powiem, że nie wiem, czy jesteś moim targetem, czy nie. Piszę to, co mi głowa dyktuje, nie pod target. Jeśli jesteś fanatyczką-frustratką, rzeczywiście – nie do Ciebie ten blog. W innym przypadku myślę, że zawsze znajdziesz coś dla siebie, w końcu jesteś mamą, a o tym tutaj najczęściej. Myślę, że trochę się czepiasz, taki był dobór słów, ani nie obraża osób studiujących Biblię, ani nie sugeruje, że Ci którzy to robią to męczennicy. Mając swoje poglądy trzeba mieć do nich też dystans. Mieszkamy w takim a nie innym kraju i moje zdanie było skrótem myślowym, niczym więcej, nie trzeba dorabiać do niego ideologii. Nawet nie sugeruje nic odnośnie moich religijnych poglądów. I nawet gdyby były odmienne od Twoich, nie znaczy, że nie możemy się nimi wymienić. Sama musisz osądzić, czy swój czas chcesz tutaj spędzać. Tylko proszę, więcej bez Dag, bo to kojarzy mi się tylko z dekagramami, Dan 🙂
Czy znasz może dobrego specjalistę od integracji sensorycznej i logopede?
http://www.integro.edu.pl/ – integracja sensoryczna w Krakowie i wspaniała Pani Ania. Logopedów jest strasznie dużo dobrych. Popytaj koleżanek, w przedszkolu lub na grupach na FB (np. mama w mieście Kraków, mama radzi mamie w Warszawie itp.) – najlepiej dobrać kogoś w miarę blisko, bo to jednak stała współpraca i wielu rodziców się poddaje przez dojazdy. Nie mogę nikogo polecić, bo u mnie jak na razie żaden psycholog nie skierował, ani przedszkole.
A ok. Do Krakowa mam daleko 🙁 Mieszkam blisko Warszawy :))) Dziękuję 🙂
Myślę, że można popytać o polecenie.
Wydaje mi sie ze badania dzieci w poradni psychologicznej to cos calkowicie normalnego. Sama tez bylam z dzieckiem. A ostatnio sama bym chetnie poszla bo odkad sporo na nas spadlo odnosnie choroby dzieci jakos nie dzwigam. Polecilabys kogos?
http://www.psychoterapia.krakow.pl/
To takie ważne aby innym dawać wsparcie i mowić otwarcie, że nic nie jest idealne, a zwłaszcza macierzyństwo. Też jestem mamą i ogromna siłę dają mi takie rozmowy( z siostrą też mamą) i takie teksty jak Twój dzisiejszy. Życzę dużo siły i uśmiechu majowego☀️☀️☀️
Bardzo dziękuję! Tobie również!
Mnie macierzyństwo przerosło niejeden raz i nie wstydzę się do tego przyznać, tak samo jak do tego, że matką idealną nie jestem. W przyszłym tygodniu wybieramy się z Gają do logopedy, być może poradzi coś na temat rozwoju mowy, zresztą zasugerowano nam to w przedszkolu i nie uniosłam się honorem. Kiedyś wpadałam w kompleksy, gdy widziałam idealnie ułożony świat niektórych mam- domy sterylnie czyste, zabawki poukładane, dzieci grzeczne, a teraz wiem, że to raczej kreacja. U mnie jest notoryczny nieporządek, Gaja nie usiedzi w miejscu, a ja czasem chciałabym mieć pomoc. Psychologa póki co nie potrzebuję, ale za chwilę wszystko może się zmienić, bo dwójka dzieci to wyzwanie.
W większości domów tak jest. W końcu dom to nie istagram 🙂
Trzymaj się i jak trzeba wypij dziś też lampkę wina :-*
A tak! Wypiję!
Często zastanawiam się nad tym czy na pewno jestem dobrym rodzicem ii czy wszystko robię dobrze. Myślałam nawet nad poradą u specjalisty ale zabrakło mi odwagi i czasu. Mam nadzieję że po latach nie będę tego żałować
Każdy z nas ma takie przemyślenia. Warto się skonsultować, jeśli towarzyszy im niepokój.
Potrzebny i to wbrew pozorom bardzo często. Znajomi mieli syna niejadka – mało jadł ilościowo a jakościowo to juz wogole – dopiero kilka wizyt u psychologa im pomogło i mały zaczął próbować. Miał taką blokadę że nawet do ust nie wsadził nowego jedzenia!
No właśnie, warto czasami dla pewności udać się do kogoś, kto może zna odpowiedź.
Zawsze uważałam i nadal uważam, że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości lecz odwagi i siły. Trzeba mieć w sobie wiele rzeczy
przepracowanych, trzeba mieć dużą samoświadomość i poczucie własnej wartości na właściwym miejscu, by się na taki krok zdecydować. Nie ma absolutnie nic wstydliwego w szukaniu pomocy i proszeniu o nią. Kiedy zepsuje nam się but to idziemy do szewca, a kiedy psuje się coś innego korzystamy z pomocy innego specjalisty. To wynika też z rodzaju pokory do życia/losu/świata. Nie udaję, że wiem wszystko i
wszystko robię najlepiej, bo takich ludzi nie ma (no dobra są na Instagramie;)), ale przyznaję, że nie wiem i nie umiem, i pytam/proszę tych co wiedzą i potrafią. Ja to tak widzę… Gratuluję Dagmara – ważny temat i odważny post:)
Bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że komuś pomoże.
Odnoszę wrażenie, że w Polsce psychologa myli się z psychiatrą… Kiedyś komuś wspomniałam, że chodziłam do psychologa – w czasie, gdy nagle zostałam samotną mamą z 7 miesięczną córeczką, to zostało to użyte przeciwko mnie „Ty masz coś z głową, musisz się leczyć i znowu iść do psychologa”…. Więcej nikomu o tym nie powiedziałam i jeśli miałabym znowu zasięgnąć profesjonalnej porady (bardzo polecam!) to będzie to już tylko między mną, a psychologiem…
Wszystko zależy od środowiska. Ja jestem dość asertywna i nikt by mi tego w oczy nie powiedział, choćby nawet tak myślał. A pewnie swoje myśli. Swoją drogą, kiedy terapia trwała, też tego nie rozgłaszałam. Chyba nie chciałam być zmuszona przejmować się czymkolwiek i kimkolwiek, skupiając się na sobie.