Rodzicielska ściema czyli mit, zmowa i tona lukru.
Mam wrażenie, że z pokolenia na pokolenie ludzie przekazują sobie mity na temat wychowania dzieci. Możliwe, że po tych pierwszych kilku latach batalii zapominają po prostu. Nie dziwię się. Samej zlało mi się to w jeden ciąg przyczynowo-skutkowy kaszka-pielucha-zupka-kupka-spacer-drzemka-wycie, który po latach na wierzch wydobywa głównie szczęśliwe momenty przerwy w kieracie. Rodzicielska ściema czyli mit, zmowa i tona lukru przekazywana jest więc dalej.
Jasne, że trzeba doceniać, że dzieci są cudowne, wspaniałe i dają coś, czego nie da się do niczego porównać. Oczywiście, że bycie rodzicem to zaszczyt, przywilej, radość, duma i bezkresna miłość. Ale to wszystko nie oznacza, że musimy oszukiwać i wypierać się tego, że przynajmniej raz dziennie nie mamy w głowie myśli „dłużej nie dam rady”.
Bo nam wszystkim się wydaje, że mając już rodzinę nie wolno narzekać. Mając tyle dobra, trzeba brnąć w szerzenie teorii, że to wszystko takie wspaniałe. Bo przecież nie wolno, nie można tak głośno mówić, że to ściema. Trzeba doceniać, nawet te chwile rwania włosów z głowy, wcale nie takie sporadyczne. Więc udajemy. Przed światem, przed sobą. Wydając na świat potomka stajemy się psychicznie sterroryzowanym, nowym wytworem – rodzicem. Mamy być doskonali, uczesani, ogarnięci i przezorni. Na prawdę i niedoskonałość nie ma miejsca.
Mit instynktu każe oszukiwać wszystkich naokoło, kiedy w pierwszych tygodniach życia dziecka pojawiasz się w miejscach publicznych. Wszyscy gratulują, choć Tobie akurat wyć się chce, bo nie śpisz od kilku tygodni, całe dnie spędzasz z drugim człowiekiem przywieszonym do piersi, ledwo starcza Ci czasu na umycie zębów, co 5 minut ogarnia Cię panika. No ale skoro wszyscy gratulują, to przyklejasz sztuczny uśmiech i mówisz niepewnie, z popłochem w oczach „taaaak, jest cudownie”. Bo może inaczej się nie da? Przecież NA PEWNO wszyscy byli dokładnie w tym samym miejscu, a nikt się nie skarżył, nikt nie wołał o pomoc. To i Ty dasz radę. Bo naokoło rodzicielstwa panuje zmowa. Zmowa milczenia. I oczekiwanie, że kolejni członkowie klanu tego milczenia nie przerwą.
Oficjalnie bycie rodzicem jest lukrowane. Dziecko jest wspaniałe, a poznając kilka podstawowych technik, lub zdając się na swój własny instynkt, wychowanie to nic trudnego. Rzeczywistość poznasz z autopsji, wyjąc z bezsilności, kiedy Twój świat daleki będzie od wizji roztaczanych w poradnikach i blogach.
To zaczyna się od ciąży. Nikt nie mówi o tym, że czujesz się jak skrzyżowanie foki z mamutem. W pierwszych miesiącach ledwo możesz doczołgać się do toalety, a jak już się tam znajdziesz, chętnie i tam strzelisz sobie drzemkę. Wszystko Ci puchnie, rośnie, tyjesz nawet od wody. Coś, o czym w poradniku jest napisane, że sporadycznie „może się” zdarzyć, u Ciebie zdarza się milion razy na dzień. Dalekie to od wizji ponętnej, szczęśliwej ciężarówki, gładzącej swój idealny brzuszek, oddającej się kreatywnym zajęciom, do których zainspirowała ją książkowo rozwijająca się ciąża. Jeśli jesteś mężczyzną, nie poznajesz swojej kobiety, którą rządzi burza hormonów.
Jestem realistką i wiem, że bycie rodzicem małego dziecka to jedna z faz w życiu. Ciąg epizodów, które mijają, zastępowane przez inne kolejne w życiu etapy. Jak wszystko. Nie ma więc co narzekać, tylko świadomie i odpowiedzialnie zabrać się do rzeczy, przewartościować priorytety i wziąć się w garść. Minął już w naszym życiu okres permanentnego zmęczenia, horror odsmoczkowania, a potem trauma nocnikowa. Minęło, choć wtedy wydawało mi się, że będzie to trwało latami i już na zawsze moje dzieci będą w pieluchach, a ja nigdy nie prześpię całej nocy. Znalazłam niedawno zdjęcie. Na nim moje dzieci, w wieku lat dwóch. Słodkie, małe blondaski. Taka była pierwsza myśl. A za nią zaraz kolejna. Pamiętam ten dzień doskonale. To był jeden z tych koszmarnych dni, kiedy wszystko było na nie. Wyszłam z domu licząc na to, że znajdziemy jakieś wytchnienie. Ale i to się nie udało. Zdjęcie jest. Mojej rozpaczy i morza łez bezsilności wylanego tego dnia, nie ma. Ale ja to pamiętam, bo tego się nie zapomina.
Bywają chwile, kiedy tak bardzo kocham moje dzieci, że się mocniej nie da i na nic innego nie ma miejsca. Mogę spędzić z nimi ciąg dni, a jak zasypiają, to idę sobie podglądać jak śpią. ALE! Kiedy widzę te cukierkowe wizje roztaczane codziennie, mam dość. Bo ja bynajmniej codziennie tak nie mam. Moje dzieci pomiędzy swoją cudownością są też głośne, krnąbrne, mają absurdalne potrzeby i wysysają ze mnie ostatnie pokłady sił, cierpliwości i wszystkiego w ogóle. Błogosławię poniedziałkowe poranki, a na każdy syndrom choroby reaguję nerwową czkawką. Nie tylko przez to, że drżę o zdrowie mojego dziecka, ja się martwię o siebie! Czy przeżyję tydzień aresztu domowego z wynudzonym, agresywnym terrorystą?
I jak widzę, że ktoś pisze jak to sobie „siedzimy” z dzieckiem i jak to jest cudownie, to ja tego nie kupuję. Bo cudownie jest przez chwilę, może nawet cały dzień, może dobry tydzień. Ale rzeczywistość zawsze kiedyś daje o sobie znać. I bywa, że wcale nie jest tak kolorowo.
Jasne, jasne, to, że moje dzieci są takie jakie są, to moja wina. Oczywiście i takie rzeczy wpierają mi do głowy „specjaliści”. Częściowo pewnie tak, ale nie wiem, czy ktokolwiek wychowuje dzieci nieposłuszne? A morderców? Gwałcicieli? Nigdy w domu nie przeklinam, a jednak moje dzieci znają słowa dupa i cycki, choć nie usłyszały ich od bliskich. I to pocieszanie – to normalne, tak bywa, zobaczysz, wyrośnie. Dlaczego mówi się o tym dopiero wtedy, kiedy ktoś ma odwagę się wychylić i pożalić? Nie masz pojęcia, że to normalne, więc siebie obwiniasz, że na pewno robisz wszystko źle. Gdybym wiedziała, że tak bywa, zniosłabym to lepiej.
Dlatego piszę tego bloga. Na każdy wpis, który odziera rodzicielstwo z lukru, jest rewelacyjny odzew. Setki polskich rodziców podnosi rękę i mówi – też tak mam! Czytacie swoje wypowiedzi i dziękujecie, że możecie chociaż wirtualnie się pocieszyć. Jak dobrze, że nie jestem w mojej rodzicielskiej samotności solo. Bo rodzice są samotni. Gdzie tylko nie spojrzą wbija im się do głowy mity i spiski. Jest cudownie! Dzieci są wspaniałe, a to co Cię spotkało to najlepsze co w ogóle istnieje. Jeśli się nie cieszysz to znaczy, że nie umiesz docenić tego szczęścia. Jeśli Twoje dziecko jednak nie jest cudowne, jesteś porażką rodzica. Na pewno to z Tobą coś jest nie tak!
Rozdałam wszystkie poradniki, szczególnie te dotyczące ciąży i pierwszych miesięcy życia dziecka. Nieustannie pojawiał się na mojej twarzy wyraz bezbrzeżnego zdziwienia – czy autor w ogóle widział noworodka? A ciężarną w ostatnich tygodniach, kiedy wykonanie jakiejkolwiek czynności to wysiłek? A kilkulatka, który właśnie przeżywa atak złości w zatłoczonym hipermarkecie? A ojca, który czuwa przy łóżeczku i zaklina ćśiii, ćśiii (w myślach „śpij już do cholery, błagam”), bo wie, że jutro ciężki dzień w pracy, a on o 3 nad ranem jeszcze nie zmrużył oka?
Ale przecież o sobie mówimy mało, nie wolno się skarżyć. Bo o ile kobieta w ciąży jest wszystkim, to z momentem przyjścia na świat dzieci staje się nikim. Temat zastępuje dziecko, a matka niepostrzeżenie znika. To samo dzieje się z ojcem. Z kogoś ważnego w domu, staje się wykonawcą kolejnych obowiązków. Ale bardzo trudno się do tego przyznać. Lepiej wszystko oblać lukrem i samemu kurczowo trzymać się wyświechtanych sloganów. Jest cudownie!
Czas przerwać tą zmowę milczenia. Pisać i głośno mówić o tym, jak jest. Nie w celu powstrzymania kogokolwiek przed posiadaniem dzieci, ale uprzedzeniem, że tak właśnie jest i jeśli Tobie się to zdarza, to nie dlatego, że jesteś beznadziejnym rodzicem, a dlatego, że dzieci po prostu takie są. I zanim wypłyniesz na szerokie wody i zaczniesz ogarniać temat rodzicielstwa, musisz zjeść beczkę soli, wypłakać razem z ząbkującym, kolkującym dzieckiem morze łez, nie przespać 365 nocy, powitać setkę weekendowych świtów i zużyć tira mokrych chusteczek. To normalne.
Normalne jest mieć wszystkiego dość i marzyć o kilku godzinach nieprzerywanego snu. Całkiem normalne jest mówić, że to, co się dzieje Cię przerasta i że nie tak sobie to wyobrażałeś. Że przyjmiesz każdą pomoc i że jedyne na co masz ochotę to chwila bez dziecka. Normalne jest przyznać, że Twój związek przeżywa kryzys, a Ty masz nadzieję, że musi być źle, zanim będzie dobrze. Zupełnie oczywiste jest to, że nie wiesz jak sobie poradzić.
Nie ograniczajmy się do „zobaczysz jak to jest”, „sam się dowiesz”, „wszystko przed Tobą”, „musisz sam to przeżyć”, „jak będziesz mieć dzieci to się przekonasz”. Kiedy ktoś pyta mówmy wprost – jest przekichane! Pięknie, wzruszająco ale i cholernie ciężko! Bo dziecko to mikstura w tym samym momencie radości i znudzenia, entuzjazmu i smutku, zmęczenia i przebojowości, rutyny i jednocześnie gotowości na wszelką ewentualność, a przede wszystkim na przemian udręki i ekstazy.
Zmowa polega też na tym, że rodzice wierzą w mit, że Ci, którzy dzieci nie mają tak naprawdę nie marzą o niczym innym jak je mieć, a Ci, którzy głośno mówią, że nie chcą, na pewno jeszcze bardziej chcą, tylko nie mogą. I to śmieszne przekonanie, że przecież dzieci to początek życia. I na pewno rodzicielstwo potrafi wynagrodzić wszystkie uroki utraconego życia. To, że wcale tak nie jest 95% czasu na początku życia potomka, jakoś wszyscy wymazują z pamięci. No bo jak by to było tak głośno się do tego przyznać? Przyznać się do tego, że zostaliśmy omamieni wizją malutkich kaftaników i dziecka, które jest mniejszą ale za to słodszą wersją nas, a rodzicielstwo to nic innego jak zabawy na kocyku z małym, bezzębnym słodziakiem, który wesoło gaworzy. Mając już dziecko szybciutko zauważamy, że te słodkie to są tylko chwile, a poza nimi rodzicielstwo to ciężka harówka.
Nikt nie chce nikogo dołować, bo jeśli już wskoczysz do tego szamba, po uszy topiąc się z innymi szczęśliwcami, którzy nie mogąc nic innego zaoferować, przynajmniej starają się pocieszać. I tak w odpowiednim czasie dowiesz się o co tak naprawdę chodzi. Poza tym przecież zawsze możliwa jest opcja, że akurat trafi Ci się lepszy model. To też element zmowy. Bo w rzeczywistości nikomu się nie trafia. Każde dziecko „coś ma”. Jedno jest niejadkiem, inne nie potrafi skumać obsługi toalety przez długie miesiące, jeszcze inne jest chodzącą demolką.
I nawet jeśli był poród bez znieczulenia, karmienie piersią przez trzy lata, przecierane, domowe jedzenie z eko produktów, godzinami szuranie po podłodze razem z maluchem, dbając o jego prawidłową stymulację, basen od szóstego miesiąca i angielski od roku, Twój kilkulatek i tak wróci z przedszkola i powie dupa kupa i cholera.
Męczące, notoryczne porównywanie, stawanie, mimo własnej woli, do olimpiady. Czy ona już… To on jeszcze nie… Moje w tym wieku… Pytania o dziecko, a jednak oskarżające rodziców. Chwaląc się dzieckiem rodzic przecież łechta własne ego i podbudowuje swoją samoocenę. Moje już chodzi! Test na ojcostwo zdałem na piątkę (a Ty nie)! Ha! Pęd szczurów, którzy sami w imieniu naszych dzieci rozpoczynamy od pierwszych chwil nowego życia. Jest 10 punktów skali Apgar! Wow.
Możliwe, że rodzice, sami nienawidzący dobrych rad, a po kilku miesiącach życia z dzieckiem, rad w ogóle, nie chcą ich dawać. Krytyko-pytania, podejrzliwość i wszechwiedza, rażą bardziej niż wizja nieprzespanych miesięcy. Wiedzą, że i tak mitu wspaniałego rodzicielstwa nie da się wykrzewić, a wszelkie próby jego odlukrowania spełzną na niczym, bo zawsze znajdzie się klan matek, którym standardy i IQ znacząco się wraz z porodem obniżyły. Zdolność logicznego myślenia wyparły kaszki i radosne gugu-gaga. Po co więc tracić czas, skoro z limitowaną edycją „nad-matek”, tych idealnych, których dzieci od urodzenia rodzą się wytresowane, nie wygrasz.
Nikt nie pokazuje potarganych matki i ojca obudzonych o trzeciej w nocy, na zmianę bujających, huśtających, ubierających, rozbierających, karmiących i przewijających, aby cokolwiek zadziałało, co uciszy wyjącą syrenę i pozwoli na odrobinę chociaż snu. Nikt nie pokazuje rozwalonego ciążą brzucha matki. Nikt nie fotografuje domu, przez który przetoczył się kilkulatek. Nie znajdziesz w poradnikach porad na temat odpychania wścibskości i dobrych rad. Ani tych jak czytać pięćdziesiąty raz tą samą książeczkę z wciąż rosnącym entuzjazmem. Nikt nie pisze o micie, jakim staje się na wiele miesięcy (lat może nawet) seks. Notoryczny brak sił i czasu sprawia, że rodzice bardzo szybko dowiadują się, dlaczego coś, co kiedyś było przyjemnością, nazywane jest „obowiązkiem małżeńskim”. Trójkąt Bermudzki, po którym właśnie przeszło tornado i po długich, a ciężkich wypluło człowieka, raczej nie nastraja na romantyczne figle. Psychiczna udręka permanentnego stresu, zmęczenia i testowania cierpliwości nie pomaga.
Czas zdrapać lukier. Rodzicielstwo to nie jest wesoła przygoda ze słodkim bobaskiem. Nie ma co robić z nikogo idioty i ukrywać faktów, niby dla jego dobra. Nie bójmy się głośno mówić o rodzicielskich frustracjach. Nie twórzmy iluzji nieskazitelności. Rzeczywistość przecież nijak nie przypomina pięknej wizji stworzonej na potrzeby propagandowych poradników.
Nie wierzę w idealnych rodziców. Nie wierzę w tych oburzających się, że wszędzie tylko narzekanie, to rodzicielska ściema. Nie wierzę w ludzi, którzy mówią, że rodzicielstwo jest natchnione i bezproblemowe. Nie wierzę w końcu w tych, którzy określają je tylko błogim i radosnym. Nie lubię osób, które nie pozwalają na narzekanie. Wolę takich, którzy głośno przyznają – jest masakrycznie ciężko, frustracje sięgają zenitu, ale jednocześnie, albo pomimo tego, jest też pięknie, miłości, którą czujesz do dziecka nie da się opisać słowami, ona aż boli, a związek z mamą lub tatą dziecka przechodzi na cudowny, głeboki etap prawdziwej rodziny. To wszystko jest niewyobrażalne. I taka jest prawda.
I niech będzie, że płynę pod prąd lukrowanej rzeki, którą oblana jest ciąża, poród, połóg, niemowlęctwo, a potem każdy kolejny etap życia z dziećmi. Widzę, że pod prąd płynie bardzo wielu z nas.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!
Photo by Travis Grossen on Unsplash

Zgadza sie ktora kobieta powie innej, zeby sie nie pakowala w to i zastanowila zanim zacznie wprowadzac w zycie wizje szczesliwej rodzinki z usmiechnietym bobasem jak z reklamy mleka albo pieluch. Takie obrazki mydla oczy a kobieta ktora ten obrazek krytykuje uchodzi za wurodna matke
Albo narzekającą, a przecież powinna być radosna i uśmiechnięta!
W dużej mierze jest ta jak piszesz, ale jest tez druga strona medalu. Co jeśli to macierzyństwo rzeczywiście tak bardzo cieszy, nie meczy, nie przytłacza? Wiem, ze piszesz o chwilach zwątpienia, trudniejszych dniach ale one tez maja swój urok, urok macierzyństwa. Pamiętam, ze już przy drugim dziecku opowiadałam napotkanym w parku babciom, ze jestem wniebowzięta i chciałabym trzecie, hehe. Tylko tym babciom miałam wtedy odwagę to powiedzieć, nie wychylałam się, zresztą mąż mi powtarzał, ze to pewnie jeszcze hormony ciążowe na mnie działają.-) Minęło kilka lat, urodziłam trzeciego synka i to macierzyństwo naprawdę mnie nie meczy, nie przytłacza, nie mam ochoty nigdzie uciekać i od pierwszych chwil czuje się po prostu wyjątkowo i doceniam każdy dzień. Nie opowiadam o tym wszystkim wokół ale pytana mowie szczerze, ze jest wspaniale i tu pojawia się „zonk”. „Jak to?” i już widzę na twarzy pytającego, ze mi nie uwierzył i, ze uznał, ze na pewno ściemniam…
Ja też się cieszę i czuję wyjątkowo. Ale to ale jest, zresztą sama od tego zaczęłaś. Jest druga strona medalu, o której jednak dużo mniej się mówi i nawet jeśli, to natychmiast następuje po tym „ale dzieci są wspaniałe”.
Pewnie nie taki był pewnie zamysł Twojego posta, ale uśmiałam się… Uśmiałam się, bo przypomniałam sobie, jak kilka lat temu bez jakiegokolwiek wcześniejszego doświadczenia z dziećmi musiałam przez tydzień zając się czwórką. Ich matka trafiła do szpitala, a ojciec miał taki charakter pracy, że pracował od rana do wieczora. Były wakacje i dziećmi nie miał się kto zaopiekować. Padło na mnie, bo jako pracująca w domu przedstawicielka wolnego zawodu mogłam wygospodarować te kilka dni… Dokładnie pięć, pięć dłuuuugich dni, których nie zapomnę do końca życia – codziennie od 8 rano do 20. Nigdy w życiu, przy żadnym remoncie, a remontów zrobiłam w swoim życiu sporo, tak się nie umordowałam! Dotąd jak widziałam kobiety „siedzące w domu” – w zaplamionych ciuchach, rozczochrane, bez makijażu, działające niejako z automatu i niewidzącym wzrokiem patrzące w dal – bardzo krytycznie je oceniałam i nie mogłam zrozumieć
jak tak można… Życie pokazało mi, że można:) gdy wracając z tą czwórką dzieciaków z placu zabaw, umordowana od kręcenia karuzelą i huśtania huśtawkami, z głową huczącą od „cioooociuuuu” weszłam do supermarketu, by zrobić zakupy na kolację. W sklepie było duże lustro. Spojrzałam w nie i zobaczyłam siebie – rozczochraną, w poplamionej bluzce, z rozmazanym makijażem i cieniami ze zmęczenia pod oczami. Od tej pory jak widzę „siedzącą w domu z dziećmi” kobietę, to nie krytykuję jej w myślach, ale ją podziwiam. Po pięciu dniach „ciężkich robót” wróciłam do domu. Dwa dni leżałam na kanapie tępo patrząc w ścianę, słuchając cudownej ciszy i dziękując Bogu, że to już za mną. I wiem, wiem, że nie lubisz jak ktoś tak mówi:) ale – ja nie wiem jak Ty dajesz radę!:)
Ja też nie wiem!! Serio, im częściej o tym myślę i piszę stwierdzam, że właśnie chyba coraz mniej daję radę. I uśmiałam się z Twojego zerknięcia w lustro. Też kiedyś tak myślałam o matkach. D A W N O TEMU. Już nie myślę 🙂 Teraz wiem, że to nie wybór.
Wszystko się zgadza, też jestem zdania, że mamy prawo mówić o naszych frustracjach głośno, że szczególnie początki życia z dzieckiem mogą być mega trudne, że w rodzicielstwie bywa różnie. Uznaję za słuszną ideę i kampanię „Macierzyństwo bez lukru”. I rozumiem, że mam tylko jedno dziecko, a Ty na przykład troje (i to urodzonych naraz!) i tego się nie da porównać. ALE. Lubię równowagę w przyrodzie. Nie kojarzę ani jednego polukrowanego bloga. Nie widzę tej zmowy milczenia wokół siebie. Nikt nie oczekuje ode mnie (mam na myśli nabliższe otoczenie i rodzinę), że będę jedynie doskonała, wypoczęta i uśmiechnięta. Wręcz przeciwnie. Najczęściej ludzie pytają, czy jest ciężko. Miniony rok mojego urlopu macierzyńskiego był najfajniejszym okresem w naszym życiu. Ja też, tak jak mamatrójki z wcześniejszego komentarza, doceniam każdy dzień. Zdarzają mi się jakieś tam chmury, czasem zmęczenie (heh, głównie dlatego, że od niedawna pracuję w nocy), ale jakoś ani nie chce mi się o tym pisać elaboratów, bo nie czuję potrzeby, ani dzielić włosa na czworo z tego powodu. Może mi się zmieni, bo moje dziecko ma dopiero rok i trzy miesiące, mam też nadzieję, że będzie tych dzieci więcej – ale na chwilę obecną uważam, że wygrałam los na loterii, dostając życie w takiej wersji jak ta obecna. Nie potrafię inaczej na to patrzeć i nie chcę, nie będę więc uprawiać ściemy, mówiąc, że jest inaczej. Do czego zmierzam? Ano do tego, że jeśli mówię, że mi fajnie, po czym stawiam po tych przymiotnikach kropkę, to nie znaczy od razu, że wymyślam. Rozumiem, o co Ci chodziło w tym poście i w zasadzie nie chcę polemizować, nie zgadzam się tylko z tym, żeby ściemą nazywać to, że komuś naprawdę może być błogo w rodzicielstwie. Różni ludzie, różne dzieci, różne wersje spełnienia się w życiu.
Pozdrawiam serdecznie.
No właśnie mnie się zdaje, że rodzice 1 dziecka nie poczują klimatu tego postu. Bo jednak różnica jest ogromna. Kiedy w weekend spędzam czas z dziećmi, widzę w parkach czy na basenach rodziców z 1 dzieckiem. Solo. I wiem, że drugi rodzic w tym czasie albo odpoczywa albo robi zakupy, albo coś w domu, co u nas dzieje się jakby obok. I skutek jest taki, że każdy weekend i każdy dzień jest męczący, bez chwili wytchnienia. Z resztą, nie trudno sobie to wyobrazić, siły nierówno się rozkładają. Poza tym przy 1 dziecku odpada walka rodzeństwa, która mnie osobiście doprowadza do szału. Szczerze, wiem, że każdy ma jakieś bolączki. Ale jak jestem sama z jednym dzieckiem to czuję się jak na wakacjach all inclusive w 5* hotelu 🙂
dla mnie nawet z jednym dzieckiem nie zawsze jest „słodko – pierdząco”- poczułam klimat Twojego postu.. Czytając przemknęła następująca myśl: „o Boże czy ja umyłam dzisiaj zęby” , potem przypomniało mi się ostatnie zdjęcie gdzie córa siedzi w foteliku rowerowym z bananem na buzi. Tylko na zdjęciu nie widać wojny , którą stoczyłam wcześniej, żeby jej włożyć kask.. To wszystko co się dzieje jak pomnożę przez 3 to jest poza granicami mojej wyobraźni – dlatego podziwiam Cię szczerze i inne mamy wieloraczków również. Co do poradników to też nie przepadam ale jeden mogę polecić („rozwój psychiczny dzieci od 0d010lat” (psycholog podsunęła mi go bo była tam informacja jak reagować na uderzanie głową w podłogę).
ale dzieci są wspaniałe 🙂
Boże, powiem Ci szczerze, że mam jedno dziecko i myślę czy podwiązanie jajników jest legalne. Za nic nie chcę drugiego. Moje dziecko jest bardzo kochane a najbardziej jak śpi albo jak pojadę na zakupy bez niego. Każdy mówi jakie mam cudowne radosne dziecko… Tak, mam! Ale tylko wtedy kiedy się nim zajmuje cały dzień, dlatego jak ta bezdomna jeżdżę z nim dużo po rodzinie czy znajomych żeby ktoś się za mnie do niego pośmiał. Ileż można się wygłupiać z dzieckiem ktore zaczyna wyć jak chcesz umyć naczynia, otworzyć lodówkę, zrobić siku, odwrócić się??? Lubię coś zjeść a ostatnio wygląda to tak – albo będziesz się drzeć a ja coś naszykuję albo zjem jak uśniesz. I co??? Serce się kraja, co ze mnie za matka! Chodź na rączki moje 11 kilowe szczęście! Chodź do mamy która już 50 kilo nie waży od jakiegoś czasu bo warczysz mi na lodówkę!!!! I dupa w szafie…. Chłopak pracuje dwa dni, potem ma dwa wolne, nie wiem czy wolę jak jest w pracy czy jak ma wolne. Tylko patrzę jak on chce odpoczęć po pracy albo przed pracą a ja mam więcej do zrobienia. Więc znalazłam sobie pracę w jego dwa dni wolne i wreszcie zaczynam żyć! I dupa, że praca jest od 6 rano, muszę wstać przed 5. I tak mały łobuz wstaje koło 5-6 normalnie więc nie ma różnicy :D:D:D
Nie dość że mój ponad roczniak usypia po 19stej, daje mi czas wreszcie na kolację, umycie naczyń potem siebie, a potem otwarcie książki i uśnięcie. Potem obudzi się dwa razy w nocy a na koniec pobudka o 5-6. A mamy nie ma! hahaha! Praca 🙂 Człowiek wraca koło 15 zrelaksowany, dziecko cieszy się na widok mamy… bezcenne 🙂
Koniecznie trzeba odskoczni, inaczej można zwariować!
Tak, w to, że z trójką już na starcie jest trudniej, wierzę – nawet gdyby trafiły się trzy wyjątkowo łagodne egzemplarze (utopia, wiem):-)
Takie posty wyciskaja mi lzy z oczu, bo tak bywa ciezko ze wyc sie chce.
Ale ja np rodzinie i wiekszosci znajomych bez dzieci, lub z dziecmi, ktore wiem ze sa bardziej „typowe” i „latwe w obsludze”, lub z dziecmi odchowanymi, ktorzy juz wyparli te ciezkie momenty, nigdy nie narzekam i zawsze ucinam krotko ze jest ok, zmieniajac temat. A to dlatego, ze ponad wszystko inne nie znosze litosciwych komentarzy lub co gorsza rad co inaczej robic, zdziwienia ze u nas az tak, bo oni wczesniej nauczyli dziecko spac osobno, bo ich jezdzilo w wozku i nie wylo w foteliku samochodowym. I tak dalej. I ta fikcyjna, magiczna godzina 20:00, o ktorej dzieci ida spac a ja mam chwile – niekoniecznie dla siebie ale bez dziecka… W tej chwili ciezko mi uwierzyc, ze taki schemat u nas nastapi. Moja poltoraroczna towarzyszy mi od chwili kiedy z rana wyciaga mnie z lozka, lacznie z drzemkami przy piersi az do momentu kiedy padne razem z nia o 22-23. Tak ma, to tez minie i to razem z innymi cechami pelnego high-needa, zaakceptowalam i tylko czasem bunt mnie dopada. Natomiast innym ludziom duzo trudniej zaakceptowac ze nasze rodzicielstwo tak wyglada i ze nasza Coreczka nie poddaje sie typowym schematom chowu dzieci. Dlatego odcinam sie od wchodzenia w szczegoly naszej codziennosci i tylko patrze czasem z zazdroscia na dzieci, ktore akceptuja wozki, spia w samochodzie, potrafia zasnac inaczej niz przy piersi mamy i zostac chocby na godzine z kimkolwiek bez placzu i histerii. I powtarzam sobie jak mantre, ze to tez minie, i wypieram ciezkie chwile a staram sie doceniac kazdy lzejszy i milszy moment macierzynstwa. Moze to po prostu mechanizm obronny, a nie proba mamienia kolejnych pokolen…?
Na pewno. Inaczej przecież byśmy zwariowali. Ale można mieć grono w którym się mówi jak jest, a nie udaje, że życie jest różowo-błękitne.
W idealnym momencie dla mnie napisałaś ten tekst! Mój syn ma miesiąc i myślałam, że coś jest ze mną grubo nie tak, bo narzekam, bo czasem płacze razem z Nim, a przecież kocham go nad życie i jest spełnieniem moich najskrytszych pragnień. Ale teraz już wiem, że macierzyństwo to nie tylko ta słodka buźka i słodkie chwilę, ale harówa i cierpliwość każdego dnia wystawiana na próbę.
No niestety. Ale i jest pięknie momentami i tym się trzeba pocieszać (bo co nam zostało).
Zgadzam się z Tobą i nie zgadzam 🙂 mam 4 dzieci: 2 nastolatków i 2 maluchów (tak się ułożyło). Masz rację pisząc o tych wszystkich „mankamentach” zostania rodzicem, tylko, że na razie widzisz to z perspektywy posiadania małych dzieci. Fizycznie jest to ciężki okres, totalne niewyspanie, bałagan, i wszystkie inne sprawy o których wspominasz. Tylko jest jedna wyraźna zaleta tego czasu: masz pełną kontrolę nad dziećmi (wiesz gdzie są , co robią przynajmniej w 90% ich czasu ) i Ty dla nich też jesteś najważniejsza i organizujesz ich cały świat. To prawda, że później nie pamięta się wielu tych niedogodności (pewnie przez „wyparcie 😉 ale też zapomina o wielu wspaniałych momentach o ile nie masz zdjęć lub nie prowadzisz dziennika Natomiast gdy stają się nastolatkami to w 90% ich czasu nie wiesz co robią, musisz wykazać się dużą dozą zaufania i liczyć na ich rozsądek i że zasady których ich uczyłaś będą wystarczające aby za dużo głupot nie zrobili. Też nie możesz spokojnie spać jak wiesz, że Twoja córka jest na imprezie i wraca w nocy sama do domu. Martwisz się, gdy syn idzie z kolegami kibicować na meczu, bo przecież kibole też tam idą. I te koszmarne „humory” gdy nie wiesz o co chodzi ale widzisz że coś jest nie tak, a jedyna odpowiedź brzmi „ale Ty mnie i tak nie rozumiesz”. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że najgorsze masz już za sobą, jeśli chodzi maluchy, bo po skończeniu 4 lat w wielu sprawach są „samoobsługowe” 🙂 i możesz wiele rzeczy robić wspólnie np.jeździć na hulajnodze.
Natomiast gdy wejdą w fazę nastolatków, to pewnie sama sobie powiesz, że gorzej to już nie może być 🙂 I niełatwo zostać przyjaciółką dla córki tak jak nam sugerują poradniki lub media, to też się okazuje nierealne i lukrowane przez innych Rodziców. Mimo wszytko, lubię czytać Twój blog i czerpię z niego wiele cennych uwag a Twoje spostrzeżenia są bardzo trafne. Polecam go wszystkim rodzicom 🙂
Oj Aniu, ja się nawet nie próbuję domyślać jak to jest! I szczerze powiem, że nie czekam jakoś z wytęsknieniem na ten okres. Życzę dużo siły!
Dagmara, jedziesz ostro z tym światem:-D Mnie to rozbawiło – może dlatego, że najmłodszy ma już 6 lat i generalnie wkroczyliśmy w okres samodzielności a nawet okres ” wolę koleżanki ” ( Ola, lat 11) i ” idę pograć na boisko ” (Kuba, lat 8). Chyba nigdy nie myślałam o tym lukrowanym rodzicielstwie, zawsze miałam grono koleżanek – fajnych mamusiek, z którymi wychodziłam „na piwko”( herbatkę, koktajl – zależy kto karmił) i nie oszczędzałyśmy wtedy naszych dzieci oraz mężów, szczerze opowiadalyśmy o blaskach, a głównie cieniach! wracając do domu zawsze myślałam: wszystkie mamy taką samą masakrę w domu, jest Ok. To był taki zawór bezpieczeństwa. Ale dobrze że poruszasz takie tematy i w zabawny sposób co poniektórych odzierasz ze złudzeń. Tak trzymaj!
Ja w sumie też mam kilka normalnych koleżanek ale jak się już spotkamy to gadamy o wszystkim
byle NIE o dzieciach 🙂 Może to błąd, trzeba częściej jechać po bandzie żeby sobie ulżyć?
Nie wiem dlaczego, ale ludzie boją się jechać po bandzie mówiąc o sobie i tym z czym sobie nie radzą. Czasem Twoja „spowiedź” jest jak kula śnieżna, która wywołuje lawinę i wszyscy się odsłaniają, że maja podobnie, a czasem mimo Twojej szczerości, przełykają tylko nerwowo ślinę, przytakują w myślach sami sobie, ale przed Tobą grają zuch-rodziców, których nie ima się żadne niepowodzenie czy gorszy moment;)
Bo wtedy nagle wszystko może się zburzyć, wizja ideału, który jest tak naprawdę dmuchawcem. I co zostanie po lekkim tylko zawirowaniu? Naga prawda, która ani piękna ani kolorowa.
Wiesz… o ile przy pierwszym synu czułam się wykończona wielokrotnie i miałam wszystkiego dość, o tyle przy drugim chyba się przyzwyczaiłam i rodzicielstwo wydaje się mi całkiem fajne. Bez lukru, lecz z ogromną dawką dystansu do bzdurnych problemów i ogromną dawką poczucia humoru. Dzieci mam całkiem nieidealne, ale jest spoko. Może to mój wiek… może doświadczenie… ale ogarnął mnie luz. I jest mi ok w byciu mamą. Nawet jak po raz setny słyszę pytanie… Dlaczego? A drugi po 30 minutach snu budzi się z histerią na ustach. A może ja po prostu nigdy nie oczekiwałam lukru i pierdzenia tęczą?
Możliwe. Chociaż ja też nie mam już 20-stu lat i nie miałam żadnych oczekiwań. Może za pierwszym razem po prostu jest inaczej a potem człowiek się przyzwyczaja? Sama w sumie tak napisałaś…
Kolejny post trafiony w samo sedno. Komentarze swiadczą o tym, ze nie tylko ja czy Ty mamy tak trudno, jest tutaj wiele mam, ktore maja tak samo, a podejscie delikatnie inne, mozna cos „spatrzec” i moze akurat w naszym wspolnym, rodzinnym zyciu zmieni sie to na lepsze. Ciesze sie, ze trafilam na tego bloga, zreszta zupelnie przypadkowo kilka miesiecy temu i tu zostalam, bo poruszone tu sa naprawde sprawy codzienne, ktore nas wszystkich dotycza 🙂 A jesli o tym lukrze mowa… o ile z pierwszym dzieckiem, madrym, lapiacym wszystko w mig, szybko uczacym sie wszystkiego i bardzo samodzielnym, dla ktorego pol godz siedzenia i czytania z mamusia bajeczki nie ejst problemem, o tyle drugie dziecko daje mi w kosc pod kazdym wzgledem, wieczorami jestem wypompowana, brak mi sil na cokolwiek, nie mam sily na nic, najchetniej poszlabym spac z nimi o 20, ale nie moge. Nie pozwala mi na to moje wewnetrzne JA 🙂 Musze sie wykapac, odpoczac, poczytac, robie to wszystko dla siebie, relaks, ktory sprawia, ze idac spac 2 godziny po nich z usmiechem na ustach wspominam ten dzien i caluje je w policzek 🙂 Jest bardzo trudno, dzieci sa absorbujace, zwlaszcza kiedy zaczynaja dzien o 6 rano dzwiekiem ejheheh i tak samo koncza go o 20 🙂 Ale my MAMY mamy siebie tutaj gdzie wymieniamy sie doswiadczeniami i jest nam lepiej 🙂
Ja też raczej wieczory mam dla siebie i nie wyobrażam sobie inaczej! Choć bywa (tak jak np. wczoraj), że muszę wtedy ugotować zupę i rozwiesić pranie.
Ehhh… A ja Ci powiem, że marzę o tym, żeby choć raz w miesiącu, na jeden dzień, moje dzieci porywało UFO
🙂
Niech wstąpi i do mnie! 🙂
Jak już się zjawi to wyślę do Ciebie, ale nie gwarantuję, że po spotkaniu z moimi w 5 minut się nie rozmyśli i nie tylko nie dotrze po Twoje, ale i moje zaraz odda bez szans na powtórkę w przyszłości 😀
Cholera, wiedziałam, że tak będzie!
Dobrze życzenie na Dzień Matki. Też tak mam, dlatego napisałam, posta na ten temat. 🙂
Narazie jestem mamą pojedynczą Ale tekst bardzo wpisuje sie w początki moje macierzyństwa. Pierwsze dziecko wiec moje wyobrażenie o rodzicielstwie było mocno podkolorowane. Wiedziałam ze noce będą nieprzespane. Ale nikt mnie nie uprzedził ze dziecko bedzie chciało non stop wisieć przy piersi, ze nie będę mogla nic w domu zrobić. I najbardziej śmieszył mnie mit „że noworodki to tylko jedzą i śpią” Moje dziecko od samego poczatku bylo na bakier ze spaniem w dzień. Na noce nie narzekam bo jesli o to chodzi to jest aniołkiem. Za to w dzień to wulkan energii? I jeszcze jedna rzecz która strasznie mnie irytowała to lukrowanie karmienia piersią. Wiem ze jest to najzdrowsze dla dziecka ale wcale nie jest takie naturalne i proste.
Moje dzieci od 15 miesiąca życia mają problemy ze spaniem w dzień. A karmienie piersią? Niemiło wspominam, dla mnie to nic cudownego, ani (o zgrozo) błogiego.
Jak ktoś się mnie pyta nigdy nie kłamię, bo po co….? Odpowiadam prawdę, że łatwo nie jest. Ze cierpliwość mi się kończy, że czasami mam dość. Owszem bywają fajne momenty. Dni idealnych nie ma. Jak jeden syn konczy krzyczeć drugi zaczyna, i tak w koło macieja. Mają teraz 4 i 2 lata, jak byli młodsi było fajniej.
Może znowu będzie fajnie? Ja się tak pocieszam.
Jako mama 11 latka (dziecko studentki, więc wyobraź sobie nauka, praca i wyjec) jestem ponownie w ciąży. Strasznie dużo zapomniałam z tego co było, dziękuję, że to co tliło mi się niejako w pamięci, mogłam sobie tutaj odświeżyć. Po 11 latach pierwsza myśl na widok pozytywnego wyniku testu nie była różowa. Kolejne 150 również nie. Kula u nogi, kaganiec na życie towarzyskie, kupy, płacze, bezpłatne poradnictwo wszystkich kobiet z otoczenia, bo przecież chcą dobrze (paradoksalnie moja wspaniała mama, która wychowała nas 4 radzi nienachalnie i najmniej <3)… Długo nie cieszyłam się z tej ciąży. Wstyd, nie? Teraz jest nieco lepiej, na półmetku. Choć wiem co mnie czeka przez kilka najbliższych lat. I poza tym wewnętrznym ciepłem, jest Buka i chłód, bo przede mną ciężka praca. Mam nadzieję, że tym razem nie będę w tym wszystkim przynajmniej sama jak palec. Pozdrawiam
Jasne, że nie będziesz, wszystkie tak mamy, tylko niektóre dobrze się kryją. Powodzenia! I żeby akurat Tobie trafił się ten bezproblemowy egzemplarz (podobno są!!).
Ja akurat od początku mówiłam wszystkim że jest przesrane…
Raz nawet odważyłam się powiedzieć że po całych 2 tygodniach kolek (noworodek w domu zaraz po porodzie ) od 7 rano do 19 wieczór gdzie po
19 przychodził szczęśliwy tatuś i z uśmiechem na twarzy mówił „przesadzasz” że są takie chwilę gdzie
„wyrzuciła” bym tego małego terrorystę przez okno…i poszła spać… bo po prostu siedząc od rana do wieczora z drącym się cały dzień
dzieckiem po prostu nie dawałam radę psychicznie…dołowało mnie jak przychodziła sąsiadka i dziecko uspokajało się
w momencie…czułam się wtedy okropnie…że nie daję radę…że jestem złą matką…do tego te spojrzenia pamiętające moje słowa które nie godzi się
użyć do dziecka…bo przecież jest małe i słodkie a ty od początku masz je kochać bezgraniczną miłością z bezgranicznym oddaniem ciesząc się że
potrzebuję cię 24h na dobę…po co ci przecież sen ?? czy dzień wolnego ??
Teraz jakoś też nie umiem lukrować rzeczywistości…może mój zbyt szczery „sposób bycia” nie pozwala mi na to żeby powiedzieć „słuchaj jest wspaniale”
jeśli tak nie jest…co prawda wzrok niektórych jest bezcenny a innych zabija od progu ale ja po prostu nie umiem i nigdy nie umiałam naciągać i wybarwiać czegoś
czego nie ma…
Natomiast odnosząc się do Twojego wpisu niebywale mnie cieszy czytając go i komentarze do niego że na szczęście nie jestem jedna jedyna…
I że każda z nas „tak ma” szkoda tylko że większość to kryję próbując lukrować to co naprawdę nasz czeka 🙂
Życzę Wam wszystkim wytrwałości 😀 Sobie też 😉
jakbym czytała o sobie! high five!:)
Cieszę się, że są takie mamy, które to głośno mówią i piszą. Rzadko kiedy je spotykam. Powodzenia!
Sporo nas 🙂 Chociaż uważam, że matka matce wilkiem… I to cios przychodzi z najmniej spodziewanej strony. I to jest straszne. Na szczęście nie sprawdza się to w 100%, więc można żyć 😉
A ja się nie zgodzę. Jako ojciec obecnie dwulatka, mam zupełnie odwrotne odczucia.
Oczywiście, nie zawsze mam ochotę na przymusową pobudkę o 6 rano w sobotę. Oczywiście, ścieranie zupki ze ścian i podłogi bywa irytujące. Oczywiście, siedząc z dzieckiem kilka dni z rzędu łapię się na myśli „a może by tak zrobił kupę…” (bo wtedy przynajmniej jest jakieś konkretne zajęcie na 5 minut :)). Oczywiście….
Być może dlatego, że jestem facetem, „przed dzieckiem” wszyscy mnie ostrzegali i straszyli, wszyscy powtarzali tylko te oczywistości. Jaki to koszmar nadchodzi, jakie to będzie przesrane i beznadziejne. Wszyscy gadali tylko o tych kupach, kolkach, pieluchach i nocnym wstawaniu. To wszystko oczywiście prawda.
Ale w tym morzu przestróg, ostrzeżeń, straszenia, nikt nawet słowem się nie zająknął, że w gruncie rzeczy to będzie po prostu… fajnie. Nigdy wcześniej do głowy mi nie przyszło, że ja lubię dzieci. Serio! Że będę czerpał radość i satysfakcję z popychania huśtawki na placu zabaw. Że spacer z wózkiem (a wcześniej z nosidełkiem) przez wieś do sklepu będzie mi sprawiał taką przyjemność – zdarzają się dni, gdy chodzimy z Młodym do sklepu 3 razy, po półtora kilometra w jedną stronę, im gorsza pogoda, tym fajniej. Że będzie mnie autentycznie cieszył widok kupy w nocniku. Że na rodzinnej imprezie będę wolał biegać po podwórku z czwórką dzieciaków (najstarszy ma 4 lata), niż siedzieć przy grillu.
Wszyscy wokół zachowują się, jakby dzieci to były jakieś potwory. Tymczasem okazało się, że to całkiem fajne stworzenia 🙂
Śmiem nawet twierdzić, że najfajniejsze. Mnie nawet te kupy, wstawania, czy histerie o źle pokrojone kanapki bawią. Dla mnie problem jest z zupełnie czymś innym, sfery „obsługi” i oczywistych oczywistości mnie nie męczą i jakoś nawet w swoim gronie nie widzę, aby ktokolwiek na to narzekał. Problem się zaczyna, kiedy Twoje dziecko zaczyna coraz więcej kumać, a Ty coraz mniej ogarniać, ale to jeszcze przed Tobą chyba.
Przeczytałam Twój tekst i komentarze. Zgadzam się z tym, co napisałaś. Byciem rodzicem jest piękne ale jest też niesamowicie wyczerpujące. Fizycznie i psychicznie. Chciałabym aby więcej mam odważyło się powiedzieć, że jest trudno. Ale przypomniałam sobie (to co napisałam pod innym komentarzem)- matka matce wilkiem. I teraz tak myślę- kurczę, powiem, że jest źle, ciężko to potem będę słuchać jaką jestem złą matką, jak to coś tam trzeba było zrobić inaczej. I te spojrzenia pełna udawanego żalu i współczucia… Czasami chyba lepiej przykleić uśmiech i powiedzieć jest super, nie mam żadnych problemów. A prawdziwą historię przetrawić w gronie najbliższych (nie tylko męża ale np. przyjaciółki).
To fakt. Istnieje takie przekonanie, lepiej siedzieć cicho, bo jeszcze wyjdzie, że jesteś wyrodna, nieudolna, więc lepiej udawać. Ja za każdym razem jestem zaskoczona. Spotkam się z dobrym odzewem, jakoś nikt mnie nie potępia.
Tak sobie czytam i mysle, ze sprawa jest trudna. Jesli nie ma sie dzieci, to mozna czytac Twojego bloga, sluchac historii jak z horrorow od kolezanek – a i tak czlowek zrozumie o czym piszesz dopiero jak ma dzieci i przez to przechodzi. Ja generalnie na temat zmeczenia, zagonienia, braku tego czy tamtego zupelnie nie rozmawiam. Chyba ze kogos dobrze znam. Wszyscy postronni beda mysleli, ze narzekam i „nie doceniam tego co mam”. Nie udzielam rad. Ale jak odprowadzam dzieci do szkoly, wpadam na ostatnia chwile albo juz po ostatniej i inne mamy na mnie patrza – to im mowie ” tak, to jeden z tych porankow”. I one mi mowia, ze sie ciesza, ze tego nie ukrywam. Cala reszta mam wyglada idealnie 🙂
„Zmowa polega też na tym, że rodzice wierzą
w mit, że Ci, którzy dzieci nie mają tak naprawdę nie marzą o niczym
innym jak je mieć”.
Tak. Dlatego od dnia ślubu nie ma tygodnia, aby ktoś nie wpychał mi dziecka w brzuch; nie mówił, że tak na prawdę to o niczym innym teraz nie marzę, tylko sama siebie oszukuję; żeby nie gładził mnie po brzuchu pytając, czy to już. No jeśli to nie jest terror rodzicielstwa, to nie wiem, co nim jest. Niektórzy są przynajmniej uczciwi, na lukrze kładąc wisienkę prawdy „a co masz mieć lepiej, niż ja”. Oczywiście przegryzioną „hehe’szkiem”, żeby w razie czego można było powiedzieć, że to tylko taki żart, a nie śmiech przez łzy rodzica, który nie spał dobrze od dwóch lat.
A ja wiem, że jak przyjdzie pora, to będzie czas, jak mawiał mój Dziadek.