Pięć minut dziennie.
Mijają właśnie trzy lata istnienia tego bloga. Jesteś tu, możliwe, że od samego początku, możliwe, że dopiero od wczoraj, czytasz każdy tekst, lajkujesz w ciemno, a może zaglądasz tylko czasami. Nie wiem. Wiem tylko, że słowami się nie da tego wyrazić, co ja przez te 3 lata przeszłam, również dzięki Tobie.
Dziękuję za te pięć minut dziennie, kłaniam się w pas, całuję rączki, ściskam, parzę pyszną kawę, a jeśli wolisz to polewam zmrożonego szampana. Ten blog to moja najlepsza podroż. Bywało, że w nieznane. Podróż, czasami wyboista, czasami gładka, czasami zmuszająca do powrotów do miejsc, w których już byłam. Podróż w trakcie której poznałam Ciebie. Twoje marzenia, obawy, Twoje historie, Twoje poczucie humoru, powody Twoich łez i wielkich radości. Choć często przez to miejsce, które sama sobie stworzyłam, płakałam jak bóbr, choć spotkały mnie krzywdy i ludzka podłość, której wcześniej nie znałam na własnej skórze, możliwość poznania tysięcy wspaniałych, niepowtarzalnych, ciekawych, ciepłych ludzi, to najlepsze, co mi się w zawodowym życiu przydarzyło. I za to bardzo dziękuję. I proszę o więcej. Z Twoich wiadomości widzę, że w meandrach rodzicielskich zmagań fajnie jest mieć wsparcie, nawet jeśli tylko wirtualne. Dobrze jest wiedzieć, że jest ktoś, kto czuje i myśli tak samo. To jest prawdopodobnie mój największy życiowy sukces – stworzenie miejsca, które przynosi ulgę, dobre słowo, odrobinę ironii, inspiracji, a czasem skłania do łez wzruszenia. Wiem, że dobrze się tu czujesz, zapraszasz tutaj swoje przyjaciółki, mamę, sąsiadkę. Dziękuję.
A teraz trochę od kuchni, bo wiem, że Cię to frapuje. Właściwie nie mam na blogu hejtu. Nikt do mnie nie pisze, że jestem grubą debilką, a wiem, że wielu blogerów tak ma. Kilka osób za mną nie przepada, głównie dlatego, że mam swoje zdanie, a mój blog nadal jest bardzo stronniczy, nie zdarza mi się pisać pod publiczkę tego, co wiem, że się przyjmie. Nie przejmuję się tym, bo nie muszę się każdemu podobać. I tyle. Pocieszam się, że można mnie albo kochać, albo nienawidzić, ale na pewno nie można koło mnie przejść obojętnie. I gdyby taki napis pojawił się na moim nagrobku, byłabym zadowolona. Była „jakaś”. Byle tylko nie żadna, czy byle jaka.
Bardziej niż sporadyczny hejt, wkurza mnie czepialstwo. Niestety, potwierdzam przerażające statystyki, które alarmują, że ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem. A już jakiekolwiek zabiegi językowe, typu ironia, bywają brane dosłownie. Oburzają, przerażają, budzą skrajne emocje. Nie przestanie mnie to zadziwiać, chyba dlatego, że ja nie potrzebuję się na nikim wyżyć. A jak jestem wkurwiona na życie, to idę pobiegać albo zakładam rękawice bokserskie i walę w treningowy worek do pierwszej krwi z obolałych kostek. Dowalanie nieznajomej osobie zza ekranu telefonu jest dla mnie po prostu tchórzostwem. Wciąż nie rozumiem, jak pięć minut dziennie, które ktoś poświęca na przeczytanie mojego tekstu daje komuś prawo do wyciągania jakichkolwiek szerszych wniosków na temat mojej osoby.
Ostatnio oglądałam „Dzień świra” i modlitwa Polaka „Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, tylko mu dosrajcie proszę” jest niestety chyba modlitwą kilku użytkowników Internetu. W zeszłym tylko roku usłyszałam, że w moim wieku to już nie wypada mieć sztucznych rzęs (bo w moim wieku może wypadać jedynie dysk), butów z ćwiekami (trzeba nosić wygodne, korekcyjne cichobiegi, jak na schorowaną babcię przystało), kolorowych paznokci (już lepsze byłyby obgryzione i połamane, wtedy bardziej by pasowały do Matki Polki cierpiętnicy) i tatuaży (olaboga mam już kilka, chyba zostanę wyklęta, tylko nie wiem jeszcze skąd? Z klubu obrońców moralności może?). Jako matka powinnam całą dobę rzygać tęczą, bo przecież dzieci są cudowne. Nie powinnam „puszczać” męża samego z domu po zmierzchu (bo się puści), kasę wydawać na dzieci, a jeśli starcza mi na cokolwiek innego, to znaczy, że nie znam problemów statystycznych matek! I w ogóle ja to biegam o świcie, to straszne o tej porze się dobudzić, szczególnie, kiedy się po nocy seriale ogląda, nie powinnam mówić, że jak się chce, to można, bo przecież wcale tak nie jest. Wyprowadziłam się z Polski, tu niby ten smog jest, ale przecież nie do końca wiadomo, bo nie widać, za to w Australii skazuję dzieci na czerniaka skóry. Szkołę w Australii chwalę, a przecież Szkoła Podstawowa nr 1 w Sosnowcu też jest fajna i co ja tam wiem.
Australia to w ogóle wielu osobom nie pasuje. I dalej, jak w tej modlitwie z „Dnia świra” niektórzy do ósmego pokolenia analizują, choć tematu nie znają zupełnie. Już pisałam, Wysoki Sądzie, Izbo Skarbowa, ZUS i Rado Sąsiada – moja wiza kosztowała 20 tysięcy złotych, czekałam na nią 9 miesięcy i Urząd Emigracyjny miał w … poważaniu fakt, że mój mąż to Australijczyk, urodziłam 3 australijskich obywateli i czas nagli. W Australii mamy rodzinę. Rodziców i brata męża, którzy mieszkają 90 minut drogi od nas i bywa, że widujemy ich raz w miesiącu. Nie urodziłam swoich dzieci licząc, że wychowa ich babcia. Niestety (na szczęście), w Australii nikt nie wpadłby na pomysł, żeby mieszkać pod jednym dachem z teściami i już przed wylądowaniem w Perth szukaliśmy domu do wynajęcia. Rzeczywiście, było nam łatwiej, bo oboje mówimy po angielsku i jesteśmy pracowici, nie czekaliśmy, aż nam manna z nieba spadnie, tylko zabraliśmy się do roboty.
Nie, nie mieliśmy szczęścia ze szkołą – przeanalizowaliśmy rankingi szkół państwowych i w taki sposób wybraliśmy rejon, w którym chcemy mieszkać, a na który miało wpływ mnóstwo czynników, te informacje są dostępne w necie. Kiedy już wybraliśmy na podstawie danych miejsce, w którym chcemy mieszkać, zjeździliśmy okolicę. Rozmawialiśmy z rodzicami, z nauczycielami, z dyrekcją, wchodziliśmy do klas. I w taki sposób wybraliśmy najlepszą, naszym zdaniem, szkołę. To był strzał w 10-kę i nie uważam, że nam się to „udało”. Zresztą, ciężko oboje pracujemy na życie, które wiedziemy i oprócz tarty z białą czekoladą nic w moim życiu jakoś się „nie udaje” tak po prostu, samo. Na wszystko muszę zapracować. Gdyby się czepiać, to tej tarty w sumie też nie robię z zamkniętymi oczami, możliwe więc, że „wychodzi” to mi tylko opona na brzuchu.
Wiem, że statystyczny Kowalski wie, jak wygląda życie w Australii, choć nigdy tu nie był, a swoje informacje czerpie z plotkarskich portali. No więc raz jeszcze, ostatecznie. To, co piszę o szkole, czy o innych rzeczach, które mnie spotykają, to jest moja SUBIEKTYWNA opinia, dotycząca MOJEJ sytuacji, a nie na przykład szkolnictwa w Australii czy Polsce. Nie piszę o pająkach i rekinach, bo ich nie spotykam na swojej drodze i mam nadzieję, że długo tak jeszcze będzie. Nie piszę codziennie o tęsknocie za Polską i dziurze w sercu emigranta, bo i po co? Codziennie nawet nie tęsknię. I nie za wszystkim. Każdy kraj ma swoje plusy i minusy i to, że czasami napiszę o minusach w Polsce, nie oznacza, że teraz nagle pluję na swój kraj. Nigdy tak nie będzie. A to, że w Polsce jest smog, w sklepach kasjerki nigdy nie mają reszty, Polacy są „agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące”*, a PiS tworzy sytuacje rodem z filmów Barei to fakty i nie objawiły mi się one na emigracji.
Nie, nie mam parcia na szkło. Obie telewizje śniadaniowe i radio zaprosiły mnie z własnej inicjatywy, nie zabiegałam o to. Umieram ze śmiechu, kiedy kolejna osoba pisze do mnie z pytaniem „jak to załatwiłam”.
I wiesz co? To całe czepianie, o ile jest męczące, ma dla mnie drugie dno. Wyhodowałam sobie jeszcze grubszą skórę i nastawienie do życia, które zmusza do myślenia, że WSZYSTKO zależy od podejścia. Dla niektórych osób szklanka zawsze jest do połowy pusta, a dla innych słońce przecież zawsze świeci. Różnimy się i to jest piękne. Jeszcze piękniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, a nie czyjąś opinią. Polecam bardzo.
Nie wspieram pojedynczych akcji charytatywnych i choć bardzo współczuję i za każdym razem staram się ze swojej strony coś wpłacić, nie mogę zamienić bloga w słup ogłoszeniowy. Podobnie jest ze wszystkimi małymi biznesami, książkami wydanymi przez amatorów i inicjatywami społecznymi. Mój blog nie służy do darmowej promocji działalności Pani Halinki i wujka Zbyszka, zaprzyjaźnionego ze stałą czytelniczką.
Usuwam, ukrywam, a w końcu banuję osoby, których celem życiowym jest upierdliwe uprzykrzanie życia innym, obrażanie mnie lub innych osób. Lubię tłumaczenie, że gdyby ktoś przyszedł do mojego domu i zrobił kupę na wycieraczkę też więcej bym go nie zapraszała. No takie życie, na blogu tak samo. I jeśli ktoś podszedłby do mnie na ulicy i powiedział „jesteś głupia” prawdopodobnie odpowiedziałabym „spieprzaj dziadu”, a nie „szanuję Twoją opinię, pozwól, że Ci wytłumaczę, dlaczego się mylisz, zapraszam na kawę”. Nadal nie rozumiem, dlaczego dla wielu osób jest to abstrakcja nie do pojęcia. Odkąd sama sobie to wytłumaczyłam, nie tracę czasu na jałowe dyskusje. Blog nie jest publiczny. Jest MÓJ. I nie, nie każdy ma możliwość krytyki. U mnie będzie różowo, pięknie i miło. Powtarzam do znudzenia – nie podoba się to, co robię – rozwody są dla ludzi. I bardzo proszę nie pisz mi, że sobie idziesz, pa, że kiedyś to pisałam lepiej, że cośtamktośtam. Jak to śpiewa moja ukochana Kayah Po co? Po co? Po co? Po co**? Powodzenia, do widzenia.
Nadal wiele osób nie rozumie tego, że blog to praca. Wspaniała, ale i momentami niewdzięczna. Mamy aktualnie 2018 rok i praca ma różne formy, coraz więcej osób „pracuje w Internecie”, z domu, z kafejki, czy z łóżka. Kiedy zwolniłam się z korpo, postawiłam wszystko na jedną kartę i w ciągu trzech lat blogowo osiągnęłam wszystko – zaangażowaną społeczność, oszałamiające statystyki, rewelacyjne współprace z dobrymi markami, nagrody i medialną widoczność. Jeśli chcę pisać regularnie, odpisywać przynajmniej na część komentarzy i się rozwijać, żeby teksty były ciekawe i inspirujące, a blog przyciągał wizualnie, potrzebuję czasu. To nie pięć minut dziennie. Tekst nie pisze się sam, na kolanie, pomiędzy gotowaniem pomidorowej, kąpaniem dzieci, a kołysanką. Twórczość zabiera mnóstwo czasu, szczególnie jeśli jest się dla siebie surowym krytykiem. Wena to dziwka i każdego opuszcza, mnie również. Choć piszę praktycznie codziennie od 3 lat (poza ostatnią dłuższą przerwą, pierwszą w blogowej karierze, pisałam na każdych wakacjach, w każdy weekend, urodziny i dni wolne), nie wszystkie teksty ujrzą światło dziennie. Niektóre są pisane przez łzy, niektóre z tak dużą dawką ironii, że musiałabym najpierw opublikować instrukcję obsługi. Niektóre są po prostu beznadziejne i nawet ja po przeczytaniu swoich wypocin nie wiem o co cho.
Proszę więc zrozumieć, że pomiędzy tekstami płynącymi z serca, pojawią się reklamy. Są bardzo sporadyczne, większość ofert odrzucam. Z założenia odrzucam reklamy leków i suplementów, drogich ciuchów z designem dla starych maleńkich i wszystko to, co wydaje mi się niegodne uwagi. Skoro ja tego nie kupuję, jak mogłabym przekonać czytelników do danego produktu? Mam więc nadzieję i bardzo dziękuję, że wspierasz i te posty, rozumiejąc, że blog kosztuje realne pieniądze. Hosting, domeny, szablon, nie są darmowe. Nie wspominam już nawet o czymś, czego nikt mi nie odda i co jest bezcenne – o moim czasie. Nie żalę się absolutnie, bo kocham to, co robię (choć jak mnie wena opuszcza, lajki się nie zgadzają i dostaję kolejną ofertę reklamowania pieluszek dla dzieci to mam ochotę wyrzucić laptopa przez okno pędzącego samochodu), ale wydaje mi się, że wciąż dla wielu osób mechanizm działania bloga jest niezrozumiały.
Lajki są superważne, podobnie jak komentarze, udostępnienia i klikanie w posty. To wszystko buduje zaangażowaną społeczność, na której zależy reklamodawcom. Jeśli bloger jej nie ma – nikt nie będzie chciał zainwestować w jego markę. Tak więc dziękuję i proszę – nie przestawaj. Dla Ciebie to pięć minut dziennie, a dla mnie to być lub nie być. Jeśli blog będzie generował tylko koszty, będę musiała się z nim pożegnać. Smutne są życia realia, ale kredyty same się nie płacą, lodówka sama się nie zapełnia, a dzieci wyrastają z ubrań jakby przez noc. Rozumiem, że nie masz czasu, że chcesz pozostać w sieci anonimowy – kumam i nie narzucam się. Po prostu jest jak jest. Ze swojej strony obiecuję – debilizmów, szokujących tytułów, zdjęć ze szpitala, memów – nie będzie.
Masz wpływ na to, co piszę. Możesz zawsze napisać do mnie z propozycją tematu, wielokrotnie pisałam w odpowiedzi na zapytanie czytelnika. Zachęcam i zapraszam.
Co do przyszłości bloga – w 2018 roku nie przewiduję zmian dotyczących stylu, ale pracuję aktualnie nad kilkoma projektami, które będą służyć ekspansji mojej marki osobistej. Konkurencja nie śpi, a Ty pewnie lubisz niespodzianki, więc na razie tyle w tym temacie.
Bądź ze mną. Bo ja jestem z Tobą codziennie. W dzień i w nocy.
*Kazik „Cztery pokoje”
** Kayah feat, Idan Raichel „Po co”
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Właśnie robię kawę, ale najpierw poczytałam. I wiesz co, lepiej mi zaczynać dzień jak wpuszczam do siebie twojego bloga – on zawsze mi robi dzień. Dziękuję i ślę pozdrowienia z mojej małej ojczyzny Oleśnicy pod Wrocławiem. U nas jeszcze tydzień ferii a do lata daleko, ale tak jakoś słoneczniej się zrobiło – pa pa ….pisz jeszcze i jeszcze…..Ania
To Ty coś reklamowalas? 😉 Mam wrazenie, że to jeden z nielicznych blogow, w którym nie ma reklam jak w Truman Show… Dziękuję, proszę o więcej (fajnych tekstów, nie reklam :p) i pozdrawiam
Podobnie uważam. Widzę tu reklamy bardzo, bardzo rzadko a nawet miesiące, w których nie ma ich wcale.
Przeczytałam wpis jedząc śniadanie i raz się śmiałam a za moment miałam łzy w oczach. Jesteś niezwykła i PRAWDZIWA! I za to dziękuję?Trzy kciuki za ciąg dalszy bloga✊✊✊
Bardzo Cię podziwiam, za Twój upór i wytrwałość. Czytam już ponad dwa lata. Tak trzymaj. Nie poddawaj się. Jak ostatnio byłaś w ddtvn, to nawet na dzieci „nakrzyczalam”, że ma być choć raz cisza ☺ żebym mogła posłuchać co pani w tv mówi. Po czym moj syn 5letni, gdy zobaczyl Ciebie i dzieciaki, powiedział do mnie: trzeba bylo mówic że chcesz posluchac trojakow z Australii Pozdrawiam, Agnieszka (mama 5latka i prawie 2latki).
Uwielbiam Cię czytać ?
uwielbiamy Cię z moją córką. jesteś z nami od samego początku naszego wspólnego czasu. chcesz chwalenia to masz ; za dystans, za nieustające ciepło, za fajną mądrą rodzinę , którą stworzyłaś, za odwagę ( PIS wygra następne wybory dołączam do klubu emigrantów przysiegam) za to że urodziłeś się w Kato i lubisz wino oczywiście też pozdrawiam Ewelina.
no i ALLELUJA że nareszcie wracamy do lektury pisanej przez Ciebie , tak bardzo mi jej brakowało przy porannej kawie I ZA TO WŁAŚNIE CIĘ UWIELBIAM (po prostu szczerość )co prawda nie jestem tu od początku , ale teraz nie mogę się obejść bez twoich życiowych opowiadań POZDRAWIAM
Podziwiam za tak łagodne i dyplomatyczne dookreślenie swojego stanowiska, ja bym pewnie nie potrafiła;). Podziwiam i czytam od deski do deski, szacun:)
Podoba mi się w jaki sposób piszesz sponsorowane teksty – nie są nachalne i tandetne. Widać że wkładasz w nie wiele pracy – dużo zdjęć, przykładów etc. Sama kilka razy skorzystałam z podpowiedzi – tablica obowiązków etc pisz pisz i nie przerywaj!
Codziennie jestem i na razie nie zamierzam przestać. Dzięki za to że jesteś jakaś – taka właśnie jak lubię Ja. 🙂 Twoja wierna czytelniczka z miejscowości mieszkającej obok Babci z B…
Miało być 5 min :p To ja dziękuję za tego bloga, bo wiele rzeczy mi uświadomiłaś. Uwielbiam Cię za szczerość i pisanie prosto serca. Szacun, że przy tej wspaniałej Trójcy masz jeszcze czas dla nas. Wielka energetyczna buźka
Jestem bardzo ciekawa jak to rozegrałaś formalnie. Sorry, że będę snuć domysły ale tylko po to aby spytać Cię o co mi chodzi. Odpowiesz na nie jak jest naprawdę 🙂 Blog jest Twoją pracą, zarabiasz na nim, przyjmujesz zlecenia od marek. Jak się rozliczasz? Masz założoną działalność gospodarczą? Gdzie? W Polsce czy w Australii? A może pracujesz na umowy zlecenie / dzieło? Jak to się ma do Twojej przeprowadzki do Australii, wizy, pozwolenia na pobyt. Zwykle jest tak że aby wyemigrować do kraju, który stawia wysokie wymagania trzeba udokumentować coś co tam będziesz robić, czyli przede wszystkim czy będziesz tam miała legalną pracę i płaciła podatki. Z tego co widzę, nie pracujesz w Australii, zajmujesz się dziećmi ale prowadzisz bloga co działa na Polskę. Można by się domyślać, że wystarczy praca męża. Ale piszesz, że nie interesowało nikogo że mąż jest Australijczykiem i macie australijskie dzieci czyli tak jakbyś formalnie przy ubieganiu się o pobyt była traktowana osobno, niezależnie od niego. Musiałaś poręczać tylko za siebie czym tam się bedziesz zajmować. W którymś ze wpisów napisałas, że Australia przyjmuje tylko produktywnych ludzi (tych co będą pracować) i zamyka drzwi dla tych co mogą być ciężarem będąc na utrzymaniu. Zatem w jaki sposób udokumentowałaś czym się tam będziesz zajmować oraz jak to powiązałaś z działającym na Polskę blogiem? Dodając, że blog jako praca dla wielu urzedników to wciaż abstrakcja.
Zaglądam tu niemal od początku i nie zamierzam przestać 🙂 Uwielbiam Twoje poczucie humoru 🙂 Dzięki 🙂
?????
Dag,
jestem pewnie w wieku Twojej Mamy, na blog trafiłam przypadkiem, czytam od dawna (choć wychowanie małych jest mi odległe), nie mam konta na FB, więc nie mogę dawać lajków.
Powiem Ci tak – super że tu jesteś.
Jesteś fantastyczną, cholernie normalną osobą. Normalną nie znaczy przeciętną, lecz wolną od fochów, stąpania na koturnach, do tego niesamowicie naturalną i prawdziwą. Aż chciałoby się siąść w fotelu i napić się z Tobą kawy. Nie znam aktualnie innego bloga, który byłby taki normalny, fajny, spokojny. Zero pozy, zero gwiazdorstwa, zero udawania innej osoby niż się jest. Bardzo, bardzo się cieszę, że tu trafiłam. Z przyjemnością czytam każdy wpis, czasem mnie inspirujesz, czasem nie do końca się zgadzam- jak to w życiu, ale zaglądam prawie codziennie. Chapeau bas za wszystko 🙂
Dziękuję i pozdrawiam.
biebrzańska
Czasem tak trzeba coś do*** tłumaczyć, bo faktycznie jakoś tak ludzie czytają te blogi, ale jakoś tak nie rozumieją co to jest blog. Im wolno wszystko, a blogerowi nic. Jemu wolno perfidnie wytknąć brak przecinka, a Ty jak zrobisz artykuł sponsorowany to jesteś sprzedajna. A już broń Boże nie wolno Ci usunąć durnego komentarza, bo to co durne ma prawo być w sieci, z jakiegoś, niepisanego prawa…
To dla mnie mrozonego prosze. Nie, po 5 latach juz nie karmie, wiec moge chyba. 😉 Zagladam od pewnego czasu, aczkolwiek na poczatku rzeczywiscie „z pewna taka niesmialoscia”. Czesto sie zgadzam, czasem nie, ale zawsze chetnie poczytam. Serdecznie pozdrawiam.
Nie daj się Daga, dobrze, że jesteś. Trzymaj tak dalej ? twój blog to wspaniałe miejsce. Z niecierpliwością czekam na książkę ?
Szczerze…mnie rozumiem problemu z reklamami na blogach – widze przeciez tytul i jesli jakis produkt mnie interesuje to klikam i czytam, jesli nie, po prostu przewijam na inny tekst. Malo skomplikowanem, naprawde. A czasem mozna przez przypadek poznac produkty, na ktore samemu by sie nie wpadlo, dlaczego nie?
Wiadomo, ze z pewnych blogow zrobily sie juz slupy reklamowe i ich wiarygodnosc jest na poziomie zero, ale ich po prostu juz nie czytam zamiast denerwowac siebie i innych, bo w koncu to dorosli ludzie i wiedza co robia.
Takze smialo do przodu, powodzenia!
Cieszę się, że do Ciebie trafiłam. Dlaczego? Pokazujesz prawdziwe życie. Takie, które nie zawsze jest cukierkowe, pozwalasz sobie ( i trochę innym też), że można mieć gorszy dzień, że nie trzeba być perfekcyjnym w każdym calu.
Lubię Twoją ironię. Żal jest tych którzy biorą wszystko do siebie personalnie. Przecież piszesz do tysięcy odbiorców, nie do jednej konkretnej iksińskiej, która źle interpretuje.
Rób to co robisz 🙂 jak najdłużej.
Pozdrawiam
Ja prawie codziennie rano zagladam co nowego jest ? pisz i nie przestawaj, jak ktos ma troche oleju w glowie i lubi Cie czytac to zrozumie te posty sponsorowane (sama nieraz skorzystalam po przeczytaniu bo zwyczajnie o niektorych rzeczach nie wiedzialam) i wszystko inne, a reszta niech idzie czytac inne blogi.
I tak trzymaj Dagmara! Jeden z moich ulubionych blogow, kazdy tekst zachwyca i czekam na nowe. Uwielbiam Cie i bardzo sie ciesze, ze jestes i ze dzielisz sie z nami swoimi przemysleniami, i ironia (moje ulubione teksty!) ale tez i doswiadczeniami i historiami, ktore wzruszaja.
Bardzo mi odpowiada Twoje poczcie humoru. Wchodzę rzadko ale jak już wejdę to czytam od dechy do dechy. Rób dalej swoje – jesteś w tym najlepsza. Zazdroszczę Ci odwagi (tak ogólnie w życiu) i choć m.in. pod Twoim wpływem zdobyłam się na codzienny basen o 6 rano (bliźniaki) to już angielski perfekt jest dla mnie marzeniem z chmur. Chciałabym i podejmowałam wiele prób ale nie lubię i nie umiem się uczyć tego języka. Pozdrawiam 😀
Gratuluję codziennego basenu! Na pewno pomaga Ci w formie psychicznej i fizycznej do ogarniania bliźniaków! Na angielski nie mam pomysłu. Dla mnie był koniecznością. Buziaki.
Bardzo mi odpowiada Twoje poczcie humoru. Wchodzę rzadko ale jak już wejdę to czytam od dechy do dechy. Rób dalej swoje – jesteś w tym najlepsza. Zazdroszczę Ci odwagi (tak ogólnie w życiu) i choć m.in. pod Twoim wpływem zdobyłam się na codzienny basen o 6 rano (bliźniaki) to już angielski perfekt jest dla mnie marzeniem z chmur. Chciałabym i podejmowałam wiele prób ale nie lubię i nie umiem się uczyć tego języka. Pozdrawiam 😀
Czesc Twojego bloga odkrylam zaledwie kilka miesiecy temu i to przez zupelny przypadek. Zaciekawila mnie forma wyrazania przez Ciebie wlasnego zdania, dynamika wypowiedzi oraz tematy jakie poruszasz. Czasami sie zastanawiam dlaczego jest tak ze jesli ktos wyjechal z Polski i mieszka na emigracji jego znajomi ktorzy pozostali w PL iwazaja ze ma ,,tak dobrze,, – zupelnie jakbysmy tu wszystko dostawali za darmo? Czy Ty moze tez tak czasami odbierasz niektore wypowiedzi? Ostatnio rozmawialam z kolezanka z liceum i dostalam ochrzan ze dlaczego ja mowie o powrocie!!! Przeciez w PL jest tak zle, ze ona od 15 lat buduje dom i nie moze skonczyc itp… jej ton mowil: ,,jakim prawem ty chcesz wracac przeciez w UK jest tak dobrze!!!,, hmm nie utrzymywalysmy kontaktu przez ostatnie 22 lata wiec jakim prawem ona mowi do mnie w ten sposob? Przeciez nikt jej nie bronil i nie broni wyjechac i na wlasnej skorze zobaczyc wszystkie ,,strony,, emigracji. Zarowno te dobre jak i te zle. A ja i tak zrobie co bede uwazala bo to moje zycie! Czytajac Twoj blog wydaje mi sie ze Ty tez toczysz nieustanna walke slowna z glupota i zacofaniem umyslowym. Bardzo lubie czytac Twoje przemyslenia. Powodzenia i prosze pisz! Pisz! Pisz! Buzka
W sumie bardziej chyba ze sobą toczę tą walkę i fajnie, że moje wynurzenia spotykają się z aprobatą. To oznacza, że nas jest więcej. Również mam wrażenie, że wiele osób uważa, że dolary rosną na drzewach, tyłek robi się automatycznie mniejszy po przekroczeniu granicy PL i wszystkie problemy znikają. Szkoda czasu na tłumaczenia. Bo po co? Z głupotą nie wygrasz. NEVER. Wszystkiego dobrego!
Skomentuję pierwszy raz, chociaz czytam od dawna – półtora roku na pewno, a wydaje mi się że dwa lata 🙂 nie zmieniaj się, bo byłam zakochana w Twoim blogu (przecież parentingowym!) nawet jako bezdzietna. Teraz jestem w ciąży i zakochuję się coraz bardziej – wracam do starych postów, ktore już kiedyś czytałam. A reklam i tak jest mało 🙂
O, wspaniale. Powodzenia! Żałuję, że sama nie czytałam blogów jak urodziłam. Pomogłyby mi nabrać dystansu!
Pani Dagmaro, gratuluję wytrwałości i życzę dalszych sukcesów 🙂 a dni świra, to każdy mniewa B-)
No niestety, dzień świra powinien się nazywać „dzień z dzieckiem”. 🙂
Uwielbiam czytać Twoje teksty. Są takie prawdziwe. Sama mam trzech synów w roznym wieku i z ogromnym podziwem śledzę Twoje zmagania z trojaczkami. Wielki szacun. Nie zmieniaj się.
A dziękuję bardzo! Powodzenia z gromadką!
Niektóre artykuły to się nawet fajnie czyta. Lubię je. Ale niestety nie mogę powiedzieć,że nie wyczuwam w nich „stronniczości”. Jest. I to w wielu miejscach….”można mnie albo kochać, albo nienawidzić, ale na pewno nie można koło mnie przejść obojętnie.” Tak więc ja przechodzę obojętnie. Nie wstaję rano i drżącą ręką nie sięgam po tel. aby sprawdzić,czy już jest nowy tekst. Czasami sobie poczytam zaległości w weekend. Ale bez euforii. Każdy ma swój świat. Powodzenia w dalszej pracy.
Oczywiście, że jest stronniczość, nawet mocna, przecież blog jest subiektywny, to nie serwis informacyjny. Nie wiem po co tracić czas na coś, co nie wzbudza zainteresowania? Ja tam chcę euforii codziennie. 🙂
Kibicuję Ci szczerze, dziewczyno, choć w sumie nie trzeba, bo ogarnięta jesteś pięknie i tak też to miejsce rozwijasz. Nie bez powodu nas tu tyle 🙂 Czytam od dawna, a tak się złożyło, że robi mi się trochę podobna historia, tylko zamiast trojaczków i Australii – bliźniaki i USA… Raźniej od razu, jak Cię czytam, dziękuję!
Och, USA uwielbiam, chcę wrócić do NYC choćby na tydzień. Pozdrawiam!