W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem.
Kiedy niedawno pojechałam na weekend do Trójmiasta, po powrocie opublikowałam satyryczny post, w którym z rozczuleniem wychwalałam męża, który podczas mojej nieobecności wyprał całość prania, dając mi w prezencie rzadką możliwość obejrzenia dna kosza na brudy. Zdarzenie było dla mnie o tyle niezwykłe, że przez trzy dni był sam z trójką dzieci, miał bardzo intensywne plany i zdawałam sobie sprawę z tego, że to pranie musiał robić po nocach i nieźle się nagimnastykować, żeby ze wszystkim się wyrobić. Sam fakt prania nie był dla mnie niezwykły, bo w moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem.
Niepokojące wydały mi się komentarze od czytelniczek, z których płynie jeden wniosek – facet, który robi pranie, to rzadkość. Brawo on! Klękajcie narody! Bohater! Nawet jeśli już (przymuszony) zrobi to pranie, to pewnie wrzuci białe z kolorowymi, wszystko zafarbuje na buro, albo zapomni rozwiesić. Jeśli już jakimś cudem rozwiesi, na pewno nie wyprasuje.
Nie wiem właściwie, po czyjej stronie jest wina. Czy to faceci są lewi i leniwi, czy podział na czynności męskie i damskie aż tak dokładny, czy w końcu niewolnictwo kobiet? W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem, bo ten dom jest wspólny i razem o niego dbamy. Wspólne są też dzieci, których ja, przez fakt „siedzenia w domu”, nie wychowuję w pojedynkę.
Mąż wychodzi rano do pracy, a ja zasuwam do swojej. Kiedy wychodzi z domu, który o poranku przypomina środek cyklonu, widzę w jego oczach ulgę. Pachnący, w garniturze wychodzi i przez najbliższe 9 godzin żyje w świecie, gdzie na pytanie „jak masz na imię” nie pada odpowiedź NIE. Wiadomo, że można mieć szefa buca i kilku debili w zespole, ale i na nich wszystkich są sposoby, których często przy dzieciach brakuje.
Wiem, że dla wielu osób siedzenie w domu oznacza, że leniwa, pozbawiona jakichkolwiek ambicji paniusia, zrzuciła odpowiedzialność za utrzymanie rodziny na biednego męża, po to tylko, aby móc całymi dniami malować paznokcie, a jak dzieci wrócą z przedszkola, bawić się domkiem dla lalek. Na szczęście coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę, że to siedzenie w domu to też praca. Jest szef, lista obowiązków, terminowość. I niezły zapieprz. Brakuje tylko motywacyjnych dodatków, chorobowego i urlopu. I jak w każdej innej pracy, liczy się zespół. W domu też stawiamy na partnerstwo, bo w domu zespół to ona i on.
To nie jest manifest sfrustrowanej Matki Polki. Taka była nasz WSPÓLNA decyzja. Choć dla niektórych bycie mamą na pełny etat jest wyróżnieniem, w wielu domach jest koniecznością. Kto za mnie pobawi się w dom? Czy nie tak wygląda dorosłość? Te wszystkie około domowe i związane z dziećmi obowiązki zajmują masę czasu. Czasu, który wiele kobiet chętnie poświęcałoby na rozwój, na pięcie się po szczeblach kariery. A w moim domu jest tak, że to mąż się rozwija i pnie, a ja go wspieram. Bo w tym momencie inaczej się nie da.
To partnerstwo zakłada, że każde z nas ma prawo do gorszego dnia. Zakłada też, że żadne z nas nie wtrąca się do pracy drugiego. Są rzeczy, które olewamy, z którymi nie zdążymy na czas i które robimy, bo musimy, bez przyjemności. Każde z nas docenia też pracę drugiego. Mąż docenia moje starania w domu, a ja fakt stabilności finansowej. To dlatego, gdyby zwrócił mi uwagę, że gdzieś tam wisi pajęczyna, strzeliłabym focha. Bo jeśli tak bardzo przeszkadza mu pajęczyna – może sam ją zlikwidować. Przecież też ma dwie ręce, podobnie jak ja. Ja nie kontroluję jego firmowych zobowiązań, więc i on niech nie wtrąca się do moich. Nie wyciągam pod koniec miesiąca jego paska wypłaty i nie pytam „dlaczego tylko tyle”. Wiem, że robi co w jego mocy, aby żyło nam się dobrze. Tak samo jak ja.
Kuchnia to moja działka, ale już wszelkie naprawy w naszym domu czekają na męską rękę. Ten podział nie stoi na przeszkodzie, aby mąż ugotował dla nas pyszną kolację, a w weekend podał śniadanie. Tak samo jak ja jadę zmieniać opony, lub przetykam kran.
W weekend dom i dzieci są naszym wspólnym obowiązkiem. Mąż NIE POMAGA mi przy dzieciach. Nieśmiało pragnę zauważyć, że te dzieci są też jego. To w skrócie oznacza, że w jeden dzień ja śpię do oporu, w drugi mąż. Ja biegam w niedzielę, on w sobotę. On kąpie, ja sprzątam po kolacji. On myje gary, ja zamiatam podłogę. Ja robię obiad, on jeździ z dziećmi na rowerze. Ja ubieram, on zapina w foteliki. Ja czytam dzieciom bajkę, on rąbie drewno. On pierze, ja czeszę. Każde z nas łapie się tego, co akurat trzeba zrobić. Odpoczywamy, kiedy wszystko jest zrobione. Wspólnie.
Jeśli komuś powinie się noga, na przykład o 8 rano w sobotę okazuje się, że nie kupiłam papieru toaletowego, mąż mnie nie zadręcza. Nie robi pouczających pogadanek o priorytetach. Wsiada do samochodu i jedzie kupić. No problem! Dom i dzieci nie mogą stać się obowiązkiem jednej osoby. Przecież na to się składa życie, to nie zabawa lalkami.
Mąż mi nie wyrzuca, że coś jest niezrobione. On wie, że mimo tego, że nie pracuję zawodowo, robota w domu się nie kończy i jeśli czegoś nie ogarnęłam to nie dlatego, że mi się nie chciało albo czekam, aż on to zrobi. Jak każdy potrzebuję odpocząć, zjeść obiad na siedząco. Tak jak ja nie rozliczam go z tego, ile trwają jego przerwy na lunch i ile kaw wypił, tak on mi tego nie wymawia.
Jasne, mam czas na siłownię i na zakupy w południe. Gdybym nie miała, pewnie bym zwariowała. Bo to są bonusy w mojej pracy. W zamian niosę na swoich barkach ogromną odpowiedzialność, od bzdur takich jak ciepłe ubranie, żeby mi dzieci nie chorowały, przez dietę, która zapewni im zdrowy rozwój, po lekarzy, kreatywne zabawy, rozrywki i emocjonalne potrzeby. To są rzeczy o którym mój mąż nie ma bladego pojęcia. Nie wie jak wygląda nasz pediatra, ani jak mają na imię nauczycielki w przedszkolu. Nigdy nie był na zebraniu, nie wie jaki rozmiar nogi mają nasze dzieci. Bo to moje sprawy. I cieszę się, że się w to nie wtrąca.
Nikogo nie przepraszam, jeśli podłoga w moim domu się lepi, a obiad składa się tylko z wczorajszej zupy. Liczy się efekt końcowy. Jedno pracuje poza, drugie w domu. Jedno zarabia, drugie dba, aby grało i buczało. On pilnuje swojego kalendarza w pracy, ja naszego domowego. Urodziny, kinderbale, szczepienia, przedszkolne wycieczki, lekarze. Tak jak ja o jego codzienności wiem niewiele, tak on o mojej też. I dobrze. Każdy z nas ma swoje obowiązki. Dlatego w moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Kiedy widzi, że coś jest niezrobione, robi to.
Możliwe, że trafił mi się wyjątkowy egzemplarz. Chociaż podglądam partnerów przyjaciółek i w większości nie boją się mopa i wiedzą jak wrzucić (i nawet potem wyciągnąć) pranie do pralki. Możliwe więc, że to nie jest wina gatunku męskiego w ogóle, tylko niektórych z nas, kobiet. Czasami już na etapie wychowania.
Ja nie stałam się niewolnikiem. Nie matkuję też mojemu mężowi, bo potrzebuję silnego partnera, nie maminsynka. Mam tylko troje dzieci, mąż nie jest kolejnym. Oboje oczekujemy wsparcia. I tak jak ja wspieram męża, aby jego kariera kwitła, co na przykład zakłada częste wyjazdy, podczas których on nie tylko pracuje, tak i on wspiera moje zmagania z dziećmi i kiedy tylko może, uczestniczy w nich. Zakochałam się w gościu, który miał głowę na karku i potrafił o wiele więcej niż tylko bez pudła wrzucić dwie skarpetki do kosza z bielizną. Mieszkam w kraju, w którym panuje równouprawnienie. Panuje też w moim domu.
W takim duchu wychowuję syna. On też odnosi naczynia do zlewu, segreguje skarpetki i pomaga przygotować obiad, choć ma w domu trzy kobiety. Nie będzie życiowym kaleką, w wieku 5 lat potrafi sobie sam zrobić kanapkę.
Kobiety! To nie może być tak, że będąc w związku czujecie się samotnymi matkami! Nie może być tak, że facet jest na ozdobę! Bo niby czego?
Nie jest dla mnie fantazją seksualną widok męża ładującego zmywarkę. To jest zupełnie normalny widok. Gdyby było inaczej, martwiłabym się, że coś zaniedbałam. I jeśli tak jest w czyimś domu i komuś to nie pasuje, pora to zmienić. Męża trzeba sobie dobrze wybrać. Ale nic straconego, jeśli wybrałyście sobie średnio, można też wychować. Rodzina to nowy twór, nie każdy momentalnie się w niej odnajduje. Możliwe, że aby nastała harmonia, trzeba wypracować pewne kompromisy. W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Jasne, doceniam, fajnie, dzięki. Tak samo jak on nie bije pokłonów za obiad na stole. Powie – pyszny, dzięki. Koniec tematu. Partnerstwo.
Mam wrażenie, że coraz więcej kobiet uwielbia po prostu samoudręczenie. Nie poproszą, nie powiedzą głośno, nie postawią granic. I choć napisałam ten post do kobiet, niestety i my powinnyśmy się czasami stuknąć w głowę. Bo naprawdę chciałybyśmy, żeby faceci czytali nam w myślach. A przecież dbanie o związek to nie tylko jego obowiązek. Już dawno wiem, że jeśli czegoś chcesz, to wal prosto z mostu, faceci się często nie domyślają! Jeśli chcesz romantycznego wieczoru, kupujesz butelkę wina, dzieciaki gonisz do łóżek odrobinę wcześniej, golisz nogi i zapalasz świece. Bajka o królewnie śnieżce w większości domów zdarza się na odwrót – najpierw jest suknia i bal, a potem gromada krasnali i obowiązki. Chcesz jechać do szwedzkiego sklepu meblowego? Zaproponuj, nie czekaj aż się sam domyśli!
Jeśli padasz na pysk i czujesz, że jesteś robiona w tym związku w bambuko, nie czas na sentymenty i fochy, a zwykłą, spokojną rozmowę dwóch dorosłych osób dzielących życie. Kiedy słyszę „a bo on to…”, otwiera mi się przysłowiowy scyzoryk w kieszeni. Czy ten niby on to wie? Problemem większości związków jest brak komunikacji. I nie chodzi o komunikowanie Helence, że on taki zły, tylko walenie prosto z mostu, między oczy o co biega. Mamusia nie nauczyła? Nic straconego! Na naukę nigdy nie jest za późno.
Faceci chcą kobiet uległych, rodzinnych, ale w sypialni drapieżnych, co bywa zupełnym przeciwieństwem tego, czego potrzebują kobiety, które fantazjują o mężu przy garach. Ale jest dobra wiadomość – rok ma 365 dni i spokojnie można eksperymentować i na każdym polu znaleźć kompromis, tak, żeby on nie wyobrażał sobie ponętnej blondynki z czerwonymi szponami, a ona nie wodziła tęsknym wzrokiem za innym tatą, który biega za dziećmi w parku.
Każdy chciałby, żeby było tak jak kiedyś – koronki i czerwone szpilki, on taki męski, ona taka gorąca. Niestety, życie to nie bajka. Życie to śpiki wyciągane z nosa odkurzaczem, kupa za paznokciami i pranie brudnych skarpetek. Dlaczego to wszystko ma być udziałem tylko jednej osoby? Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, że taki facet co w domu pomaga, to skarb. Dom przecież też jest jego! Dzieci też nie zrobiłyśmy sobie same!
W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Jeśli w Twoim tak nie jest, czas na zmiany. I nie chodzi tutaj o kuchenne rewolucje, a poważne podejście do fundamentalnych założeń życia w rodzinie. Powodzenia.
Zdjęcie – pixabay.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

O to to. To o czym piszesz nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy oboje rodzice pracują zawodowo. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy ja wracam po pracy i mam ogarnąć wszytko – od zakupów, przez przysłowiową zabawę „w kotka”, po sprzątanie i tysiąc spraw pomiędzy – a pan mąż leżałby na kanapie, bo musi odpocząć, gdyż albowiem wielce zmęczony jest. Mój mąż akurat lubi się po pracy zdrzemnąć i ok, ja w tym czasie mam swój czas z córeczką. Ale potem oczywiste jest, że on idzie z nią na spacer, ja w tym czasie sprzątam/gotuję, a gdy wrócą ja kąpię i usypiam, a on ładuje zmywarkę i myje podłogę w kuchni. Czy jakakolwiek inna konfiguracja zdarzeń.
Zgadzam się w 100%: wspólny dom, wspólne dzieci, to oznacza współpracę w dbaniu o to, żeby się wszystko kręciło jak trzeba.
Ja nie mam nic przeciwko odpoczywaniu, wyręczaniu, czy nawet układzie, że jedna osoba coś więcej robi w domu, a druga poza. Ale musi być partnerstwo.
Ostatnio wdałam się w dyskusję na ten temat, bo koleżanka uważa, że zakichanym obowiązkiem polskiej kobiety jest zapieprzanie od rana do nocy i skakanie wokół chłopa.
U nas tak nie ma, niestety. Ja jestem bałaganiarą, mąż lekkim pedantem. W domu rodzinnym to on głównie zajmował się sprzątaniem (teściowa umiała sobie ustawić trzech facetów w domu) i po ślubie nie zmieniło się nic w tym zakresie. On pierze, ja zmywam, on ogarnia wc i łazienkę, ja kuchnię, na zmianę odkurzamy, razem robimy zakupy, on myje podłogi, ja prasuję. Za gotowanie głównie odpowiadam ja, bo on pracuje 40km stąd, a ja mam robotę zdalną, więc jestem stale na posterunku, ale ze 2-3 razy w tygodniu to on coś przygotowuje – a to niedzielne śniadanie do łóżka, a to pizzę w sobotni wieczór. Nie ma problemu z przewijaniem córki, z kąpaniem jej czy karmieniem i nie mam zamiaru robić z tego powodu z niego bohatera – dla mnie to normalne, że jesteśmy partnerami, a nie służącą i jej asystentem.
Trzy lata temu wyprowadziłam się z domu rodzinnego i wciąż pamiętam, jak matka się uwijała, a ojciec siedział przed telewizorem. „Jolka, zrób mi kawy”, „Jolka, zrób mi kanapkę”, „Jolka to, Jolka tamto”. Nigdy nie widziałam, żeby mój ojciec poszedł do kuchni i zrobił coś dla żony. Bardzo go kocham, jest strasznym luzakiem i mamy świetny kontakt, ale to, jak wyglądały relacje między moimi rodzicami zawsze mnie zniechęcało. A najgorsze jest to, że na to wszystko napatrzył się mój brat i jak zamieszkał z partnerką żywił przekonanie, że tak ma wyglądać życie – szybko się dziewczyna zmyła, mimo że dorobili się dwójki dzieciaków.
Powiedziałabym, że dużo zależy tutaj od wychowania, ale np. brat mojego męża ani dzieckiem się nie zajmie, ani palcem w domu nie kiwnie, więc zakładam, że za tym wszystkim kryje się coś więcej 😉
Na pewno. Kobieta czuje, że MUSI. A facet ewentualnie może. Jak mu się zachce, jak jest dzień litości i święto od wielkiego dzwonu. I to jest ta różnica. Kobiety się zakochują, chcą stabilizacji, mają złych doradców i całe życie im się wydaje, że po prostu muszą. I tyle. Ot cały sekret. Nie mają siły się buntować, bo kiedy się rozejrzą na boki, okazuje się, że większość koleżanek, matka, babka i teściowa też MUSI. Ech.
U nas nie ma sztywnych zasad co kto robi, oczywiście po kilkunastu latach razem wypracowaliśmy pewne zwyczaje (np. ja gotuje obiad – ale jak mąż wraca później to sam sobie podgrzewa, on za to myje okna, czego ja szczerze nie-nawiedzę). Wychowanie swoja drogą bo moja teściowa miała 4 synów więc chcąc czy nie chcąc chłopaki jej pomagali, ale tez potem spory udział ma też żona/partnerka. Ja pracując nie wyobrażam sobie żeby mi mąż nie pomagał w codziennych czynnościach – chociaż nawiązująć do Twojego pamiętnego posta – pusty kosz zobaczę jak sama wypiorę (tego akurat mój mąż nie lubi) 😉
Nie pomaga, tylko zwyczajnie wszystko to, co trzeba, robi. I tyle.
Doskonały tekst! Naprawdę!! Czytam Cię od niedawna, ale już mogę stwierdzić, że bardzo podoba mi się jak piszesz. Co więcej mamy bardzo podobne podejście do życia i macierzyństwa. Cieszy mnie to 🙂 Podobnie jak Ty mam to szczęście, że Męża wybrałam właściwie. Mimo, że z domu rodzinnego wyszedł wg mnie zupełnie nieprzystosowany do życia w rodzinie to pięknie się wszystkiego uczy. Jest otwarty, słucha. Nie cierpię jak ktoś mi mówi, że mam super, bo Mąż MI POMAGA! On nie pomaga, zwyczajnie robi swoje! Bo tak jak piszesz – jest Partnerem przez wielkie P 🙂 Pozdrawiam ciepło
To jest straszne, że faceci wychodzą z domu takimi kalekami. Muszę chyba o tym napisać.
Jestem w związku od 10 lat. W tym 5 lat małżeństwa i 2 dzieci (teraz mają 4 i 1). Mój mąż wyszedł z domu, w którym jego ojciec palcem nie kiwnął (gdy teściowa wyjeżdża na kilka dni teść kupuje jednorazowe naczynia aby nie musieć myć naczyń..i uważa to za szczyt geniuszu..) A teściowa z domu wyniosła typowy wzorzec, że to kobieta odpowiedzialna jest za cały dom. Mój mąż jest najstarszy z dzieci (z trojga) i od początku naszego związku uprzedzałam, że uznaję wyłącznie partnerstwo w życiu jak i obowiązkach domowych. Różnie bywało (miał za dawnych czasów prasowane przez mamę nawet majtki..), ale generalnie koleżanki byłe pełne podziwu że „tak go sobie wychowałam”-podział obowiązków był równy. (Dodam, ze mąż zanim wyszedł z domu ani razu nie umył naczyń i nie zrobił prania)
Problem się pojawił po ślubie gdy zaszłam w ciążę i dziecko się pojawiło -jakby jakiś magiczny przełącznik się włączył na moduł „dom rodzinny” i nagle mąż stwierdził, że to kobieta jest od ogarniania dzieci i domu (bo w końcu „siedzi” w domu) a mąż od zarabiania kasy. Z trudem, ale udało mi się przeforsować partnerskie mycie dzieci, przewijanie, karmienie, kładzenie…nie było łatwo, ale tupnęłam nogą i przyzwyczaił się….
Gorzej z obowiązkami domowymi… uwierzcie mi…mąż potrafi….nauczył się przed ślubem umyć naczynia, odkurzyć, wstawić pralkę i zmywarkę, ba nawet wyszorować kibel i prysznic mamrocząc coś pod nosem z niezadowoleniem, ale robił..
Teraz gdy w domu jest dwójka dzieci i nie wiem za co się łapać (młodsze zaczęło chodzić i się wspinać) robota jest wiecznie zaległa, a słyszę wieczne pretensje o to ze w dom wygląda jak po huraganie.(a do tego dochodzi u mnie jeszcze kompletny brak czasu dla siebie i izolacja od otoczenia, ale to inny wątek) Aż się nóż w kieszeni otwiera…
Doraźnie wołamy pomoc, aby uporządkować ten sajgon w domu, choć ja ogarniam większość spraw i obowiązków.
Za rok wracam do pracy zawodowej (stanowisko managerskie) i się zastanawiam JAK będzie wyglądało to nasze życie gdy obydwoje będziemy zachrzaniali w pracy, a potem dochodzą jeszcze obowiązki domowe i ewentualne L4 na chorobę dziecka :/
Jedno wiem…
Już teraz gdy jestem w domu mam fajrant o 21:00 gdy dzieci idą spac i nie kiwnę palcem juz nawet gdyby zlew tonął w naczyniach (mniej ważne, że zasypiam 21:30 po 15 min filmu na kanapie z do połowy pełnym kieliszkiem wina w ręku)….
A co gdy wrócę do pracy?? Nie mam zamiaru pracować na dwa etaty!
Tyle mojego wywodu.
Dodam, że oczywiście mąż sam z siebie czasem bierze się za obowiązki domowe, ale gdy już po prostu nie ma wyjścia. Wkurza mnie to, że on to robi z pretensją o to ze musi to zrobić a nie jest już zrobione….
Teoretycznie widzi, że jestem zawalona obowiązkami i po postu brakuje mi rąk i sił i nie ma opcji aby dom lśnił..
Ja nie wiem jakie jest na to wszystko lekarstwo, ale mojemu mężowi przeszło, kiedy kilkakrotnie zostawiłam go solo z dziećmi. Wracałam, a on miał obłęd w oczach. Kiedy spytałam o obiad i czy pranie powieszone, zakumał. Obowiązki domowe nie są trudne. Każdy to potrafi. I większości się nie chce. Ludziom się wydaje, że jak siedzisz w domu, to masz tyyyle czasu, a przecież dzieci same się sobą nie zajmują i naprawdę bywają dni, że odkurzacz wyciągałam o 7.15 i chowałam o 21. Z małymi dziećmi w domu jest ciągle syf i nie wiadomo do czego ręce wkładać. Ja się nauczyłam robić w te dni minimum. Współczuję Ci, bo życie w rodzinie nie powinno być wyzwaniem. Mąż powinien pomagać. Może spróbuj jeszcze raz pogadać. Ustalić, że jeśli potrzebujesz pomocy to dlatego, że nie ogarniasz, a nie z zemsty czy lenistwa. Trzymam kciuki.
Ja to mam nadzieję, że coraz więcej jest facetów, którzy w domu pomagają. Takie wnioski na podstawie obserwacji otoczenia. W każdym razie róbcie co trzeba, aby tych bardziej rozgarniętych i przydatnych było jak najwięcej. Im też się to przyda.
Dokładnie tak. Ja też widzę wielu ogarniętych, w partnerskich związkach. Dobre czasy przed nami.
Kobieto! Gratuluje! u mnie juz za pozno na takie zmiany ale tez zaszly lecz to co napisalas jest POTEGA!!!! Taaka prawda i nigdy nie mowilam, ze kobieta ktora pracuje w domu paznokcie maluje och to mnie poraza jak pradem STRASZNE!!! Tak powinno byc jak dom dzieci czy nawet jedno kobieta jest w domu ale to nie wszystko jest CENIONA I DOCENIONA BO NA TO ZASLUGUJE!!! Natomiast facet jak uzna to jest tez ok tylko ok bo co ? czy jest lepszy bo zamyka drzwi i wraca do milego domku. Prosze Pani zycze aby nigdy nic sie nie zmienilo a jak juz to na jeszcze piekniejsze zycie taak na piekniejsze bo jstescie taka normalna rodzina gdzie tak jak rozumiem maz szczerze kocha zone i zona meza …wszelkiej pomyslnosci zycze!