Już nie pamiętam.
Śpię teraz do której chcę, piski radości z powodu weekendu nie wyciągają mnie z łóżka o świcie w sobotę. Już nie pamiętam jak to było spędzić cały poranek chichocząc pod kocem. Miękkie ciałko już mnie nie grzeje, kiedy w pustym domu piję kawę, słuchając przeraźliwej ciszy.
Mogę spokojnie wyjść z domu, bez obaw, że na bluzce mam plamę, a do spodni przylepione chrupki. Już nikt mnie za nogę nie zatrzymuje, nikt nie płacze, nie chcąc się ze mną rozstać.
Wychodzę z domu z miniaturową torebką. Nie ma w niej soczku, mokrych chusteczek, rozgniecionych ciastek, kredek, śliniaczka, nadgryzionego jabłka, książeczki, getrów na zmianę, misia i czegoś obślizgłego o nieokreślonym pochodzeniu. Jest za to zdjęcie, już lekko wyblakłe. A na nim dziecko oblepione sudocremem. Mina, którą na tym zdjęciu ma moje dziecko, warta była kilku godzin sprzątania. Tak wygląda szczęście. Rzadko je teraz widuję.
Mogłam kiedyś robić wygłupy, śpiewać tak, jakby nikt nie słuchał, tańczyć tak, jakby nikt nie patrzył, uważając, aby nie przydeptać małych stópek. Dlaczego tak rzadko to robiłam?
Oblepione buzie nie dają już lepkich całusów. Nikt nie biegnie na moje przywitanie dosłownie łamiąc sobie nogi, z dzikim okrzykiem MAAAAAAAMAAAAAAA, aby za chwilę skoczyć mi na szyję. Nie muszę nikogo nigdy uciszać na widok lodów. Jem je teraz bez fajerwerków. Nie smakują tak samo.
Mogę spokojnie przejść ulicą, bez zachwytu nad każdym psem, motylem czy fontanną. Świat znowu wydaje mi się taki śmiertelnie poważny i głównie smutny.
W nocy nic mnie nie budzi o 5 nad ranem. Już prawie nie pamiętam, jak to było usłyszeć wtedy prosto do ucha „mamusiu bojem siem”. Nie budzę się powykręcana, w plątaninie stópek i rączek, z lalką Barbie wbitą w bok. Nic mnie już tak za serce nie ściska, jak widok mojego rumianego, śpiącego przedszkolaka.
Nie muszę już szukać inteligentnej odpowiedzi na pytanie „a dlaczego”. Mój zasób słów i pomysły bardzo się skurczyły.
Mam tyle czasu, a nie wiem na co go wykorzystać. Kiedyś miałam trójkę dzieci, pracę, dom i hobby. Moje życie było szczęśliwe i spełnione. A i tak stale mówiłam „zaraz”, „za chwilę”, „jestem teraz zajęta”.
Nie robię już nikomu awantury o rozrzucone klocki. W moim dywanie nie czają się pułapki z Lego. Jestem dużo mniej kreatywna niż wtedy, kiedy przyszło mi z Lego zrobić kucyka, czy narysować Krainę Lodu. Bywało, że mi się nie chciało. Ważniejszy był obiad na stole, porządek w szafce. A mogłam przecież jeszcze dorysować Olafa, zobaczyć ten błysk w małym oczku i usłyszeć niezgrabne brawa.
Mogę oglądać filmy o kolejnych morderstwach i wyścigach o kasę, w których wcale na końcu nie wygrywa dobro i nie mają pouczającego morału. Czasami w sekrecie oglądam Shreka, którego kiedyś znałam na pamięć. Kiedy to było?
Nie pamiętam już, ile kosztowały spodnie, które podarły się w trakcie pierwszych lekcji jazdy na rowerze. Pamiętam za to wzrok mojej córeczki, kiedy głośniej na nią krzyknęłam, żeby bardziej uważała.
Mogę jeździć po świecie i oglądać Carmen. Bez mrugnięcia okiem zamieniłabym się jednak tym biletem do Wiedeńskiej Opery na miejsce na dziecięcym krzesełku na Dniu Matki w przedszkolu. Córka kazała mi schować aparat, żebym mogła bić brawo dwoma rękami. Nigdy tego nie zapomnę.
Nie pozwalałam bawić się codziennie w księżniczki i biegać gołymi stopami po trawie. Sukienki miały czekać na specjalne okazje. A przecież każdy dzień z nimi to była specjalna okazja.
Chciałabym umieć sobie przypomnieć jak smakują maliny jedzone garściami, prosto z krzaczka, rozgniatane w małych rączkach, już nie pamiętam.
Nie potrafię sobie przypomnieć prawdziwej radości mojego synka, kiedy prawie bez oddechu zaśmiewał się na huśtawce i wołał „husiu jesce mamusiu”. Pamiętam za to, że bywało, że nudziło mnie to granic.
Mogę odnosić sukcesy, robić karierę, zdobywać szczyty. Nic nie przynosi jednak takiej satysfakcji jak ich pierwsze niezgrabne kroki i słowa. To „mamamamamama” odbierało kiedyś oddech.
Jem w ciszy kolację, nie muszę nikogo karmić, w myślach nie robię notatek „nigdy więcej ryżu”, wybierając go na kolanach z podłogi. Ale i nie odczuwam tej satysfakcji, kiedy moje dziecko wykrzyknęło, że mama robi lepsze, jedząc spaghetti w restauracji. Nigdy nie zdarza mi się od dorosłych, do których przecież kiedyś uciekałam od dzieci, usłyszeć „mmmmmm, piszne”!
Mogę siedzieć na krakowskim rynku, powoli pić kawę i rozkoszować się chwilą. Dlaczego więc jedyne, co w tej chwili pamiętam to randka, na którą zabrałam córkę? Piła swoją kawę dla dzieci, rozsypywała cukier na stoliku i mówiła „jesteś moją najlepsą psyjacielką mamusiu”. Okulary słoneczne zakrywały wtedy łzy wzruszenia.
Chciałabym znowu móc poczuć się potrzebna, niezbędna wręcz, jak wtedy, kiedy dzieci były chore, a ja godzinami czuwałam przy ich łóżku. Wtedy przewracałam oczami na najmniejszy sygnał kataru, wzdychałam „znowu choroba” i szukałam opiekunki, która mnie w tym czuwaniu zastąpi.
W moim domu umilkły głośne kłótnie, gwar, śmiech, wołania. Kiedyś bolała mnie od nich głowa, marzyłam, aby zamilkły. Teraz oddałabym wiele, aby je znowu usłyszeć otwierając mój pusty, lśniący czystością dom.
Nie muszę nikogo godzinami usypiać, małe rączki nie kładą już mojej ręki na swojej małej czuprynce i nie proszą „głaskaj mnie długo”. Nie pamiętam już, do czego wtedy się tak spieszyłam, a przecież bywało, że to długie usypianie mnie irytowało.
Chciałam, żeby moje dzieci były większe, umiały same zjeść obiad, założyć buty. Teraz, kiedy są duże i widuję je tylko od święta, oddałabym wszystko, aby wrócić się do roku 2015, kiedy miały cztery lata.
Tekst zdobył tytuł Tekst Roku 2015 w konkursie Blog Roku organizowanym przez Onet.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Mistrzostwo!!! Dziękuję!!!
I biegnę przytulić się do córci <3
Dziękuję! Tul często, a jak Cię moce opuszczą, czytaj znowu!
no cóż, wszystko ma swój czas, jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania… ładnie to napisałaś, to wielki dar dostrzegać piękno,miłość dnia codziennego, później i później też jest pięknie i niekoniecznie dzieci widujemy tylko w święta a przy wnuczusiu wracają wspomnienia zabaw,klejących buzi, znów widać błysk w oczkach niezgrabne brawa i powraca kreatywność
Oczywiście. Tekst miał bardziej na celu zmuszenie do refleksji nad ciągłą gonitwą teraźniejszego życia i wnioskiem, że to, co najważniejsze, często nam ucieka. Nie wątpię, że dorosłe dzieci, a potem wnuki, dostarczają podobnych przeżyć. W końcu matką jesteśmy do ostatniego naszego oddechu.
Dało do myślenia.
Chyba przemyślę jeszcze ten mój powrót do pracy po roku macierzyńskiego.
Ten czas pierwszych kroków i słów już się nie wróci…
Dziękuję za te słowa. Moje dzieci mają już 10 i 11 lat, ale nadal chcą ze mną spędzać chwile. A dla mnie ważna jest posprzątana łazienka, czy umyte okna. Wiele razy odmawiałam córce zabawy z origami czy budowy machiny oblężniczej z lego z synem. Od dzisiaj dość. Od brudnej łazienki jeszcze nikt nie umarł, a czas zspędzony z dziećmi nigdy już nie wróci. Dziękuję za ten wpis. Szczególnie w imieniu moich dzieci.
Bardzo proszę. Ja też uważam, że łazienka i tak za chwilę będzie brudna, a dzieci za moment już nie będą chciały się ze mną bawić. Wybieram dzieci, jak dorosną, będę pucować łazienki. Pozdrawiam.
Moja córeczka ma 4 lata i zaczęła drugi rok w przedszkolu. Ostatnio znów wróciły poranne smutki, rozmawiam z paniami, przyjaciółka i sama kombinuje jak to usprawnić, ale po cichu co wieczór myślę sobie, ze ja też nie chcę żeby szła do przedszkola. Lubię z nią być. Trzeba wciąż pamiętać żeby mieć czas na te wszystkie rozmowy o ksiezniczkach, kronikach i zagadki i ciągłe „a mamo..”. Czasem zapominam ze to nie będzie trwało wiecznie.
Ja już się łapię na tym, że tak wiele nie pamiętam. Kiedy to minęło? Każdy etap jest fajny, ale ten, który teraz wydaje mi się ciężki kiedyś będzie pięknym wspomnieniem.
Jestem dopiero na początku tej drogi, dopiero będę żoną i mam ogromną nadzieją, że i matka (tego akurat wyczekuje bardziej niż bardzo). Te słowa bardzo mnie poruszyły, bardzoo bym chciała niczego nie przegapić, o niczym nie zapomnieć, nigdzie się nie spieszyć… Ale czy w dzisiejszym świecie, kiedy wszyscy muszą pracować i byc w kilku miejscach jednoczesnie to wszystko da sie zrobić??
Da się, może nie zawsze, ale da się ustawić priorytety i nie gonić za tym co wszyscy, a tym, co dla nas w danej chwili jest najważniejsze. Dzieci szybko rosną. Pozdrawiam i życzę powodzenia na nowej drodze życia!
Dziękuję za ten wpis. Bardzo. Spłakałam się niemiłosiernie… Podpisuję się pod wszystkim co napisałaś. Ile razy byłam bezsilna, wściekła, umęczona… Ale córka ma już 9 miesięcy a pamiętam jakby to było wczoraj, jak ją trzymałam po porodzie… Czas przecieka przez palce. Po co tyle razy się na nią złościłam? że marudzi, nie mogę jej uspokoić, że syf przy jedzeniu, że znów pogryzła mi pierś przy karmieniu… Jesteśmy tylko ludźmi i trzeba wyciągać z tego wnioski. Rzeczywiście zastanowię się, nad powrotem do pracy (korporacja) po macierzyńskim. Nie chcę żeby pierwsze kroki, słowa były przy obcej osobie,w żłobku/przy opiekunce…
Jeszcze raz dziękuję! Przekazuję tekst dalej 🙂
Dziękuję bardzo. Z mojej perspektywy powiem – nie warto. Jeśli można sobie na to pozwolić, co najmniej do drugiego roku życia być z dzieckiem. Cieszę się, bo to ja widziałam pierwsze uśmiechy, kroki, ząbki. Tego nikt mi nie odbierze. Kariera w takim zestawieniu wydaje się banałem. Pozdrawiam serdecznie.
Gratuluję! Napisała Pani to, o czym ja tylko myślałam. To bardzo wzruszający i piękny artykuł, aż do bólu prawdziwy.
Bardzo dziękuję.
Jestem mamą trójki, przez chwilę nastolatków, bo jedne już student, dorosły!!!…trochę dziwiłam się tej ckliwej nucie na początku, aż przeczytałam koniec…bo to nie jest tak, że potem się dużo zmienia. Codziennie jest coś do celebrowania i codziennie jest coś, co może nas pozbawić sił. Dzieci rosną a nasza rola się zmienia…ale póki nie przykryje mnie ziemia – ja jestem matką, a one są moimi dziećmi. I teraz, z perspektywy tych ponad 20 lat macierzyństwa mogę śmiało powiedzieć, że każdy czas był dobry i każdy inny. Dziś mamy rozmowy zamorskie z córką, która jest na rocznym stypendium w Stanach i kawę z dorosłym synem, tak po prostu przy stole w kuchni i randkę w Krakowie z najmłodszą nastolatką. To inny rodzaj bycia, ale nie pustka…Od nas matek zależy – jak silną więź zbudujemy w rodzinie…
Oczywiście. Tekst nie był projekcją przyszłości. Miał służyć jako przestroga, zmusić do przemyśleń i działania. Przede wszystkim do jednego – aby się na chwilę zatrzymać i żyć teraz. Moja Babcia ma prawie 80 lat, dwie córki, zięciów, trzy wnuczki i prawnuki. Zawsze czuła się potrzebna, kochana, stawiana przez życie w różnych sytuacjach. Matką jesteśmy do ostatniego oddechu, nawet wtedy, kiedy z dziećmi dzielą nas kilometry. Pozdrawiam i dziękuję za pokrzepiający komentarz.
Od kiedy pochowałam jedną córeczkę (wyczekaną i wytęsknioną) doceniam każdy dzień z moimi dziećmi. Już nie ma słów: to na święta, dla nas każdy dzień jest świętem. Sukienki są zakładane zawsze gdy moje dziewczyny mają na nie ochotę, przebierają się bawiąc w modelki, przecież istnieją proszki i pralka, żadna plama nam nie straszna. Choć raz w miesiącu jest czas tylko dla jednego dziecka chociaż godzinka, np.: wychodzę na babskie pogaduchy tylko z jedną córką i to ona wybiera miejsce gdzie idziemy na dwie godzinki, a wtedy mąż zostaje z synem i dwoma córkami i tak na zmianę, gdy wychodzę z synem, mąż zostaje z córkami, gdy mąż wychodzi ja zostaję z resztą dzieci. Piątek to nasz wieczór rodzinny i niedługo się zacznie. Wtedy oglądamy wspólnie film który wybiera jedno z dzieci (co piątek inne, a potem my) . Wcześniej przygotowujemy coś dobrego do jedzenia, by podczas seansu przekąsić coś. Codziennie mówimy sobie, że się Kochamy. Nie wstydzimy się tego, nawet jak są u nas goście. Syn, który ma 15 lat i jest wyższy ode mnie o dobre 20 cm (ma 187, a ja 165) nie wstydzi się przytulić mamę, nawet w supermarkecie podczas zakupów. Mam nadzieję, że to co teraz robimy z mężem i jak uczymy ich okazywania uczuć, zostanie w nich na zawsze i kiedyś oni mając swoje rodziny, będą powielać nasze zachowania, jak również okażą nam na starość czułość i miłość. Jestem zdania, że dziecko jest jak otwarta skrzynia- ile w nią włożymy, tyle kiedyś wyjmiemy.
Wspaniale to napisałaś. Przykro mi, że musiałaś przeżyć takie traumatyczne wydarzenie jak pochowanie córeczki. Nie wyobrażam sobie tego bólu. Ja również mam nadzieję, że to, co robimy każdego dnia zaowocuje bliskością z dziećmi, kiedy będą starsze. Miłość to najpiękniejszy kapitał. Pozdrawiam i dziękuję.
Oczy mokre, ciągle żyję przyszłością, robiąc plany. Tekst uświadomił mnie do bólu jak bardzo nie doceniam carpe diem z dzieckiem.
Dziękuję. Oczy na nowo otwarte.
Proszę. Te chwile, jak całe życie, szybko miną. Lepiej być teraz tu, choć to czasem trudne. Jutro może nigdy nie przyjść albo nie takie, jak planujemy. Pozdrawiam.
omg! płakam! dopiero dotarłam do Ciebie ale już kochammm!! <3
🙂 Hehe, dzięki! A ja znam Twojego bloga bardzo dobrze! I nawet wpisy niejakiej Magnolii też 🙂
wczoraj z tej euforii po Twoim poście (do którego z opóźnieniem przysiadłam) wysyłałam go prywatnie wszystkim przyjaciółkom i właśnie Magnolii 🙂
O! Dzięki. Chyba nie czytała jeszcze, bo komentarza brak, a przecież coś kiedyś o czytaniu bez komentowania pisała 🙂 Pozdrawiam!
Przeczytałam na jednym wdechu. Bałam się, że ten post skończy się informacją o śmierci Twoich dzieci i męża lub Twoją śmiercią z powodu ciężkiej choroby. Ten post widziałam jako wyraz żalu po czymś, czego już nie ma, co się skończyło nie z Twojej woli.
Piękny post, na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócę 🙂
Dotychczas tylko kilka osób tak zareagowało na ten post, co w sumie jest pocieszające, bo oznacza, że mogę pisać dreszczowce. Na szczęście dobrze się miewam, mąż też, a i huragan El Trojacco ma się świetnie. Serdecznie dziękuję za miły komentarz i zapraszam do lektury nie tylko tego postu.
Trafiam tu od judit 🙂 Świetny tekst, ale cały czas bałam się, że coś im się strasznego stało. Ja staram się cieszyć każdą chwilką z moją parką, chciaż czasem mam ochotę zwiewać gdzie pieprz rośnie 🙂
Gdyby coś im się stało, tekst byłby pisany w samych superlatywach, a przecież przyznaję się w nim do niektórych macierzyńskich porażek 🙂 Dzieciaki całe i zdrowe. Z tym zwiewaniem – witam w klubie, też tak mam!
Witaj. Twój wpis zatrzymał mnie w biegu… do czego tak spieszę sama nie wiem. Jestem mamą dwumiesiecznych blizniat. Zmęczenie psychiczne i fizyczne powoduje iż w mojej głowie mam tylko jedno marzenie… By dzieci były już duże. Tylko czy naprawdę tego chcę? Teraz wiem ze nie między innymi dzięki temu co napisałaś… Dziękuję. Wcale nie chce by ten czas się skończył a póki daje rade będę starać się wykorzystywać każda chwilę jakby to było Nasze Święto tego że jesteśmy razem już na zawsze…
Nie chcesz tego, bo każdy etap maleńkości naszych dzieci jest piękny, warty przeżycia. To droga, którą musimy przejść jako rodzice. Odpuść tam gdzie możesz, pozwól sobie na niezbędne zmiany, poproś o pomoc. Polecam wpis http://www.calareszta.pl/bledy-ktore-popelnilam-jako-mloda-matka/ Powodzenia, oby każdy dzień był odrobinę lepszy!
popłakałam się 🙂 zauważyłam, że wielu rodziców tak ma, że chce żeby dziecko było w końcu większe, żeby zaczęło w końcu chodzić, żeby zaczęło w końcu cos tam… – a ja właśnie tego nie miałam, odkąd moja córka była noworodkiem, patrzyłam na nią i aż płakać mi się ze wzruszenia chciało, że ona jeszcze tylko chwilkę będzie taka maleńka i zaraz mi szybko urośnie i nigdy już nie będzie taka malutka… 🙂 teraz ma półtora roku i nie wiem kiedy to zleciało
U mnie cztery i pół i nie wiem kiedy zleciało, ale myślę, że za chwilkę będzie 10 i też nie będę wiedziała! Dopiero jak spojrzymy na nasze dzieci i na to, że towarzyszyliśmy im w codziennym zdobywaniu nowych umiejętności, zdamy sobie sprawę z tego, ile tego czasu naprawdę minęło. Każdy dzień jest ważny, warto to docenić.
Czytałam i nie mogłam doczekać się zakończenia. Piękne! Naprawdę wspaniale to napisałaś. Jako bezdzietna 21-latka mogę tylko powiedzieć, że nie ma nic ważniejszego niż obecna chwila. Życie jest teraz. I trzeba celebrować każdy moment żeby nie obudzić się kiedyś i nie wspominać życia tak jak to opisałaś. Pozdrawiam!
Cieszę się, kiedy ten tekst dociera do osób, które nie mają dzieci. Trzeba celebrować i odpuścić, żeby z perspektywy czasu bilans był na plus. Niepotrzebnie gonimy się z wiatrakami, marnujemy czas na toksyczne związki i czynności, przejmujemy się bzdurami. Powodzenia w docenianiu chwili!
ja już zaczynam tak myśleć , moje bliźniaki mają 15 lat ! 🙁
Na pewno jest trochę przykro, ale przyjdą kolejne, wspaniałe czasy! Pozdrawiam!
WYGRASZ!!!!!!!! wiedziałam to już dawno. wtedy gdy płakałam czytając ten tekst po raz pierwszy. czuję to samo. czas za szybko ucieka. ucze sie doceniac kazdy najzwyklejszy dzien. czasami jest łatwo czasami trudno, ale staram się. bo kiedyś w domu bedzie cisza której moje uszy nie zniosą i porządek który nie sprawi mi radości
Dziękuję bardzo Aga. Ten tekst często wywołuje u mnie łzy. W te dni, kiedy zapominam, że obiad czy porządek to nieistotne bzdury.
Znalazłam Twój post na blog roku. Sms zaraz poleci:) Trzymam kciuki za Ciebie i Twój przepiękny tekst:)
Bardzo dziękuję! Mam nadzieję, że tekst dotrze do jeszcze większej liczby czytelników. Pozdrawiam.
Widząc większość komentarzy obawiam się, że wyjdę na zimnokrwistą cyniczkę 😉 ale co tam.. 😉 Moja córka ma 18 lat i za nic nie chciałabym, żeby miała znów 4. Pewnie, że była rozkosznym bąblem, pewnie, że były fajne i wzruszające chwile… ale teraz jest świetną młoda kobietą, której mogę zostawić cały dom (czyli 2 psy, 2 koty i auto) pod opieką i zrobić sobie tygodniowe wakacje 🙂 bo wiem, że jest odpowiedzialna i samodzielna i świetnie sobie poradzi. Mogę się od niej uczyć odnajdywania się w cyfrowej rzeczywistości, smażenia tofu i bycia milszą dla innych 😀 I jeszcze paru rzeczy.
Każdy etap życia ma swoje plusy i minusy, nasza w tym głowa, żeby tych pierwszych było więcej.
Myślę, że zbyt dosłownie odczytałaś ten tekst. Jego założeniem było przesłanie cieszenia się z chwili, która jest teraz, bo szybko przeminie. Celowo użyłam w tekście zdań świadczących o tym, że gdzieś mi się ciągle spieszyło, coś mnie nudziło, złościło, a możliwe przecież, że właśnie za tymi chwilami kiedyś zatęsknię. Ten tekst ma za zadanie doprowadzać rodziców (w tym mnie) i nie tylko, do doceniania tego, co mamy, choćby czasem było ciężko. I nasza w tym głowa, aby zamiast życia byle do piątku, byle do poniedziałku, byle dziecko nauczyło się chodzić, byle chodziło samo spać, byle to byle tamto, byle jak – kreować plusy codziennie. Czas szybko minie, warto wykorzystać każdy moment. I o tym był tekst. Pozdrawiam 🙂
Piękne!!! Aż mnie dreszcze przeszły gdy to czytałam i uzmysłowiłam sobie, że niedługo i ja tak się będę czuć! Przecież czas tak szybko leci, dzieci tak szybko rosną i już nie będą nas potrzebować, a my wtedy będziemy tesknić za tym co minęło i za ich bliskością! Musimy tu i teraz doceniać to co mamy i cieszyć się każdą chwilą z naszymi maluchami. Idę się poprzytulać do mojej 🙂
Taki właśnie miał być cel tego postu! Ja się ciągle na tym łapię, jakie moje dzieciaki są z dnia na dzień nagle duże. A przecież jeszcze przed chwilą były takie malutkie. Całe życie tak minie. Warto stworzyć dobre wspomnienia tak, aby niczego nie żałować.
Dziękuję!
Takie słowa pozwolą mi nacieszyć się moim dzieckiem. Dać mu szczęście zamiast idealnego domu 🙂
Idealny dom to miłość i uwaga, nie czysta podłoga. Jeszcze kiedyś wrócimy do pucowania każdego kąta, teraz warto mieć inne priorytety.
Piękny tekst!
Też myślę, że jeszcze zatęsknię.
Na pewno. I oby nie popełnić tych błędów, oby wspominać z radością.
Bardzo wzruszający tekst. Robie czasem podobnie, wiecznie się gdzieś spieszę, czasem denerwuje że wszystko zajmuje TYLE czasu! że wiecznie sprzątam! A potem przychodzi weekend i to akurat ten weekend ,gdy dziadkowie zabierają córeczki do siebie. Jest cicho i spokojnie, powoli jem obiad z mężem, nikt mi nie przeszkadza i zaczynam tęsknić do tego sprzątania, to tego krzyczenia i do tego całego bałaganu….
To chyba tak, jak każdy niestety. Niby chcemy, żeby to wszystko było już spokojnie, cicho, żeby nikt nie przeszkadzał, a jednak potem drażni nas ta cisza. Trzeba celebrować każdy moment, bo nawet tych z pozoru trudnych będzie nam brakowało.
Racja !