Dziecko to nie tylko lukier.

Liczę się z konsekwencjami, jakie mogę ponieść po publikacji tego postu, masowymi odlubieniami i hejtem. Ale dostaję tyle wiadomości, że czuję się w obowiązku po prostu to napisać. Dziecko to nie tylko lukier. To także kupa i blizna na czole.

Komentarz pod postem o spaniu z dzieckiem napisała czytelniczka ze słowami „Przyznaję, spadło mi dziecko z łóżka, zaraz mnie ktoś tutaj zlinczuje”. Czytałam trzy razy, zanim zadałam pytanie „Ale o co chodzi”. Wyjaśniła – Internety huczą, że takie rzeczy zdarzają się tylko matkom wyrodnym i na forach jest za to lincz. No więc dzisiaj wyjaśniam. Takie rzeczy zdarzają się normalnym rodzicom. Wszystkim.

Pierwszy raz z łóżka spadł nam noworodek, rozebrany do kąpieli. Nawet za bardzo nie płakał, dopiero wtedy, kiedy my oboje zaczęliśmy przed nim odprawiać show rodem z Grey’s Anatomy. Czy żyje, czy oddycha, czy części ciała wszystkie razem? Dziecko chwilkę popatrzyło, po czym, przerażone, zalało się łzami. Mieliśmy bardzo dobrego pediatrę, który do mnie, dzwoniącej we łzach spanikowanej matki, podającej parametry wysokości łóżka i życiowe odruchy dziecka, powiedział, że dziecko to przecież nie porcelanowa lalka, która się łatwo potłucze. Tulić i obserwować.

Emma miała szyty język, po tym, jak brodą uderzyła w stół w kuchni, na oczach dorosłego. Nina ma bliznę na łuku brwiowym, uderzyła się w szklany stolik, w domu z rodzicem. Pewnej chłodnej niedzieli Domi wpadł na kant łóżka, byliśmy wtedy oboje w domu. Emma zwichnęła sobie nogę na placu zabaw, 30 centymetrów od naszych nóg. Dominik też ma bliznę na łuku brwiowym, którą zrobił sobie w szpitalu, w którym byliśmy w zupełnie innej sprawie. Stało się to na oczach naszych, lekarza i pielęgniarki.

Takie rzeczy zdarzają się każdemu rodzicowi i każdemu dziecku. I wcale nie oznaczają, że ktoś jest wyrodnym, złym rodzicem. To jest normalna kolej rzeczy, życie. Wypadki się zdarzają, najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie, zwykle w domu, w którym przecież najczęściej przebywają dzieci. I dobrze, bo to lekcja życia. Z tych zdarzeń, zakończonych happy endem, rodzą się wspomnienia, emocje i doświadczenia.

Zdarzają mi się też takie sytuacje, których opisanie potencjalnie grozi wizytą MOPS-u. Siedząc ósmy dzień pod rząd z trójką chorych dzieci w domu, zajęliśmy się ozdabianiem i wycinaniem dyni. Po 15 minutach spokojnego tłumaczenia i proszenia Emmy, aby zaprzestała prób obcięcia nożyczkami ręki Dominika, posłałam ją do pokoju, aby się trochę uspokoiła. Poszła chętnie, ale siedzenie w pokoju średnio ją bawiło, niewiele myśląc przekręciłam więc klucz. Kiedy wróciłam sprawdzić, czy emocje opadły, okazało się, że drzwi się zacięły. W trakcie kiedy ja próbowałam siłą i sprytem sforsować drzwi, pozostała w kuchni sam na sam z dynią dwójka, przy pomocy dostępnych narzędzi w postaci linijki (!), kredki (!) i nożyczek wybebeszyła dynię. Dość skutecznie. Kuchnia ze stonowanej stała się pomarańczowa, ze zwisającymi z sufitu stalaktytami z pestek. Aż kilka zdjęć ku pamięci zrobiłam, żebym wiedziała co mam robić, jak na starość będę jeździła w odwiedziny do dzieciaków, w celu małego odwetu.

Po pierwszym uspokajaniu rozentuzjazmowanego tłumu trzech czterolatków, które w zatrzaśnięciu drzwi wietrzyły wydarzenie na miarę Star Wars, moją drugą myślą było: CHOLERA (no dobra, może bardziej dosadnie). Mąż w Monachium, reszta świata w robocie, nie pozostaje mi nic innego jak dzwonić po ślusarza. Ślusarz to zwykle swój gość, co jeśli jednak trafię na obrońcę praw dziecka? Jak wytłumaczyć, że o 16 wszyscy jesteśmy jeszcze w piżamach, do kuchni nie da się wejść bez obaw o ubranie, dwoje dzieci jest od stóp do głów pokrytych pomarańczową mazią, a trzecie matka zamknęła w pokoju?

I tak siedząc z dziećmi zdarzają mi się same śmieszne sytuacje. Przyznaję, że dzieci w trakcie choroby w jeden dzień oglądały w sumie trzy godziny bajki. Oooooo, wyrodna matka! A niech mi ktoś powie, czy bywa często w takiej sytuacji, kiedy przez 12 godzin, od 7 do 19 sprawuje samodzielną opiekę nad trójką hiper-aktywnych dzieci? A potem kąpie, usypia i na noc też zostaje solo? Malowanie, rysowanie, czytanie, trampolina z łóżek, granie na instrumentach muzycznych, wycinanki, ciastolina, przebieranki w Królewny i Spidermana, malowanie twarzy, zabawa w chowanego, piknik na dywanie, laurki dla całej rodziny, tańce, występy. Patrzę na zegarek po (w mojej głowie) kilkunastu godzinach, które minęły od pobudki, a tu dopiero 10 rano! I wtedy właśnie, kiedy szukałam na necie inspiracji, co jeszcze mogę robić z dziećmi, jedna kobita mi napisała „może pieczątki z ziemniaków”? Oplułam monitor. Pieczątki z ziemniaków to ja robiłam o 7:45, a była 14!!!

A samochód, który raz doszczętnie przetrzepałam? Mimo tego, że był dość czysty, coś podejrzanie śmierdziało. Okazało się, że był to kawałek jabłka. Na moje oko, w samochodzie tkwił około miesiąca. Pan na myjni, wręczając mi kluczyki, powiedział „Pani powie następny raz, że to od trojaczków. Trzech chłopaków na dwie godziny trzeba, żeby to posprzątać”.

Sudocrem, zmora rodziców. Rok się udawało, choć cała trójka nie przepuszczała żadnej okazji, aby go dorwać w swoje małe rączki. I stało się pewnego poranka, kiedy odpieluchowanie wygrywało z każdym materacem. Ja szukałam nowego prześcieradła, mąż uruchamiał pralkę. W momencie nieuwagi, podsunęli spryciarze taborecik. Wysmarowali się od stóp do głów. Niektóre ubrania wyrzuciłam, ściana była do malowania. A jaka satysfakcja, że udało im się w końcu dopiąć swego!

Niech rękę podniesie rodzic, który nigdy nie został opluty czymś podejrzanym ze słoiczka, co miało być królikiem w brokułach, a śmierdziało jak stary chińczyk. A fekalia? No kto nie miał przyjemności? A wymioty? A kupa w pieluszce do pływania na basenie? A „mamusiu, muszę siku” powiedziane na środku Rynku trzy minuty za późno? A bieg do samochodu z dzieckiem w odległości na wyciągnięcie rąk, które „chcem kupkę” źle w czasie odmieniło? I dłoń podniesiona do twarzy śmierdząca dziwnie? Czy rodzicielstwo na pewnym etapie to nie „gówniana” robota?

Wtedy, kiedy nam najbardziej zależy i jedziemy do rodziny wystrojeni po kokardy, marząc o słit fociach, właśnie wtedy dziecko wygrzebie z niewiadomego miejsca odrobinkę pyłu, którym doszczętnie się wysmaruje. I to po drodze, w samochodzie już, 5 minut przed imprezą. I zaczyna się wtedy jazda, czyja to wina. Bo posiadanie dziecka wcale przecież nie cementuje związku. Rodzice nie mają w ogóle dla siebie czasu, za to mają coraz to nowe wyzwania, których pokonanie bywa całkowicie wykańczające. Pokłady cierpliwości wyczerpuje dziecko.

Chcę też poznać rodziców, którzy nigdy nie bujali, nie huśtali, nie brali dziecka do swojego łóżka i nie pozwalali mu usnąć w swoich ramionach. Kolka jego mać! Gdzie oni są? I czy to nie jest tak, że każdy z nas ma kiedyś taką myśl, że nie dziwi się już, że są gatunki, które zjadają młode. W końcu przestają się drzeć! Wszyscy rodzice dochodzą wreszcie do momentu chwilowego rozczarowania, kiedy odkryją, że mądre teorie nijak się mają do ufoludka, który wylądował w ich domu.

Za każdym razem, kiedy dziecko jest już w foteliku, albo w kombinezonie, w butach narciarskich, czapce, rękawiczkach, polarze i szaliku, wtedy właśnie mówi, że chce mu się przecież siku! Czy są na sali rodzice, którzy z rocznicowej kolacji musieli pędem do domu wracać przed zjedzeniem zamówionego dania, „bo się obudził i nie chce zasnąć”. Albo kiedy już ubrani, w szpilkach, założonych ten jeden raz w roku i gajerze, muszą się położyć koło swojego dwulatka, bo on chce do usypiania Tatusia, a nie Babci i koniec.

Przecież regułą już jest, że to, co smakuje dzisiaj, czego po nocy nagotujesz w zapasie, jutro już będzie fuj. Małe nóżki bardzo bolą, nie da się kroku już zrobić. Do czasu, kiedy pojawi się wizja lodów, placu zabaw, czy małego pieska na horyzoncie. Wtedy można spokojnie pobiec. I dziecko nic nie słyszy, dopóki nie jest to otwierany dwie ściany obok batonik. I wszystko, co się zepsuło, rozlało, czy zgubiło, zrobiło się samo.

Podróż samochodem powyżej godziny to jak katastrofa w ruchu lądowym. Wszyscy na zmianę płaczą, krzyczą i piszczą. Spróbuj dojechać nad morze. W Maku zatrzymaliśmy się 4 razy. Bo jest plac zabaw, a do zestawów dają zabawki. W tym stanie najmniej przejmowałam się jakością żarcia, bo dzieci i tak oprócz lodów nic tam nie lubią. Była chwilowa rozrywka i 10 minut spokoju.

Czy też googlowaliście wynalazcę mokrych chusteczek, żeby mu pośmiertnie Nobla dać za wybitne zasługi dla ludzkości? A czy wozicie zawsze i wszędzie zmianę ubrań? Bo na przykład moje dziecko uwielbia taplanie w wodzie, kąpało się każdego dnia w Bałtyku, który miał 7 stopni, z basenu nie wychodzi. Ale jedna kropla wody na bluzce sprawia, że jakby stało się nagle żywą pochodnią, biegnie przez dom, krzycząc „Maaaaamoooooooooo”, jednocześnie próbując sobie tą doszczętnie przecież jedną kropelką, umoczoną bluzkę natychmiast ściągnąć. I nie wie, co to Armagedon ten, który nie pokroił kanapki czterolatkowi w trójkąty, zamiast w kwadraty.

A może jesteś jednym z tych rodziców, który w głowę zachodzi jak inni to robią? Piękni, wystrojeni, uśmiechnięci, w domu porządek nawet przy robieniu ciasteczek, które u Ciebie oznaczają mąkę w każdym pomieszczeniu w domu. I zdaje Ci się, że jesteś jedynym rodzicem, który w maju, na przedszkolną wycieczkę, zapomni dziecku zapakować czapkę. I tylko Ty musisz zapaść się pod ziemię, kiedy Twoje dziecko zrobi głośnego bąka w Kościele. Innym jakoś to się nie zdarza.

Nie dajmy się oszukać. Dziecko to nie tylko lukier, słodkie fałdki, ogrom miłości, szczęście w czystej postaci. I jeśli zdarzają Ci się sytuacje, których nie jesteś w stanie przewidzieć, które wymykają się spoza kontroli – jesteś po prostu zwykłym, normalnym rodzicem. To, co oglądasz w katalogach to wystylizowana reklama życia, a nie codzienność. Najlepsze ostatnio życzenia – „Życzę Ci, aby Twoje życie było w połowie tak wspaniałe, jak pokazujesz to na Facebooku” to kwintesencja naszych czasów.

Od dziś pamiętaj – Marek Zuckerberg nosi codziennie szary t-shirt, żeby móc skoncentrować się na ważniejszych kwestiach niż ubiór. Czyli nasz szary, przyjmujący wszystko, rodzicielski dres, może też być wyrazem jakiejś głębszej filozofii. Pociesz się, jeśli miewasz gorsze dni i dziwne sytuacje – mnie się one na pewno już przytrafiły. Możesz się tym postem podzielić z każdym, kto też zachodzi w głowę, jak to zrobić, żeby rodzicielstwo wyglądało jak na pięknym obrazku. Możesz też przybić piątkę – jest dobrze, a Ty robisz to, co wszyscy przed Tobą. Próbujesz przeżyć, nie zwariować, tylko po to, żeby o tym wszystkim zapomnieć i za jakiś czas mówić z błogim uśmiechem, że dzieci są cudowne. I jeśli też codziennie rano podśpiewujesz sobie „będzie, będzie zabawa, będzie się działo”, przybij piątkę.

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

91 komentarzy

  1. kocham, kocham , kocham : ) Oprocz kąpieli w ziemnym Bałtyku u mnie wszystko sie zgadza, masz jakąś kamerke tu u mnie czy jak ?: )To jest post miesiąca, milion „lajków” kochana :*:*:*

  2. Sama prawda. To kreowanie siebie, swoich dzieci i życia, już zaczyna wymykać się spod kontroli. Ktoś, kto ma problem z samoakceptacją, nie wierzy w siebie i do tego wysoko stawia sobie poprzeczkę, jak się naogląda takich ideałów, to naprawdę tylko się dobije. Wspaniale napisane, podpisuję się rękami i nogami, „lubię to” 🙂 pozdrawiam cieplutko

    1. Bardzo dziękuję. I zgadzam się z tym kreowaniem życia. Jasne, że może i jest pięknie, ale czy nie nudno w tych skandynawskich, idealnych wnętrzach, gdzie nikt nie pierdzi, matka w Gucci a dziecko w Pradzie? Hmmm…

  3. Ja też spałam z dzieckiem , jeśli musiałam . Mam bliźniaczki , teraz już pannice 🙂 Ale kiedy były malutkie chcąc nie chcąc spałam z którąś , bo zwyczajnie w świecie po nakarmieniu małej nie miałam siły wstać i położyć ją do jej łóżeczka obok siostry. Zdarzało się ,że kładłam którąś specjalnie w moim łóżku ,bo zwykle ona w nocy pierwsza robiła raban o butelkę . Wiele innych historii można by było opisać . A kiedy musiałam zrobić obiad , to często i gęsto włączałam im ich ulubioną bajkę i ”miałam spokój ” . Znaleźli się tacy co to krytykowali , doradzali , bo oni robili tak i tak . Ale mieli jedno dziecko a nie dwójkę naraz , do tego mieli kogoś a ja byłam sama . Każdy radzi sobie jak może , bo jakoś trzeba 🙂 A dzieci są cudowne …

    Świetny post , aż wspomnieniami wróciłam do moich córek kiedy miały 6 miesięcy 🙂 I powiem jedno , choć czasami było ciężko , bo bywało , kiedy człowiek był bez sił , wręcz płakał po kątach … teraz patrząc na nie , po 14 latach … jestem dumna z tego ,że je mam , że są 🙂

    Ciebie moja droga podziwiam > Masz cudowne dzieci , a te dzieci mają cudowną mamę 🙂

    1. Dokładnie! Zawsze mówię – masz jedno dziecko, to jest jednak inaczej. Ja też miałam swoje teorie, niektóre nie miały prawa bytu przy trójce. Ja też uwielbiam moje dzieciaki, ale nie boję się powiedzieć, jak czasami bywa, bo wiem, że są mamy, które trawi ogromne poczucie winy, są zagubione i zniecierpliwione. A tak poczytają sobie taki post o moim cyrku i jest im lepiej 🙂 Dziękuję za komplement. Robię co mogę, ale do cudowności jest mi daleko 🙂

  4. Cudowny tekst! U nas byl okres,kiedy noce kończyliśmy w naszym lozku z naszymi trojaczkami…piec osób w poprzek dużego lozka…i nie widzę w tym nic złego, widocznie dzieci tego potrzebowały, czas minął i dzieci spia juz w swoich lóżkach…
    Doskonale rozumiem co to znaczy taka trójka w domu 😉 pozdrawiam i życzę wytrwałości nam wszystkim:)

  5. Tekst pierwsza klasa, w samo sedno, a nawet o krok dalej. Aż się „micha” cieszy, że człowiek nie jest jedyny w tego typu sytuacjach. A duży plus za otwartość i brak lukrowania. Sama mam dwójkę, różnica 5 lat między nimi, ale nie przeszkadza im to w bijatykach. A krzywe spojrzenia w sklepie, że za głośno, że biegają… Czasem człowiek ma wrażenie jakby niektórzy wymagali, by nosić ze sobą podręczna klatkę, najlepiej na kółkach. Przecież większość, która krytykuje „nigdy nie była” rozbrykanym dzieckiem…
    Chętnie będę śledzić kolejne wpisy. Pozdrawiam

    1. No właśnie, a ja na przykład wcale nie chcę moich dzieci zamykać w klatce! Chcę, aby miały swoje zdanie. Ja też się wkurzam, choć jestem dorosła i nad sobą panuję. Dlaczego więc nie pozwalamy na to dzieciom, które jeszcze błądzą? Zapraszam do dalszej lektury 🙂

  6. Super tekst. Popłakałam się ze śmiechu. Ja też mam trójkę dzieci, 3 chłopców. Jak bym czytała o sobie!! Pozdrawiamy.

  7. ufffffffff kamień z serca że jednak moja rodzina nie jest patologiczna 😉 Dzięki za ten tekst. A „wypadków” z udziałem moich dzieci to można wyliczać w nieskończoność. Mój syn tez ma bliznę na skroni, obyło się bez szycia ale szpital był – wchodził po schodach w wieku 1.5 roku. Ale i tak najlepsze były spojrzenia ludzi jak szłam na spacer z córką po tym jak uderzyła się o kant ławy i tak celowała że trafiło idealnie pod oko 🙂 które po 2 dniach miało wszelkie możliwe odcienie fioletu, zieleni i żółci 🙂 Wyglądała jak klasyczna ofiara przemocy domowej 😀

    1. Jaka patologia? 🙂 Ja też spacerowałam z dzieckiem, które miało śliwę. W moim przypadku jednak nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o przemoc domową. Przecież trójka maluchów to od razu patologia 🙂

  8. Moja kuzynka wyslala kiedys swojego niegrzecznego dwulatka do sypialni, zeby sie uspokoil, a pech chcial, ze w drziwch byl wlozony klucz (od stony wewnetrznej!). No i jak latwo sie domyslic, kreatywny dwulatek zamknal sie w tej sypialni. Ile lez sie rozlalo, ile nerwow sie naszarpalo i ile pomyslow sie przewinelo przez to mieszkanie wiemy tylko my. No ale w efekcie dwulatek zostal uratowany i ma sie swietnie (teraz ma 7 lat).

    1. Haha, ja w końcu rozkręciłam zamek, złożyłam go na nowo i z całej siły popchnęłam drzwi. Pomogło. Ale też miałam już różne rozkminki. Ech, dzieci uczą kreatywności, to pewne.

  9. Ja zostałam zamknięta przez 3 latka w pokoju w którym karmiłam drugiego synka. Byłam wtedy sama w domu, całe szczęście że był to parter.

    1. A u mnie, kiedy karmiłam „Kilkumiesięczniaka”, Dwulatek w drugim pokoju wchodził na ciężką komodę po wysuniętych szufladach. Tatuś siedział wtedy na tronie… Komoda przewróciła się na Dwulatka. Na szczęście przeżył bez najmniejszego urazu. No, może poza strachem przed komodą, ale tylko na kilka miesięcy. Potem znów chciał próbować wspinaczki…
      Rok wcześniej wspomniany Dwulatek swoje pamiętne pierwsze kroki zakończył wargą na kancie stolika. Na oczach mamy (ja nią jestem:)) Blizna po szwie jest do dziś…

      1. mój syn za to jak miał nie całe 2 lata to wszedł na parapet i próbował otworzyć okno – 2 piętro! Zbladłam jak to zobaczyłam

      2. Blizny zostają. Mój Domi ma już dwie na twarzy. Recydywa. Śmiejemy się, że będzie mógł mówić, że kobiety próbowały go wykończyć 🙂

        1. Mój też ma dwie, ale jakbym zaczęła opisywać wszystkie wypadki… Cel by dla nas nie starczyło 🙂

      1. Mają mają. U nas szwy też już były za sprawą roweru na wardze. Czasem nie nadążam za nimi. A parapety mam z głowy, gdyż wszystkie okna mamy duże balkonowe 🙂

  10. Całuję znowu po rączkach za dzisiejszy tekst! i ten szary dres na koniec, ta głębia oraz Mark – zacnie napisane! Jestem zdecydowanie ta solidarna w szarym dresie 🙂
    P.S. Twoja lukrowa fota – strzał w dychę :)!

    1. To było w odpowiedzi na Twój pomysł co do opisania prawdziwego parentingu. Fota z wakacji, czekała tylko na natchnienie (oczywiście przyszło w trakcie biegania, chyba muszę częściej).

      1. Parenting Unfiltered 🙂 lubię to bardzo. Szczególnie w Twoim wydaniu!. Hej idąc twoim tropem natchnienia, pomyśl ileż weny będzie po jutrzejszym półmaratonie! 🙂

  11. Genialne!!! Mój syn w wieku dwóch lat rozciął sobie brodę na moich oczach, młodsza córka rozcięła sobie łuk brwiowy na moich oczach na placu zabaw. W obu przypadkach byłam na wyciągnięcie reki 🙂 Medal za tekst o gatunkach zjadających młode 🙂 Popieram!!!!

    1. Hehe, te wypadki zawsze się tak zdarzają, przecież małe dzieci nie bywają same. Jak ktoś ma dziecko to wie, że ono jest WSZĘDZIE i ZAWSZE, a Ty na przykład musisz iść do toalety.

  12. Bardziej prawdziwie nie dało się opisać tego co od 5lat przynajmniej mnie spotyka i pewnie nie tylko mnie:D Solidaryzuje się z szarym dresem 😀 Przeczytałam, pośmiałam się i na pewno będę tu stałym bywalcem 😀 I zapraszam na Mojego bloga misiowe-mysli.blog.pl
    Pozdrawiam 🙂

  13. w życiu nie chciałabym mieć dzieci a po przeczytaniu tego posta tylko utwierdziłam się w swoim przekonaniu. dzięki 🙂

  14. Juz dawno nie przeczytalam tak dobrego, prawdziwego, a jednoczesnie niepretensjonalnego tekstu od rodzica. A co do tych sztucznych rodzin w reklam – znasz moze blog http://itsliketheyknowus.tumblr.com/ ? Polecam z calego serca. Dostarczyl mi smiechu do rozpuku na kilka godzin!

  15. Ależ mądry tekst. Rewelacja! 🙂 Niektórzy „idealni” rodzice chyba zapominają, że dziecko czyste i bez zadrapań/kilku siniaków to dziecko nieszczęśliwe. Sama mam bliznę na środku czoła, bo walnęłam się przy babci w krzesło. Złamany obojczyk na oczach mamy na placu zabaw. Takie rzeczy się zdarzają i całe szczęście większość tych sytuacji dobrze się kończy i hartuje charakter. Nie ma co dzieciaków trzymać pod kloszem (oczywiście zachowując zdrowy rozsądek). Przynajmniej tak mi się wydaje, ale pewnie jak się ma swoje dzieci to nagle okazuje się czym tak naprawdę jest „strach o kogoś bliskiego”. Dzielne Mamy jesteście – Ty i Czytelniczki 😉

    1. Ojej pamiętam jak sobie ten obojczyk złamałaś (ale jestem stara!). Strach strachem, a jak widać z komentarzy – dziecko musi swoje „zaliczyć”, czasem jest to zderzenie czołowe z kantem stołu. Taki lajf.

  16. No jak to sie mowi…? Kto ma pszczoly ten ma miod, kto ma dzieci ten ma…. smrod :))) Teraz masz kupe (w przenosni i w doslownym tego slowa znaczeniu) roboty z dzieciakami ale za to pozniej wszyscy bedziecie sie z tego smiac i wspominac te chwile zgrozy, frustracji, łez i niemocy. No niestety kazdy rodzic musi przez to przejsc, mniej lub bardziej bolesnie, no i zalezy to pewnie tez od ilosci dzieci, ich temperamentu i zdolnosci rodzica w dawaniu sobie rady w tych najmniej oczekiwanych sytuacjach.
    Oh, jak dobrze, ze ja juz mam to poza sobą. Teraz moge sobie poczytac takie blogi i posmiac sie z ulgą, ze mnie to juz nie dotyczy.
    Ale to co teraz czasami wspominamy z dziecinstwa moich trzech urwisow przy stole rodzinnym – jest bezcenne.

    1. Wiesz, że ja od kiedy powiedział to Wałęsa zawsze myślę o tym zdaniu jak go widzę? Taka dygresja. Ale to jest właśnie piękne w byciu rodzicem! Trzeba to przejść, bo inaczej byłoby piekielnie nudno, gdyby te dzieci tylko cichutko się w kąciku bawiły i na zawołanie uśmiechały. Przecież to nie roboty! Jestem pewna, że masz niesamowite wspomnienia z dzieciństwa swoich dzieci, szczególnie, że są między nimi różnice wieku.

  17. Super tekst! Nie raz sie usmiechnelam! Nasz dwulatek tez ma blizne na ustach. Dwoje rodzicow w domu ;(. Pozdrawiam!

  18. Tekst strzał w dziesiątkę. Moje dziecko dzis, pół metra ode mnie, w czasie gdy sprzatałam nocnik, przekoziołkowało i wypadło ze swojego łóżeczka. Matka – oczywiście stres i panika – a on zajęknął tylko raz, podczas gdy przycięcie paluszków w szufladzie to dramat.

  19. Czyli u wszystkich rodziców tak samo ? ale po jakimś czasie jak przypominam sobie te śmieszne, choć przerażające historie związane z posiadaniem dzieci, to wiem, że nie zamieniłabym ich na nic w świecie!

  20. Nawet gdybyśmy nie odstępowali dziecka na cm, to i tak mu się coś przydarzy, taka prawda. Gaja zaliczyła parę upadków i siniaków, czego oczywiście nie mogłam sobie wybaczyć i na pewno jeszcze niejeden zaliczy. Dla mnie ważne jest to, by miała szczęśliwe dzieciństwo, więc dlatego puszczam jej bajki (rzecz jasna w granicach rozsądku), dostaje zabawki i słodycze (również rozsądnie). Bo co to za dzieciństwo bez bajek i zabawek? A czytając niektóre blogi, czasem łapię się na tym, że jestem jedną z nielicznych, które to robią i rozpuszczają dziecko, zamiast robić z niego geniusza :). Natomiast co do spania, to z ręką na sercu, Gaja nigdy z nami nie spała. Kiedy była mała, została na miesiąc ogipsowana od góry brzuszka w dół i dostaliśmy zalecenie, aby w żadnym wypadku nie kłaść jej przy nas. Ale bywa też tak, że nad ranem się budzi i przychodzi do nas się wyszaleć na pół godziny- w życiu bym jej tego nie zabroniła, zwłaszcza że uwielbia praktykować nowy styl zapasów- skakanie po tatusiu :).

    1. Mnie się wydaje, że wszyscy to robią, ale nikt o tym nie mówi, bo nie wypada. Lepiej pleść trzy po trzy, że czyta w wieku trzech lat. Na szczęście mamy wybór – ideały odlajkowałam 🙂

  21. Nie zapomnę jak moja Maja w pokoju, gdzie byliśmy wszyscy nieszczęśliwie spadła z krzesełka, wpadła na kant komody i rozcięła czoło i jak krew zalała jej buzię – chwyciliśmy dziecko tylko w koc (zima!) i do auta kierunek szpital – potem przez ponad pół roku kilka razy dziennie wmasowywałam jej maść, żeby blizny nie było – nigdy więcej! Lena za to jednego dnia dwa razy wypadła z łóżeczka na główkę – chyba jej się spodobało…. a ja byłam nieprzytomna z przerażenia! Do dziś jej zostało – niczego się nie boi a ja drżę….. 🙁

  22. Jedno trzeba przyznać. Nasza codzienność bez dzieci byłaby niesamowicie nudna 🙂 Dziś mój syn przewrócił się pod moimi nogami w trakcie… stania. Stał, wziął się i upadł 🙂 Nigdy nie wiesz…

  23. Kocham takie wpisy ❤ u nas zawsze jak się umówiliśmy z przyjaciółmi wieczorem to dzieci nagle na bezsenność cierpiały. Co do ubrań w aucie i zapasów zabawek, jedzenia to ja musiałam jeszcze nocnik wozić. Moja córka za nic w świecie nie chciała zrobić siusiu ma trawę w lesie lub jak gdzies jechaliśmy. Musial byc nocnik i koniec. Wyobraźcie sobie ze jedziemy Wigilie 180km i co siusiu w drodze tylko na nocnik bo akurat stacje minęliśmy a kolejna nie wiadomo kiedy będzie. A wożenie ukochanego pluszaka czy kocyka – spróbuj zapomnieć – my raz 30 km wracaliśmy.

    1. Nawet mi nie przypominaj o pluszaku! Kilka pierwszych powrotów z przedszkola było totalną traumą. Dzieciaki zapominały zabawek, były powroty już z domu, płacze i piski, kiedy delikwent zorientował się za późno. Myślałam, że jako mamę nic mnie już nie zdziwi, ale chyba umarłabym ze śmiechu, gdybym w środku nocy, w szczerym polu, w zimie, na śniegu, zobaczyła dziewczynkę na nocniku :):):)

      1. Haha 🙂 Ta wizja nocnika na śniegu przypomniała mi jak naszego wtedy 1,5 roczniaka odpieluchowywaliśmy i na jakieś serpentynie we włoskich górach gdzieś na pomylonej drodze do florencji zatrzymaliśmy się na siku. 1000 mnpm, po drugiej stronie ulicy przepaść, a pod wielką skałą obok drzewka i krzaczka siedzi sobie obok czarnej audicy (a taką szpanerską nową czarną błyszczącą mielismy) chłopczyk na żarówiastym zielonym nocniczku z ikei 😀 miny przejeżdżających bezcenne 😀

  24. Do mnie MOPS przyjeżdżałby co wtorek, ale stwierdził, że za mało mu płacą. W sumie to nie o tym chciałam. Nie wiem jak to napisać, więc zrobię to szybko. Jestem Tobą oczarowana 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *