Czy Australia to naprawdę raj na ziemi?
Odkąd pół roku temu wyjechałam do Australii, codziennie dostaję pytania jak przenieść się do tego raju. Czy Australia to naprawdę raj na ziemi? Czy to prawda, że to właśnie tutaj „można żyć nie umierać”?
Po pierwsze – aby móc znaleźć się w tym raju, trzeba przejść bardzo skomplikowany, kosztowny i czasochłonny proces aplikacji o wizę. Nawet w mojej sytuacji, żony Australijczyka i matki, było nie było, trzech Australijczyków, ten proces kosztował ponad 20 tysięcy złotych i trwał prawie rok. Aplikacja pozbawia wszelkich złudzeń – Australia nie chce obywateli chorych, starych i bezproduktywnych. W sumie nie ma się czemu dziwić, pragną zaprosić do swojego raju ludzi przynoszących „zysk”, a nie tych, których utrzymanie będzie kosztowne. Zdawać się to może jednak działaniem mało tolerancyjnym i wyrachowanym. Do raju niestety nie wszyscy mogą się dostać.
To, czego wszyscy zazdroszczą, to pogoda. I tutaj muszę się częściowo zgodzić. Nieba takiego jak w Australii nigdzie nie ma. I słońca przez 350 dni w roku też nie. I zimy, w której temperatura właściwie nie spada poniżej plus 10. Pogoda nastraja, kiedy jest słońce, chce się żyć i to się tutaj czuje. Ale jest też ogromny minus tego ciągłego lata. Tutaj się udaje, że nie ma zimy! Ja to rozumiem, bo to jest tak samo jak w Polsce z latem – też bywa ono upalne, ale tego upału jest kilka dni na krzyż, więc nikt zbytnio nie przejmuje się instalowaniem w domu klimatyzacji, nadal wiele osób jeździ autem bez klimy. Domy w Polsce się ociepla, bo to zima najbardziej nam doskwiera. A tu na odwrót – domy budowane są z myślą o ochronie przed upałem, zimne płytki na podłodze, dużo cienia, zadaszenia. Do zimy wszyscy mają stosunek przejściowy – byle jakoś przeżyć te dwa najgorsze miesiące, szybko miną i znowu będzie ukochane lato. Zimno jednak jest tutaj dokuczliwe, domy są jakby tekturowe, dziesięć stopni na zewnątrz oznacza jakieś… dwanaście stopni w domu. Tak więc znowu uprawiamy sport ekstremalny, który się nazywa „wyjdź z ciepłego łóżka i rozbierz się rano w łazience, w której jest osiem stopni”. Muszę się pochwalić, że idę na życiówkę.
Australijczycy wstają razem z pianiem koguta, ale spać też chodzą z kurami. Może to być wkurzające dla kogoś, dla kogo pobudki po ciemku nie należą do przyjemności. Większość osób tutaj chodzi bardzo wcześnie spać, sklepy w moim stanie (WA) zamykane są o 17, na mojej siłowni ostatnie zajęcia są o 18. Szybciej załatwisz coś przed, niż po pracy. To dla mnie nadal trudny orzech do zgryzienia. W Polsce przyzwyczaiłam się do galerii stale otwartych do 22. To jest świetne rozwiązanie dla choćby pracujących rodziców. Właściwie nigdy nie musiałam robić zakupów w weekend, który był dla rodziny. Tutaj jest to prawie konieczność.
Australijczycy dużo piją. I nie chodzi wcale o wodę, z butelką której, oczywiście tylko i wyłącznie w ekologicznej butelce wielokrotnego użytku, przychodzi się tutaj na świat. Nie dość, że piją, to jeszcze piją i jeżdżą. Inna jednak jest kultura picia, bo pije się głównie piwo i wino i zwykle na wesoło. Właściwie żadna okazja nie może się odbyć bez kieliszka, popularne są nawet szampańskie śniadania, na których leją się bąbelki. Kinderbale obowiązkowo z szampanem dla mam, grill bez piwa jest nie do pomyślenia, nawet w kinie piłam ostatnio z koleżankami wino, wiele firm w piątkowe popołudnia stawia pracownikom rozluźniającego drinka na koniec tygodnia.
Australijczycy jako naród, oprócz osławionego uśmiechu wiecznie opalonego i bezczelnie zadowolonego z życia surfera, są też bardzo konserwatywni, obowiązkowi i zasadniczy, wręcz karykaturalnie. Normalne jest zwracanie uwagi komuś, kto przed sklepem nie stanął w liniach, chybił wrzucanym do kosza papierkiem, zajechał drogę, dzwonienie do lokalnej Straży Miejskiej na sąsiada, który używa klimy, choć prosili w mediach, żeby nie, bo są braki prądu dla szpitala, lub podlewa ogródek w dzień inny, niż te wyznaczone. Na autostradzie, przy ograniczeniu 90 km/h, jadąc prawym pasem (szybkim) dostaniesz środkowy palec i wyzwiska, jeśli jedziesz tylko 80. Blokujesz ruch baranie.
Ludzie tutaj są jednak uśmiechnięci. To jest często uśmiech sztuczny, ale sami w niego wierzą, na zasadzie – nie ma co marnować życia na płakanie po kątach. O problemach i bolączkach rzadziej opowiadają niż o sukcesach i życiowym powodzeniu, zakładając, że nikogo te żałosne smutki nie obchodzą, podobnie jak nikt tak naprawdę nie chce poznać odpowiedzi na zadawane wszędzie i przez wszystkich pytanie „how are you”. To jest zaraźliwe. Zaczynasz naprawdę myśleć, że jest dobrze, otaczasz się pozytywnymi ludźmi, świeci słońce, mieszkasz w raju… Ludzie są też pomocni – kiedy niedawno dziecko ze szkoły znalazło się w szpitalu z poważnym urazem kręgosłupa, matki z klasy zorganizowały, w ramach pomocy „sąsiedzkiej”, domowe obiady – były dyżury, aby mogli zjeść coś normalnego i o to jedno się w tym trudnym czasie nie martwić.
Wiele osób tutaj nie ma pojęcia, gdzie leży Polska, wydaje im się, że angielski to język absolutnie całego świata, są nadal zdziwieni, że ktoś w tym języku nie mówi i kiedy dowiadują się, że nie uczyliśmy się go od urodzenia. Są też niemiło zaskoczeni, kiedy ktoś nie pieje peanów na cześć tego owego raju tutaj.
Ostatnio zażartowałam, że kulturalnie w całej Australii jest mniej rozrywek co w moich rodzimych Katowicach (Kato ♥). Jest w tym dużo prawdy. Tutaj dla każdego liczy się najbardziej sport. Jak nie uprawianie, to podziwianie. Oczywiście z kieliszkiem lub butelką czegoś procentowego w ręce. Modny jest australijski football (footy), tenis, wyścigi konne, zmagania olimpijskie, golf. Zawsze mi się zdaje, że KAŻDY Australijczyk jest aktywny. Albo bardzo poważnie traktuje swój poranny spacer brzegiem morza (od stóp do głów w najnowszym sprzęcie z łyżwą), albo słono płaci za karnet na siłkę, albo w coś gra, albo korzysta z dobrodziejstw oceanu na desce, albo na czymś jeździ. Pogoda jest tutaj do tego stworzona, a presja „beach body” nieubłaganie dręczy.
Czy Australia to naprawdę raj na ziemi? Można tak pomyśleć przynajmniej w kwestii jakości życia. Jeśli pracujesz rzetelnie, nawet w zwykłych zawodach, typu nauczyciel, kierowca, ekspedientka, stać Cię na dom, samochód, wakacje, skromne oszczędności i wyjścia do restauracji. Mimo faktu, że życie tutaj jest stosunkowo drogie, przeciętnego Australijczyka na nie zwyczajnie stać. Także na wiele przyjemności i odkładanie na emeryturę, którą tutaj spędza się korzystając z życia. Oczywiście wszystko do pewnego wieku jest na kredyt. Ogromny kredyt na dom, samochód i często również na wakacje. Nikt nikomu nic nie daje, a dolary nie rosną na drzewach. Smuteczek. Praca jednak nie czeka na ulicy, należy jej szukać, często też akceptować coś poniżej swoich oczekiwań. No i trzeba tyrać, żeby mieć. Za darmo nic nie ma. Dla przykładu – mąż na etacie w korpo w Polsce pracował 50 godzin w tygodniu, teraz pracuje około 60. Ciężko to zrozumieć i czasami, szczególnie emigrantom z Polski, zaakceptować. Nikt tutaj nikomu pracy po znajomości, na czarno, nie załatwi.
Australia jest prorodzinna. Na każdym zielonym skrawku jest plac zabaw, wszędzie są kąciki dla dzieci, festyny dla rodzin i dużo atrakcji. Dzieci traktowane są priorytetowo, jest mnóstwo udogodnień dla rodzin i darmowych rozrywek. Niestety mniej prorodzinna jest polityka w stosunku do ciężarnych – wiele firm nie przyznaje w ogóle urlopu macierzyńskiego, normalnym jest oddawanie dziecka do żłobka w wieku 6 tygodni i powrót do pracy.
W Australii od lat działa program podobny do 500 plus. Jeśli masz dzieci, możesz liczyć na wsparcie rządu. Paradoksalnie to wsparcie może być np. w przypadku opłaty za przedszkole, wyższe, jeśli oboje rodziców pracuje zawodowo. Aby załapać się na rabaty, musisz przejść skomplikowaną, męczącą i czasochłonną procedurę, która potem jest wielokrotnie weryfikowana. Gra warta jest jednak świeczki, zniżki są znaczące, a wpłaty co dwa tygodnie zasilają domowy budżet.
Nieporozumieniem jest służba medyczna, która według mnie na wielu polach nie odbiega od standardów w Polsce. Lekarz pierwszego kontaktu, na którego trafiliśmy na początku, nie mówił po angielsku. A ja, matka trojaczków, z listą naszych medycznych problemów, na których, przez doświadczenie braku zaufania, zrobiłam już dawno habilitację. Frustrujące, ale prawdziwe. Brakuje personelu, a z Chińczykami, których tutaj jest mnóstwo, przecież się dogada. Pechuńcio, że mnie akurat nie pomoże, przyjdź jutro. Przychodnie mają identyczne problemy jak te na podkrakowskiej wsi. Mimo tego, że są otwarte od 6 rano do 22, o nagłej wizycie możesz pomarzyć. Wizyta u specjalisty może kosztować tyle, co wynajem domu na miesiąc, a i tak potrzebujesz najpierw skierowania od lekarza ogólnego. Moje dziecko znalazło się w szpitalu, bo lekarz nie rozpoznał choroby i próbował leczyć Panadolem, co tutaj jest ogólnie przyjętą praktyką. A syn podczas rutynowego badania został zarażony zapaleniem kości, którego leczenie trwało dwa miesiące, w tym trzy tygodnie w szpitalu. Płatna może być też karetka, jeśli nie wykupisz sobie drogiego prywatnego ubezpieczenia. Jedyna wielka różnica to szpital – byliśmy w starym, przepełnionym i zmęczonym latami serwisu szpitalu dla dzieci, a i tak rodzic dostał normalne łóżko obok dziecka, posiłki były pyszne, pielęgniarki empatyczne, a po oddziale spacerował klaun.
Dementuję plotki – nie widziałam nigdy węży, pająków, nawet małego rekinka. To znaczy widziałam – w zoo, nigdy na wolności. Wiem, że gdzieś tam są, ale te niesamowite historie są tutaj rzadkie i nawet jak na Australię, niecodzienne.
Australijczycy mają swoje bolączki. Dziwne stosunki na linii Aborygeni, a reszta, emigranci, którzy wymuszają na Australii swoje prawa, których nikt wcale do końca nie chce im dać, wyspa Manus, itp. Nawet ten raj na ziemi ma swoje problemy z miksem kultur, globalizacją i uchodźcami.
Czy Australia to naprawdę raj na ziemi? Wszędzie jest dobrze, gdzie akurat nas nie ma. Ale to nieprawda. Australia jest na końcu świata. Bilet tutaj jest drogi, a podróż męcząca i daleka. Każdego roku tysiącom emigrantów towarzyszy dylemat – wakacje z rodziną, naprawa dachu, wymiana samochodu, czy wizyta u krewnych w dalekiej Polsce?
Los emigranta nie jest też do końca losem bohatera słynnej reklamy zakupów on-line. Nie każdy nauczy się w kilka tygodni języka, aby w okolicach Świąt przemierzyć ocean i rzucić się swojej nigdy nie widzianej wnuczce w ramiona. Niektóre więzy przez emigrację umrą śmiercią naturalną, związki się rozrzedzają, nie ma Cię na miejscu, przestajesz istnieć. Nigdy już nie jesteśmy naprawdę tutaj, a przecież już nie jesteśmy tam. Nie chcemy wracać, ale i tutaj nie chcemy zostać. I to się ciągnie latami. Raz jest słońce, raz deszcz, jak to w życiu, tylko na emigracji deko trudniej, bo brakuje kogoś, kto zna Cię od dziecka. Musisz liczyć na siebie, czego świadomość w trudnych, ale i szczęśliwych momentach życia, jest bolesna. Często nie wiadomo, jak to komuś wyjaśnić. Masz dobre życie, nie masz powodu do narzekań, a jednak masz w sercu dziurę, której nie da się niczym załatać. A kiedy już wrócisz, to tęsknisz za tym nowym domem, innym życiem. Tego rozdarcia nikt, prócz emigrantów, nie jest w stanie zrozumieć.
Nie jestem niewdzięczna, rozpuszczona, czy pesymistycznie nastawiona. To, co napisałam, to moja subiektywna opinia (nie poparta dowodami naukowymi i nie poprzedzona wizytą u lekarza ani farmaceuty, a jedynie własnymi doświadczeniami). Dla mnie raj jest tu, gdzie jestem. Wrócę do Krakowa, będzie w Krakowie. Jestem w Australii, jest tutaj. Lubię to, co jest „down under” najlepsze, przyzwyczajam się do minusów. Też będę celebrować kolejne lato, nauczę się podejścia do życia w stylu „don’t worry, be happy”, już widzę, że częściej uśmiecham się do ludzi naokoło, to jest wspaniałe. Na wakacje kiedyś polecę pewnie na Bali, choć tutaj to standard podobny do naszego ośmieszanego „olinkluziw” w Egipcie. Lubię ten kolorowy tłum, kocham owoce morza, jajka z grilla na śniadanie i plażę, od której nie dzieli mnie teraz cała Polska drogą krajową numer 94.
Bo ja nie przyleciałam tutaj, żeby mi było gorzej. Nie oczekiwałam, że Australia rozwiąże moje problemy. Bo wszędzie na świecie można czuć się przegranym, zagubionym, samotnym. Nie spodziewałam się, że ktoś mi coś podaruje, czy za mnie zrobi. Nie oczekiwałam cudu, a zwykłego życia. Australia to kraj jak kraj, są plusy i minusy. Może łatwiej mi mówić, bo w rodzimym Krakowie miałam dobre życie i to się zasadniczo nie zmieniło. Dlatego nigdy nie powiem, że w Polsce jest źle. Jest może politycznie dziwnie, ale szanse, możliwości i dobrzy ludzie, są wszędzie.
Gdziekolwiek jesteś, możesz przecież być szczęśliwy i zależy to tylko od Ciebie, nie od worka pieniędzy, czy kilku dodatkowych promieni słońca, ale za to piasku w majtkach. W każdym miejscu na ziemi są ludzie, z którymi znajdziesz wspólny język. Niezależnie od miejsca zamieszkania, borykamy się z podobnymi problemami. Zdrowie, praca, miłość, dach nad głową, bezpieczeństwo, wychowanie dzieci, pokój. Te wartości nigdzie nikomu nie są dane za friko. Na wszystko trzeba pracować, o swoje szczęście dbać, bliskich pielęgnować. Trawa u sąsiada nie jest wcale bardziej zielona. Czy Australia to naprawdę raj na ziemi? Nie. Bo raj jest wszędzie tam, gdzie sobie go stworzysz. Równie dobrze może być w Sosnowcu.
EDIT: Mieszkam w sumie w Australii ponad cztery lata. Byłam tutaj już na wielu rodzajach wiz, a opisane doświadczenia pochodzą z Sydney i Perth.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

No z tym Sosnowcem to przesadziłaś:P A serio, świetny tekst 🙂
Tekst super. A co z domem narazoe wynajęcie? Zostajecie już tam na stałe? A jak wyglądaja tetaz wakacje dzieco chodzą do szkoły? Sorki za pytania ale jestem ciekawa życia tam i teraz.
A i jak teściowa dajesz radę z nią
Tak, wynajmujemy. Chcemy zostać, na jak długo – nie wiem. Mam plan zostać przynajmniej dopóki nie dostanę obywatelstwa, bo kolejnego procesu aplikacji o wizę chyba nie zniosę w zdrowiu psychicznym. Dzieci mają w szkole 4 semestry, każdy po 10 tyg, a potem przerwa – 2 tygodnie, w lecie 6. Teraz skończył się 2 semestr i jako, że jest zima, mamy ferie. Teściowa jest wspaniała. Mieszka 80 km ode mnie. Zbyt daleko, żeby wpaść niezapowiedziana, zbyt blisko, żeby nocować. ???
pozdrowienia z S-ca
Kiedy widziałam nagłówek, pomyślałam „jak to?? Daga napisze, że może być lepiej tu czy tam? E, niemożliwe” – i nie pomyliłam się.
Nie wiem dlaczego, ale tak z przymrużeniem oka pomyślałam sobie o pewnej życiowej prawdzie, że „niedostosowani zginą” 🙂 Jak zwykle mądry, rzetelny ogląd sytuacji – czegóż zazdrościć, jeśli własne szczęście budujemy sami, o ile potrafimy cieszyć się tym, co obok nas? Emigrant to dla mnie jeszcze dodatkowo stan duszy- czasem nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata, by pewne relacje uległy zmianie…
Cieszę się, że Twoja życia filozofia wciąż ta sama, na silnych fundamentach! Tak trzymaj! Ps. Wkrótce napiszę coś więcej… ściskam Was, szczególnie dzieciaki, czekam już na sekrety b-day party :-*
Tez jestem z katowic❤️
Ale od 15 lat mieszkam w Holandii
I moge powiedziec ze widze w wiekszosci same podobienstwa miedzy australia a holandia moze oprócz opieki zdrowotnej bo tutaj jest swietna..
Wogóle dobry tekst, a ostatnie zdanie z Sosnowcem rozłożyło mnie poprostu na łopatki..:)) niektórzy beda wiedzieli dlaczego?
Lubię tu być, tak po prostu ….piszesz tak prawdziwie że aż chce się żyć 🙂
Czołem, byłem w Australii w latach 2002-2004, więc dokładnie wiem o czym piszesz. Podpisuje się pod każdym akapitem. Jest dokładnie tak jak piszesz. Dlatego ja wróciłem, bo możliwości miałem większe w Polsce i z nich skorzystałem. Jedyne czego mi brakuje to słońca i plaży, a mieszkałem na Bondi Beach. Pozdrawiam serdecznie!
Nie uwazam niestety, zeby Australia byla prorodzinna. Urlopy macierzynskie sa nieplatne i tendencja jest, ze kobieta w ciazy niezdolna do pracy musi z niej odejsc i zyc z oszczednosci jesli je ma. Jesli jedno z rodzicow ma obywatelstwo to sa doplaty, ale jesli jestes na wizie pracowniczej bez stalego prawa pobytu, to panstwo Ci nic nie pomoze, nawet jak pracodawca placi superannuation – taki jakby ZUS i placisz od lat podatki i skladki na ubezpieczenie zdrowotne.
O samotnych matkach juz nie mowie. Zasilki dla matek obywateli sa niskie a na wizie nic.
A ja akurat w Sydney miałam kilka polskich koleżanek samotnych matek, którym było wręcz sugerowane, aby przestały pracować, bo dostaną wyższe benefity niż wypłatę. A macierzyński tak – dla mnie to żart tutejszy i sobie w ogóle tego niewyobrażam. Choć bywa też wiele firm, które kobiety traktują lepiej, nadal jest to w moich oczach niedopuszczalne!
Fajny tekst, nie mogę się jednak zgodzić z brakiem rozrywek kulturalnych w Australii, jestem skrzypaczką i pracuję w tej branży więc troszkę się orientuję. W Sydney jest dużo bardzo dobrych orkiestr, świetna opera, a dzięki napływowi emigrantów z całego świata poziom wykonastwa jest naprawdę wysoki. Do Sydney regularnie przyjeżdzają najlepsi soliści z całego świata, w końcu to tutaj znajduje się jedna z najbardziej liczących się scen na rynku muzycznym. Do tego dochodzą liczne muzea, teatry i galerie na światowym poziomie. Jeśli chodzi o służbę zdrowia to również mam zupełnie inne doświadczenia, tak się składa, że musiałam się niedawno poddać badaniom i byłam szczerze zdziwiona jak szybko i sprawnie wszystko zadziałało, wyniki badań były na drugi dzień, a wiem, że w PL musiałabym czekać na nie 3 tygodnie. Moi znajomi, którzy byli tu w szpitalu również opowiadali, że warunki i opieka medyczna są świetne, tak więc nie generalizowałabym:) W zimie akurat nie marznę bo mamy nowy apartament z ogrzewaniem, bez tego faktycznie byłoby ciężko!:) Zgadzam się, Australia nie jest rajem na ziemi bo coś takiego po prostu nie istnieje… Jednak na tle innych krajów w kwestii jakości życia i perspektyw Australia wypada bardzo dobrze i rzeczywiście ludzie coraz częściej rozważają Antypody jako emigracyjną destynację ( również dostaję sporo pytań typu jak wyjechać). Jeśli ktoś chce emigrować, spełnia warunki wizowe, nie boi się wyzwań i ma realistyczne oczekiwania to ja uważam że warto próbować 🙂 My wyjechaliśmy 5 lat temu z dwójka bardzo małych wtedy dzieci, jesteśmy naprawdę zadowoleni, muszę przyznać, że dzięki multikulturowemu społeczeństwu zupełnie nie czujemy się emigrantami, jesteśmy u siebie, mamy znajomych z wielu zakątków świata, to jest niezwykle ubogacające 🙂 W Polsce żyło nam się dobrze, dla nas jednak to nie było to, tu czujemy się szczęśliwi i spełnieni czego każdemu życzę! Pozdrawiam!
Świetnie, że Wam się układa! Myślę, że spostrzeżenia mogą się różnic. Akurat w Sydney mieszkałam półtora roku. Choć nadal uważam, że to najpiękniejsze miasto na Ziemi, to właśnie tam moja córeczka wyładowała w szpitalu przez zaniedbanie lekarza, który próbował ją leczyć Panadolem, a syn nabawił się zapalenia kości podczas rutynowego badania! No i badania, które córce w Polsce robiłam rano i wynik był wieczorem, tutaj miałam za trzy dni. Wszystko zależy też od tego, na kogo się trafi. Powiedzenia i dużo zdrowia!! Chorowanie to ryzyko w każdym kraju jak widać. ?
Przykro mi, ze mieliście tak traumatyczne doświadczenia! My tez mieliśmy przeboje ze szpitalami tylko ze w PL:(
Najlepiej w ogóle nie chorować czego nam i wam życzę! Pozdrowienia!:)
Ciekawe refleksje po pół roku o tym, jak jest. Wow, już pół roku… Na wakacje Australia to może być raj, tak ja to odczułem. Ale do życia, choć na pewno inna, to przecież robi się zwyczajna po jakimś czasie. Bo przestaje być egzotyczna a my tęsknimy za jakąś przewidywalną rutyną na co dzień… Stewart pracuje tam więcej? Kraków ma swoje plusy… Pozdrowienia dla Was!
Dziękujemy! Ano pracuje więcej, ale też biznes zupełnie inny i rządzi się swoimi prawami. Pozdrawiamy i nieustannie zapraszamy na wakacje! Do 2 roku życia Tosia za darmo – czy to nie jest koronny argument za? ?
Kurcze – to jest argument. Bardzo dziękujemy 🙂 Z Tośką jakoś życie i szybciej i wolniej płynie i zanim się obejrzymy stuknie te dwa lata, so true. Dobra – to idę nas pakować, bo to trochę zajmie… :))
Tekst super i życiowa prawda.
Świetny tekst. Prawdziwy. Poza Polską mieszkałam w sumie półtora roku i znam te odczucia i emocje. Te dziurę w sercu… trzymaj się i oby tak dziura była coraz mniejsza?
Dagmara jestes z Katowic??? 😀
Roksana z Albanii-Katowic 😛
doczytalam do konca: w Sosnowcu nie!!!!!! 😛
Dokladnie, raj jest tam gdzie jestesmy razem i gdzie nam dobrze, bo kazdy co innego potrzebuje. Ja juz na nowojorskiej „emigracji” 11 lat ? i az ciezko uwierzyc, ze tyle minelo. Pewnie, ze sie tesknilo na poczatku, ale ciezko pracowalismy na to, co mamy bo dolary z nieba nie chcialy spadac ? W Polsce przerazona bylam cenami, jak po kilku latach odwiedzilismy. Wiadomosci przestalam ogladac po roku, polskiej telewizji nie mam do dzis. Dziecko uczymy po polsku chociaz juz zaczyna odpowiadac po angielsku? Dla mnie wystarczy zeby sie dogadala z rodzina w Polsce.
Szpitale – zalezy gdzie sie trafi. Szwagier w Niemczech gdzie niby takie sa super stracil zdrowie, noge mu dwa razy amputowali po kawalku, teraz palce w prawej rece. Ja rodzilam tu w super szpitalu, kolezanka w niezbyt. Wiec niestety wszedzie mozna trafic pechowo.
Tu pomimo tego, ze w sredniej klasie jestesmy z zarobkami, to dom na kredyt moglismy wziasc i zostaje cos z pensji. Wakacje pewnie beda dopiero jak skonczymy remont za kilka lat, ale nam to nie przeszkadza. Zawsze moge „rozlozyc” basen na yardzie i siedzac na porczu pic wino ?
Z tym Sosnowcem to pojechałaś…?
Piękny, poruszający tekst. Podoba mi się Twoje podejście do życia – to, że nie koloryzujesz życia w Australii i nie demonizujesz życia w Polsce. To, że na wszystko potrafisz spojrzeć obiektywnie. Oraz przede wszystkim to, że dostrzegasz to, co w życiu najważniejsze – nasz raj jest tam, gdzie jesteśmy z rodziną. To idealny prztyczek w nos dla tych, którzy wiecznie twierdzą, że najlepiej jest zawsze gdzie indziej…
Świetnie się czyta takie teksty, tym bardziej że Australię planuję sobie na emeryturę 🙂
Koniecznie oszczędzaj, bo życie emeryta tutaj jest drogie. Wiesz – jachty, golf, wyścigi. Nie ma letko. 🙂
Pewnie jestem tu weteranem, bo już 12 lat w Down Under, ale tekst prawdziwy i aktualny. Oczywiście mam troszeczkę zimniejsze odczucia, bo ten czas to Victoria i Tasmania, ale myślę, że ciężko się tu odnaleźć młodym ludziom przyzwyczajonym do szybkiego życia w dużych miastach. Tu żyje się małomiasteczkowo, bez większych ambicji i potrzeb. Życiowe „easy-going” oznacza piwko, bbq czyli grilek i wyjazd na ryby, do czasu aż nie połamie cię na starość artretyzm.
Ps. Chyba trzeba zamieszkać w Hobart by tęsknić za Zabrzem, bo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, ale z tym Sosnowcem to jednak przesada 😉
Ja żyłam dość długo w Sydney i rzeczywiście, tempo życia było inne niż w Perth, w którym mieszkałam wcześniej i teraz. Do Sosnowca mam osobisty sentyment, może za granicą nie wiesz, że Radom i Sosnowiec są teraz targetem żartów wszelkich, więc trochę chciałam obronić. Pozdrawiam!
Ja po 3 latach podpisuje sie pod wszystkim:) Od siebie dorzuce, ze w Canberze mamy nocami -8 w czerwcu i lipcu; rozrywki kulturalne i owszem, ale na poziomie tylko w Sydney/Melbourne; a za kilka lat Australia stanie sie Chinami:/ Za to luz, pozytywne podejscie do siebie, swiata i drugiego czlowieka, szacunek, tradycyjne zasady i brak narzekania- sa niezastapione!
Byłam w Canberze, bardzo mi się podobało, Australian War Memorial szczególnie. Chyba dość spokojnie się tam żyje? W Sydney już wiele dzielnic wygląda jak Chiny. No speak English i te sprawy 🙂 G’day mate, dużo zdrowia!
Stalóweczka, wiedziałam, że to napiszesz <3 <3
Przyjechalam do Australijskiego 'raju na ziemi’ z Danii, innego 'raju na ziemi’ i doszlam do wniosku, ze cos takiego jak ten oslawiony raj na ziemi to nie istnieje. Chociaz, jezeliby przedmuchac Danie w klimat Australijski, to moglaby byc blisko 😉
Ja jestem w Australii dwadzieścia parę lat. W stanie Viktoria. Początki nie były łatwe , tym bardziej że znajomość języka angielskiego ograniczała się do „good morning , my name is…” 3 lata nauki języka potem kursy zawodowe i w koncu praca pomogły dochrapać się domku z kart , jak mówił mój tato, z małym ogródkiem i z garażem . O samochodzie nie wspomnę bo tu to standard, podstawa do funkcjonowania. We Wrocławiu , skąd pochodzę , wsiadałam w tramwaj czy w autobus i mogłam dotrzeć w każdy zakątek miasta. Tu komunikacja miejska nie jest tak rozwinięta choć obecnie autobusy jeżdżą częściej niż kiedyś ,ale mając własny środek lokomocji , nie jestem bardzo w tym zorientowana. Na opiekę medyczną nie narzekam. Jest dużo lepiej niż we Wrocławiu. Mam lekarza rodzinnego Polaka. Jedynie na operacje długo czekam bo nie posiadam prywatnego ubezpieczenia. Byłam pielęgniarką w jednym z tutejszych szpitali ale ze względów zdrowotnych już nie pracuję. To fakt ,że tu nic nie załatwi się po znajomości. Nie ma łapówek. I to mi się podoba choć nie raz utrudnia życie bo lata w Polsce komunistycznej zrobiły swoje. Uwielbiam grilla czyli BBQ z piwkiem na świeżym powietrzu. Już nauczyłam się uśmiechać do ludzi do otoczenia co nawet znajomi w Polsce zauważyli stwierdzając, że chyba muszę być w tej Australii szczęśliwa. I jestem. Pomijając fakt że często tęsknota wyciska łzy , gryzą wyrzuty sumienia bo zostawiłam rodziców , bo brakuje mi tej zwykłej atmosfery codziennego życia w ojczyźnie, mówienia i słuchania polskiej mowy na ulicy. Bo wreszcie ciągle nie mogę przywyknąć do zasiadania do Wigilii rozebrana jak do rosołu z klimatyzacją włączoną na pełne obroty. Ale jest mi dobrze. I wiem że przyjechałam tu aby budować lepszą przyszłość dzieciom , co mi się raczej udało. Mam swój mały raj w tym zakątku ziemi i po mimo że moi rodzice już odeszli z tego świata to nie jestem sama. Mam raj a w tym raju moje dzieci i wnuki szczęśliwe. I o to chodziło.
Dokładnie o to z tym rajem chodzi. Pozdrawiam serdecznie!
Australia nigdy nie była na mojej bucket list, ale dzięki Twojemu blogowi już jest.
Zapraszamy! Tylko w lecie!
Australia nie jest rajem na ziemi, ale jest znakomitym miejscem do zycia ze znakomita sluzba zdrowia (z wyjatkiem wystawiajacej lewe zwolnienia polska pania doktor przy stacji w Ashfield), dobrym zapleczem kulturowym i mnostwem rozrywek kulturalnych i byjamniej nie chodzi tylko o sport, ale koncerty gwiazd, kulturalne rozrywki, festyny, muzea, koncerty muzyki rozrywkowej jak i klasycznej i wiele wiecej. Tak wiec ta czesc tekstu totalnie nieprawdziwa. „How are you” to w Australii sposob na przywitanie sie, a nie na poznanie drugiego czlowieka. Weze zyjace na dziko widzialem, ale faktycznie sa rzadkoscia. Widzialem nawet koale na dziko, pajakow nie brakuje, ale nie sadze, zeby te, ktore widuje, byly jadowite. Mnostwo sklepow jest oczywiscie otwartych po 5 pm, wiec w tym miejscu rowniez totalna nieprawda (o 5 pm zamykaja sie glownie mniejsze sklepy, wieksze sieci sa otwarte dluzej). Natomiast sto procent prawdy o procesie wizowym – jest trudny, drogi i czesto niewdzieczny. Start jest trudny ze wzgledu na wysokie ceny, ktore obciazaja budzet i dopiero staja sie w porzadku, gdy ma sie stala wize i stala prace. Prawda jest, ze drogie sa nieruchomosci (kupno i wynajem), przedszkola i niektore rozrywki (np. Train Museum w Thirlmere czy Irukandji Shark Centre w Port Stephens wychodza drozej za dwoje rodzice i dziecko niz wieza Eiffela), ale ogolnie kraj jest znakomity do zycia, o ile pokonasz trudne poczatki i zaakceptujesz go takim, jaki jest. BTW mieszkam 13 i pol roku w Sydney.
To, że moje doświadczenia są inne nie oznacza, że nieprawdziwe. Na zasadzie – nie widziałam na dziko rekina, kogoś zaatakował, ale to nieprawda, bo ja nie widziałam? W WA sklepy oprócz spożywczych monopolistów Woolies i Coles są zamykane o 17. Podobnie było w Dee Why, gdzie mieszkałam w Sydney. Jedynie czwartek sklepy otwarte do 21, co szczególnie nie powala, biorąc pod uwagę dzikie tłumy. Mówię o wielkich centrach handlowych, nie małych sklepikach. W Perth praktycznie ich nie ma. Jak na ponad 4 lata życia, moje doświadczenia z lekarzami różnych specjalizacji są w głównej mierze negatywne. Leczenie panadolem, zbywanie pacjenta, bo GP brakuje, a numerki trzeba wyrobić. I niestety, wszystko za grubą kasę. Możliwe, że już na wiele rzeczy nie zwracasz uwagi. Pisanie, że czyjaś opinia jest nieprawdziwa jest bardzo… polskie. Bo Twoja racja nie jest bardziej prawdziwa niż moja. To opinia. Każdy ma swoją. Moja jest taka i dyskutowanie z nią jest bezcelowe.
No popatrz… wlasnie wrzucilem Coles Perth Opening Hours w Google Maps. Wyswietlilo mi okolo 15 roznych sklepow Coles w Perth, wszystkie otwarte od 8 am do 9 pm. W Sydney jest podobnie. Podobne godziny wyswietlily mi sie dla Woolworths. Pamietam natomiast, ze do 5 pm bywaly otwarte sieci jak Big W, Kmart czy Target i tu pelna zgoda, ale w ostatnich latach to pozmienialy. Nie znam wielkosci shopping centres w Perth, ale zarowno w Sydney i Melbourne wielkich centrow nie brakuje.
Nie wiem, jakich lekarzy uzywasz, ja uzywam po prostu tych, ktorzy sa w mojej okolicy i przez 13 i pol roku za kazdym razem diagnoze mam postawiona poprawnie, a leczenie nie odbywa sie Panadolem (z wyjatkiem zbijania goraczki dziecka, do ktorej Panadol jest stworzony), bardzo dobre rowniez na pogotowiu, gdy moj syn mial wysoka goraczke. Atak dny moczanowej przypadkowo wyleczylem sam Nurofenem zanim zdazylem pojsc do lekarza, po czym lekarz przepisal mi specjalne lekarstwo utrzymujace kwas moczowy na poziomie i regularnie to monitoruje. Kamien w nerce bez problemu znaleziony, szybko operowany, tyle ze zrobilem to prywatnie. Dziecko rodzone w szpitalu publicznym Sutherland, znakomite warunki, duzo prywatnosci pacjenta, dobry serwis, podobnie moi znajomi. Lekarzy mam Australijczykow, Egipcjan, Hindusow, Chinczykow… oczywiscie, ze zdarzaja sie partacze. Wtedy po prostu warto zmienic lekarza, co ja zrobilem po fatalnym doswiadczeniu z polska pania doktor z Ashfield, a nie narzekac na caly system.
W nieskończoność lekarza pierwszego kontaktu zmieniać się nie da, chyba, że chce się podróżować w korkach, żeby się do niego dostać. A kiedy za wizytę u okulisty płacę AUD 350, chcę, żeby diagnoza nie mijała się o 180 stopni z prawdziwym stanem. Jeśli chodzi o sklepy – dokładnie tak napisałam, chyba nie doczytałeś – OPRÓCZ Coles i Woolies wszystko inne jest zamknięte o 17. Mnie to utrudnia życie.
Zatrzymajmy sie na chwile przy tym systemie medycznym. Obywatele jak i posiadacze wizy PR (i paru innych wiz czasowych jak partnerska) maja dostep do Medicare, czyli publicznego ubezpieczenia, na ktore co roku placi sie skladke w wysokosci 2%, a ktora pewnie wkrotce znow pojdzie w gore (bo byla 1.5%). Ubezpieczenie to pokrywa w wiekszosci wizyty u lekarzy internistow (tzw. GP) oraz czesciowo wizyty u specjalistow. Pokrywa rowniez wiekszosc podstawowych badan, ale nie wszystkie. Za reszte placi sie z wlasnej kieszeni. Kwestia badania wzroku wyglada tu tak, ze ma sie to robione za darmo przez okulistow, ktorzy wspolpracuja z sieciami sklepow optometrystycznych (np. Specsavers, OPSM). Takie testy sa tzw. bulk billed czyli nic im nie placisz, a oni sami sobie odzyskuja pieniadze z Medicare. Tak wiec, jesli za wizyte u okulisty musisz zaplacisz 350 AUD, to wychodzi na to, ze twoj problem byl duzo powazniejszy i standardowe testy nie mogly go wykryc. Domyslam sie, ze te 350AUD nie bylo za sama wizyte, ale rowniez za specjalistyczne badanie nie pokryte przez Medicare? Bo 350AUD za wizyte brzmi troche tak, jakby okulista (czy raczej w tym przypadku opthalmologist chyba?) nie odliczal automatycznie Medicare i jeszcze cos policzyl za ktores z badan (moze po prostu wymagalo to, abys sama wyslala tzw. medical claim to Medicare albo twojego prywatnego ubezpieczenia medycznego). Warto dodac, dla czytelnikow, ze czasem specjalista pobiera od ciebie pelna oplate, a potem ty musisz samemu odzyskiwac pieniadze od Medicare czy prywatnego ubezpieczenia poprzez tzw. medical claims. Podobnie jest z przedszkolem – placisz np. $100 na dzien, a w nastepnym tygodniu panstwo ci oddaje okolo $35 za dzien (reszte natomiast na koniec roku finansowego). Kiedy mialem operacje usuniecia kamienia nerkowego, to najpierw im zaplacilem cos z $2,500 za operacje i $500 za szpital (szpital mialem pokryty z prywatnego ubezpieczenia). I pozniej Medicare i Medibank oddaly mi okolo $1,500 za owa operacje. Specyfika systemu medycznego Australii, ze za wiele rzeczy tak czy inaczej placisz z wlasnej kieszeni, ale nie musisz dzieki temu czekac miesiacami czy latami, jak to ma miejsce w Polsce z systemem publicznym. Warto czasem zagadac do swojego GP, zeby wyslal cie do takiego specjalisty, ktory nie bedzie kosztowal, jesli placenie za wizyty jest problemem.
Zatrzymalem sie znowu przy godzinach otwarcia. Wybralem te same 3 duze sieci, ktore wczesniej opisalem, ze w przeszlosci zamykaly o 5 pm i przyjrzalem sie godzinom otwarcia w Perth na podstawie ich stron. Godziny otwarcia owych sieci w Perth pokazuja, ze owe sieci poszly po rozum do glowy i sa otwarte dluzej. Informacja ponizej jest z oficjalnej strony tych sieci
1. Big W – maja w Perth 10 sklepow. Od poniedzialku do piatku jest pare, ktore sa otwarte od 8 rano do 9 pm, natomiast wiekszosc jest otwarta od 8 rano do 7 pm
2. Kmart – tez znalazlem ich 10. I na te 10, 9 w tygodniu jest otwarte do 9 pm, jedno do 7 pm
3. Target – jest 5 Targetow, cztery otwarte do 9 pm kazdego dnia roboczego, jeden (W centrum miasta) do 8 pm
Apteki (np. Chemist Warehouse) tez otwarte do 8 czy 9 pm, a niektore Cincotta Chemist otwarte do 10 pm. Niejednokrotnie dluzej otwarte sa tzw. convenience stores jak np. Seven Eleven, no i niektore rzeczy mozesz kupic na otwartych dlugo stacjach benzynowych. Ale zgadzam sie, ze jesli chcesz np. pojsc na zakupy w kwestii ubran, to juz bedzie roznie, bo np. taki Myer zamyka wiekszosc swoich sklepow o 5.30 pm, a David Jones o 6 pm (z wyjatkiem Hay St Mall, ktory jest otwarty do 7 pm)
Warto dodac, ze te sieci razem z Coles i Woolies pozwola ci kupic wlasciwie wszystko czego ci potrzeba, co nie zmienia faktu, ze jak sie chce wyzszej klasy produktow, trzeba poszukac w nieco innych miejscach. Natomiast prawda jest, ze bedzie trzeba do nich podjechac samochodem, bo zwykle sa czescia duzych centrum handlowych, co w Australii jest raczej dosc standardowe i to nie tylko w duzych miastach. W samym Sydney dziala to podobnie. Jesli mieszkasz np. w Sutherland czy Cronulla czy Engadine to i tak masz w okolicy jedno duze centrum w Miranda i zawsze bedziesz tam dojezdzac samochodem. Podobnie jest w Melbourne, Brisbane, Gold Coast czy nawet duzo mniejszej Canberra.
Wedlug oficjalnych stron, Big W, Target, Kmart, Bunnings, Chemist Warehouse, Cincotta Chemist wszystkie sa otwarte duzo dluzej niz do 5 pm, takze w Perth (przynajmniej wedlug ich oficjalnych stron jest to 8 pm lub 9 pm). Podstawowe badania okulistyczne sa za darmo (pokryte przez Medicare), to niedobrze, ze opthalmologist wzial tyle kasy (brak prywatnego ubezpieczenia? A moze te 350AUD to stawka przed wyslaniem claim do Medicare? Wyglada bardzo wysoko, bo pamietam, ile placilem za wizyty zonie, ktora miala operacje wstawienia nowej soczewki).
Zgadzam sie z Dominikiem?
Jestem w Au ponad 30 lat, tutaj skonczylam studia, mam swietna prace, duzo przyjaciol roznej narodowosci . Uwielbiam mentalnosc australijczykow i styl zycia?Mieszkam w Melbourne ktore jest bardzo” kulturalne” i ogolnie fantastyczne. Sklepy otwarte dlugo a opieka medyczna bez zarzutu? Na pewno podejscie lekarzy i pielegniarek do pacjenta jest nieporownywalne lepsze niz w Pl. Polskie odwiedzam zwykle co roku bo mam tam nadal duzo rodziny ale po kilku tygodniach jestem zmeczona mentalnoscia Polakow, nie mowiac juz o braku usmiechu na ulicach:((
Pozdrawiam
Cheers?
Melbourne bardzo fajne. Pamietam, jakie wrazenie robily na mnie wasze muzea w centrum miasta. Bo jest muzeum emigracji, muzeum chinskiej emigracji, Old Parliament House, Old Treasury, muzeum policji, muzeum banku ANZ, czy nawet City Circle Tram (w sumie tez muzeum, tyle ze na kolkach)… a pewnie i wiecej, tylko juz nie pamietam. Jako ze moja zona jest Chinka, nie moglo obejsc sie bez wizyty w dzielnicach Glen Waverley i Box Hill, glownie ze wzgledu na restauracje. Chcielismy sprobowac i nie zawiedlismy sie. Box Hill chyba mialo lepsze, ale to subiektywna opinia. Swietne wrazenie zrobil na mnie Etihad Stadium (ogladalem tam zawody zuzlowe), podobalo mi sie Queen Victoria Markets (nawet polski sklep tam jest), a po kolorowo wystrojonym Docklands tez z przyjemnoscia sie chodzilo. Nacialem sie natomiast na siec hoteli City Edge (dwa razy) i w przyszlosci bede probowal innego zakwaterowania podczas wypadu do Melbourne. Porownanie do Sydney wypadlo dobrze, choc po blizszemu przygladnieciu sie Melbourne powiedzialbym, ze oba miasta sa dosc podobnie skonstruowane i mysle, ze zycie az tak bardzo sie nie rozni, natomiast Melbourne jest niewatpliwie tansze.
Bardzo dobry tekst i dużo w nim prawdy. Jestem w Melbourne dziewięć miesięcy i nie jest tak kolorowo jak sobie wyobrażałam przed wyjazdem.
Podpisuje sie obiema rekami po ponad 7 latach…z ta rozblnica ze Melbourne nie ma tej plazy i serferow…ma za to pogode w kratke 4 sezony jednego dnia☺
Fajnie napisane, ale czemu piszesz na końcu o Sosnowcu. Przecież to moje rodzinne Miasto, ktore zmienia sie na lepsze, koniecznie musisz je zobaczyć jak będziesz w Polsce .
Po przeczytaniu utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma jak w Polsce. Mówię to bardzo subiektywnie. American Dream też często kończy się praca na dwa etaty, żeby wyrobić się wszystkimi ubezpieczeniami. Widzę, że Australia wcale nie odbiega. Zazdroszczę pogody, ale wolny czas cenie chyba bardziej. Nie wiem jak reszta czytelników?
Świetny tekst! Tak, powiedzenie „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma” to cała prawda o emigracji. Jak byłam mała to opowiadałam babci, że jak dorosnę to polecę do Australii i będę jej przysyłać dolary. Babcia do dziś mi to przypomina, że dorosłam, a dolarów brak.. 😛
Domy w Polsce mimo, że przygotowane na zimę, ze świetną izolacją i grubymi ścianami… chronią też przed upałem. Od upału izolują. Za to cienkie domy w „ciepłych krajach” choć zacienione i z zimnych materiałów i tak 40 stopniowy upał wpuszczają do wewnątrz gdy nie włączy się klimy. Znam ten problem jako mieszkanka kraju gdzie lato jest bardzo gorące a zima nie ma mrozów.
„Australia nie chce obywateli chorych, starych i bezproduktywnych. W sumie nie ma się czemu dziwić, pragną zaprosić do swojego raju ludzi przynoszących „zysk”, a nie tych, których utrzymanie będzie kosztowne.” – to chyba najbardziej uderzające słowa, że w tych czasach wciąż nie liczy się człowiek taki jaki jest ze swoimi możliwościami jakie ma, musi być zyskowny i produktywny. Koniec i kropka.
Moja definicja raju. Moja rodzina mąż mi dzieci, mogę być w najbardziej pięknym miejscu na Ziemii i jeśli byłabym nieszczęśliwa bez rodziny.
Jakby moje wlasne przemyslenia☺️ 4 lata w Brisbane i dwojka dzieciorow pozniej? pozdrawiam West Coast!
cyt…Czy Australia to naprawdę raj na ziemi? Nie. Bo raj jest wszędzie tam, gdzie sobie go stworzysz. Równie dobrze może być w Sosnowcu.// To bardzo subiektywna opinia>Rownie dobrze mozna tak to widziec! Czy Sosnowiec to naprawdę raj na ziemi? Nie. Bo raj jest wszędzie tam, gdzie sobie go stworzysz. Równie dobrze może być w Australii.