Czego nie lubię w Australii.
Australia jest przepiękna. Białe plaże, bujna przyroda, administracja przyjazna człowiekowi, możliwości rozwoju i mili ludzie, przyciągają i kuszą. Ale zanim spakujecie manatki, zapraszam do przeczytania bardzo subiektywnego wpisu o tym, czego nie lubię w Australii.
Poczta.
Nie wiem, czy ktoś mi uwierzy, ale Poczta w Polsce jest w porównaniu z tą tutaj jest wzorową organizacją, w której pracują przemili ludzie, dostarczający przesyłki z wyprzedzeniem terminów. Poczta w Australii jest tematem żartów i narzekań. Zamówiłam coś ostatnio przez Internet. W Polsce byłam przyzwyczajona do przesyłek na drugi dzień, ewentualnie w tym samym tygodniu. W Australii po dwóch tygodniach zadzwoniłam do firmy z pytaniem, gdzie są moje rzeczy, w końcu było napisane 3 dni robocze, a nie 30! Echo, nikt nie odbiera, po 20 min czekania na linii zdechło, bip, pip, ciągły sygnał. Napisałam więc maila, czy to są jakieś żarty. Po 2 dniach, choć chwalą się, że pracują 24/7, przyszła odpowiedź. „Przewidywany czas dostawy bywa rzeczywiście żartem. Wszystko przez ten deszcz, czekaj dalej. Powodzenia”. Tyle w temacie rewelacyjnej obsługi klienta. Przesyłka w końcu przyszła. Nikt do mnie nie zadzwonił, nie poinformował, że była próba dostarczenia, choć mieli wszelkie możliwe kontakty, a dzieci codziennie zaglądają do skrzynki, znalazłam po prostu pewnego dnia z tyłu domu pudło. Cholera wie, ile już tam leżało.
Służba medyczna.
Powiem Wam w sekrecie, że to, czym tutaj się najbardziej chwalą, czyli darmowym dostępem do lekarzy, to bzdura. Lekarzem od wszystkiego jest tutaj lekarz rodzinny, u którego wizyta jest tania (ok. 30 dolarów) ale nie darmowa. W przypadku dużej rodziny ten koszt jest znaczny. Wizyty u specjalistów potrafią zrujnować budżet, dochodząc do kilkuset dolarów za wizytę.
Drugą kwestią jest lekarz rodzinny, czyli ogólny. Mam ograniczone zaufanie do kogoś, kto przepisuje środki antykoncepcyjne, szczepi dzieci i wypala kurzajki. Człowiek orkiestra? Nie sondzem. Kończy się to na tym, że moje dzieci, których 39 stopniowa gorączka i duszący kaszel były leczone Panadolem, a lekarz ich nawet nie osłuchał, po 3 dniach półprzytomne wylądowały w szpitalu z ostrym zapaleniem górnych dróg oddechowych. Szczepi się bez badania, antykoncepcję traktuje jak landrynki, a w ciąży robi USG 3 razy. W Polsce miałam zawsze szczęście do świetnych specjalistów, szczególnie pediatrów, ginekologów, dentystów. Standardy podstawowej opieki są znacznie (nie porównuję szpitala, bo tu rzeczywiście jest przepaść).
Nie ma L-4. Kiedy pracujesz, zbierasz dni, które wolno Ci wybrać przy okazji niedyspozycji, jeśli wybierzesz za dużo, nie dostaniesz za nie wynagrodzenia. Straszne, jeśli przydarzy Ci się coś poważniejszego, lub zachoruje Twoje dziecko, co mieliśmy okazję doświadczyć.
Radio i telewizja.
Lubię, kiedy radio cieszy mnie ironicznym żartem, osobowością prowadzącego, ciekawymi wiadomościami z kraju i świata i dobrą muzyką. Radio tutaj to tabloid, a telewizja to życie celebrytów 24 godziny na dobę. I sport. Rozgrywki krykieta przyprawiają mnie o nerwowe drgawki. Nie znajdziesz absolutnie nic, czego można by się złapać, co nie jest sieczką. Radio aktualnie przylepiło się do Eda Sheerana, którego gra w kółko, nawet 4 te same piosenki w ciągu jednej godziny. Można oszaleć! Dziś jest w mieście, w którym mieszkam, jest koncert Adele. W radio od rana trwa odliczanie i wszystkie serwisy informacyjne bębnią tylko o korkach z tej okazji. Kogo, oprócz posiadaczy biletów, to obchodzi?
Historia.
Właściwie nie istnieje. Oczywiście zacząć należy od tego, że ten kraj ma niewiele ponad 200 lat, więc z naszej perspektywy jest młodziutki. Niestety, panuje tu taka dziwna moda, że wszystko, co stare, równają z ziemią i budują nowe. Jest może kilka starszych budynków, ale i one są modernizowane, aby nadać im nowoczesnego charakteru. Najstarsze domy w okolicy pochodzą z lat 60-tych! Smutne to jest trochę, bo przecież nasza kochana Europa tą starością aż kapie. Czego chcemy nauczyć nasze dzieci? Tylko nowe ma miejsce bytu?
Usługi.
Nie odgadłam jeszcze na czym polega ta zagadka, choć mieszkałam już tutaj w sumie kilka lat. Nie ma szans na znalezienie dobrego fryzjera czy kosmetyczki. Robienie paznokci przypomina czeski film. Wchodzisz i pytasz „Czy robicie hybrydy”? Yes. „Można się umówić”? Yes. „Na którą”? Yes. Paznokcie samemu sobie wcześniej trzeba obciąć, inaczej łaskawa pani nie zetnie, bo wiadomo, im dłuższe, tym szybciej przyjdziesz znowu. Zapomnij też o relaksie. Musisz pilnować, inaczej paznokcie będą niedomalowane i krzywe. Cóż z tego, że jest w miarę tanio i bardzo szybko, skoro byle jak? Fryzjer to historia na osobny post. Powiem tylko, że większość ma długie włosy, co zupełnie mnie nie dziwi.
Sklepy.
Żart dla pracujących, a dla rodziców ogromne utrudnienie życia. Centra handlowe są otwarte do 17.30! Jest jeden dzień, czwartek, w którym można na zakupy wybrać się do 21, ale w inne dni pocałujesz klamkę. Spożywcze sklepy, owszem, do 21, ale na zakupy z psiapsiółą się raczej nie wybierzesz, a jeśli pracujesz, zostaje Ci sobota, lub niedziela, ale za to od 11. Masakra totalna. Przyzwyczaiłam się do kładzenia dzieci spać i wyskakiwania na szybkie zakupy w Polsce, gdzie wszystkie galerie były otwarte do 22.
Poprawność polityczna.
Nie można sobie powiedzieć „Wesołych Świąt”, przecież może to kogoś obrazić. Kogoś, kto nie wierzy w Święta, bo wyznaje inną religię. Nie wiem co jest w tym obraźliwego, nie wiem, dlaczego choinka, Mikołaj i bombki są uważane za zło konieczne i zupełnie nie rozumiem, dlaczego skoro tak bardzo komuś to przeszkadza, nie wyprowadzi się lub nie wróci do swojego kraju, w którym jest inna kultura? Osobiście mam w nosie to, w co ktoś wierzy. Dopóki nie zmusza mnie do swoich przekonań, może nawet wierzyć w międzygalaktycznego morsa.
Robotnicy.
W Australii działa opłata za przyjazd. Kiedy ostatnio wezwaliśmy hydraulika do zepsutej pralki wziął chłop 100 dolców za diagnozę „Tak jak mówiłem przez telefon, trzeba kupić nową, no to cześć”. I tyle go widzieli. Rozumiem, że przy tych odległościach mogłoby się zdarzyć, że taki robotnik jeździłby cały dzień po mieście i nic nie zarobił, ale przez te ceny tutaj praktycznie nic się nie naprawia, tylko kupuje nowe, bo się po prostu nie opłaca.
Rozrywka.
Od wyjścia na kolację, przez wstęp do muzeum, bilet na koncert, czy do zoo, za wszystko trzeba bardzo dużo płacić. Na przykład diabelskie koło, z którego jest piękny widok na miasto, przejażdżka około 10 minut, kosztuje tyle, co bak paliwa. Oczywiście zarobki są inne, ale przy dużej rodzinie są to kwoty, na które po prostu nie można sobie zbyt często pozwolić.
Przyroda.
W Australii mieszka kilka najniebezpieczniejszych zwierząt na świecie, w tym zabójcze pająki i rekiny. Zawsze jak tutaj wyląduję, na początku odczuwam panikę, kiedy zobaczę pająka, czy inne stworzonko. Helikopter latający nad plażą, czy ciemniejsza plama w wodzie, wywołują strach. Z czasem się można przyzwyczaić i przestać na to zwracać uwagę.
Materializm.
Podobnie jak w innych bogatych krajach, trzeba wszystko mieć najnowsze, ogromne, płaskie, szybkie i z odpowiednim logo. Paranoją są dla mnie telewizory na ogródku. Podobno z myślą o mężczyznach. On ma robić grilla i niech sobie wtedy chłop poogląda trzydziestąósmąpodrząd godzinę krykieta, a ona sobie w domu ogląda seriale i inne reality tv. Wszyscy są happy. Fakt życia dwa miesiące bez żadnego telewizora, który obecnie praktykujemy, nikomu nie mieści się w głowie.
Alkohol.
Mówi się, że Polacy dużo piją. Piją mniej niż ludzie tutaj. Mało tego, tutaj można pić i jeździć. I o ile wiele osób rzeczywiście się ogranicza i myśli o tym, to chyba wszyscy wiemy, że nasza możliwość właściwej oceny sytuacji nawet po jednym drinku odrobinę się zmienia. Kary są bezlitosne, a kontrole bardzo częste, więc rzadko kto ryzykuje, ale widziałam już wiele wątpliwych sytuacji.
Ruch uliczny.
Nawet jeśli kupisz sobie nie wiadomo jak wypasiony samochód, możesz sobie nim pojechać z zawrotną prędkością 80 km/h. I wszędzie działają kamery, robią zdjęcia i masz je w tym samym tygodniu w skrzynce pocztowej. Nie przejmuj się płaceniem mandatu, ściągną Ci z wypłaty. W nagrodę dostaniesz też punkty karne. Masz ich w pakiecie 12 do utraty, odnawialnych, uwaga, raz na 3 lata! Stracić prawko jest więc bardzo łatwo.
Korki.
Nie chcesz jednak tracić prawka, bo odległości tutaj są przerażające. Wszyscy mają samochód, od momentu, kiedy ukończą 17 lat, a jeśli go nie posiadasz, jesteś jak bez ręki. Przez to są też ogromne korki, a ulice pełne starych samochodów, którymi jeździ młodzież.
Nie ma przejścia dla pieszych, przynajmniej tutaj, gdzie mieszkam, nie ma typowej zebry. Przechodząc z dziećmi przez ulicę, mam wrażenie, że towarzyszą mi spojrzenia w stylu ojej, jaka nieodpowiedzialna, choć zawsze wybieram miejsce z obniżonym krawężnikiem, które niby ma być wyznacznikiem przejścia.
Moda.
Australijki bardzo dbają o swoją kondycję, ale jeśli chodzi o modę, ubierają się raczej plażowo. Cały rok w japonkach i w getrach. Prawie się nie malują. Sklepy dzielą się na te z ciuchami od projektantów, albo zupełne dziadostwo, na raz do ubrania. Nie ma nic pomiędzy, a jak założę coś z Polski, to zawsze ktoś mnie pyta gdzie kupiłam.
How are you?
Każdy, kto kiedykolwiek zamieszkał w kraju, w którym mówi się po angielsku wie, że przychodzi taki moment, że jeśli kolejna osoba, zupełnie obca, na ulicy, bez żadnego powodu spyta Cię jak się masz, odzywają się w człowieku mordercze instynkty i ma ochotę krzyknąć „Dobrze k..a! Dobrze”! Bo to „How are you” jest takie puste. To nie jest zaproszenie do wylewania żali, czy odkrywania swojego nastroju. To jest furtka tylko i wyłącznie do odpowiedzenia „OK”. To, jak się masz, nikogo nie obchodzi.
Napisałam ten tekst, bo wiem, że to są rzeczy, których nie wyczytacie na pięknych zdjęciach z Australii. I chcę Wam przekazać jedną ważną wiadomość.
Polska jest piękna.
Ma swoje absurdy, ale jest cudnym krajem, pełnym głębokiej historii, walecznym. Trawa u sąsiada wcale nie jest bardziej zielona, wszędzie tam, gdzie jesteśmy są plusy i minusy. Nawet w bogatej i upalnej Australii.
Z chęcią poczytam opowieści o Waszych zagranicznych doświadczeniach, albo szczególnej miłości do Polandu. Zapraszam.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Uff jak dobrze, ze w takiej Australii wszystko nie jest różowe ? Dzięki takiemu tekstowi pozostaje jedno: doceniać i szanować to co się ma i gdzie się mieszka bo nie jest powiedziane, że na obczyźnie to napewno będzie zawsze idealnie. Życie jak życie- wszędzie ma swoje plusy i minusy. Pozdrawiam i cierpliwości życzę ?
Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma! Ja poznałam róznego typu absurdy Wielkiej Brytanii a więc nie jestem zaskoczona ze w Australii opieka medyczna wygląda tak a nie inaczej. Co kraj to obyczaj! Polska jest piekna a ludzie nawet o tym nie wiedzą bo przecież prestiżem jest kupic Last or First Minute gdzies daleko a nie wiedzieć co jest 50 km od miejsca zamieszkania. Nie powiem sama raz w roku jadę zachłysnąć się kulturą i krajobrazem jakiegos Europejskiego państwa – każde ma swoje absurdy!
Ale kupie namiot i rozbije go któregos dnia u Ciebie w ogródku 🙂
Mogłabym napisać o innych krajach, ale powiem jedno… Hybrydy … hmm wpadłaś Siostro 🙁
PS. Luz poczta w mojej części Krakowa działa bardzo podobnie 😉
Kobieto! ja znalazłam tutaj przyjemniej kilka dobrych pomysłów na biznes 😉 do dzieła 😉 :*
Mieszkalam 5 lat we Wloszech, obecnie siodmy rok w Albanii. Caly swiat jest taki sam: wszedzie sa plusy i minusy. Ludzie wszedzie sa tacy sami! Na emigracji zawsze docenia sie i teskni za Polska!
Pozdrawiam! 🙂
Ileż tu podobieństw do USA gdzie mieszkałam kilkanaście lat…Kiedyś nieźle mi się oberwało jak zaproponowałam choinkę do biura gdzie pracowałam 🙂 I ciągle musiałam uważać aby przypadkiem nie wyrwało się zakazane 'Merry Christmas’. Dopuszczalne było tylko 'Happy Holidays’. Przykro 🙁 I wiele innych podobieństw jak korki, materializm czy służba medyczna, która może wyczyścić twój portfel w sekundzie 🙁 Ale muszę powiedzieć, że to 'how are you’, mimo, iż sztuczne, poprawiało mi często humor i podobało mi się. W Polsce tego nie ma. Pozdrawiam 🙂
To ja się jednak zastanowię czy lecieć ;-). A fakt kilka pomysłów na biznes się pojawiło w tekście. Daga przemyśl to ;-). Mogę Ci wysyłać paczki z ciuchami z Polski 😉 hihihi
a ja myslalam ze takie rzeczy to tylko w Norwegii☺ corke lecza od grudnia i dalej chora na dniach lece do Polski moze tutaj pomoga . Bez auta ani rusz,tez lepiej kupic nowe niz naprawiac, korki, alkohol tak samo jak w Australii jedyna roznica to tylko albo az pogoda , mgły,deszcz,mało slonca to codziennosc
Holandia. Sklepy do 18. Po roku jeszcze zdarza mi się pojechać i pocałowac klamkę:P. Mandady za przekoczenie prędkości kosmiczne, a komputer w samochodzie pokazuje średnią prędkość z jaką jeździmy na zawrotnym poziomie 36km/h !!!:) z pocztą też słabo, duże spożycie alkoholu, ale raczej piwo, wino, nie wódka i niestety niedobre jedzenie. korki: dużo łatwiej i szybciej tu się przemieszczać na rowerze niż samochodem, co w sumie jest i plusem i minusem, jeśli weżmiemy pod uwagę pogodę….
Pozdrawiam z deszczowych niderlandów 🙂
Zgadzam się:)Sluzba zdrowia tez inna niz w Polsce, rzadko antybiotyk dostaniesz, a to akurat na plus. Porody w domu i 3x podczas ciąży USG to też standard. Holenderzy jedzą lunch czyli kanapki, które popijają często mlekiem i o tej porze az do wieczora w restauracjach ciężko dostać coś obiadowego. Wszyscy jedzą wieczorem po 18 na ciepło. Jedzenie też do wspaniałych nie należy, pogoda wiatr i deszcz, dzieciaki bez czapek;) haha co rzuca się w oczy każdej polskiej mamie. Na urodziny dekorują krzesło solenizanta i gratulują rodzinie:)Przed domem wystawiają plecak, gdy dziecko idzie do szkoły lub bociana, gdy się urodzi. W sumie to bardzo rodzinny naród i dzieci są ważne. Każde dziecko nawet po urodzeniu jest w swoim pokoju i tam spi i żaden Holender nie rozumie, że można z dzieckiem spać w 1 pokoju, nie mówiąc w 1 łóżku;)
No i zaproszenia na kawę na których w ofercie jest kawa i herbatniki… Po słowiańskim pasieniu przy każdej okazji było trudno, ale się przyzwyczaiłam w końcu.
W USA tez nie jest slodko i latwo, czasem walka z wiatrakami, ale mysle ze juz sie przyzwyczailam, chociaz czasem cos mnie zaskoczy. Np mortgage company nie zaplacila nam podatkow i dostalismy lien na dom, po ingerencji zaplacili,ale zabrali drugi raz z konta kase, juz walcze od wrzesnia z nimi i za kazdym razem albo nie maja odpowiedzi albo nie ma records ze dzwonilam. Federalna agencjia ktora ma ich za pysk trzymac to jakis joke. Czasem list idzie dwa tygodnie w obrebie NY, czasem paczka przed UPS zginie a potem dostane dwie na raz:i nowa i zaginieta. Niby ubezpieczenie mamy, ale przez rok splacalam na raty rachunek do szpitala po cesarce bo insurance stwierdzil ze tej kwoty juz mi nie pokryje. Corka miala zapalenie ucha i kiedy wyzdrowiala znowu cos jej sie dzialo i PM pediatrics (taki pediatra do 24 otwarty) stwierdzil ze to znowu zapalenie ucha i dal kolejny antybiotyk. Nie moglam jakos w to uwierzyc i w nastepny dzien pojechalismy do ENT, ktory stwierdzil ze dziecko zdrowe i kazal odstawic antybiotyk (dostala tylko jedna dawke). A sprawdzal takimi kamerami, ze bardziej jemu uwierzylam. No a nasz pediatra kazal antybiotyk dalej dawac. Zdrowemu dziecku!
Zarobki zdecydowanie lepsze, bo nawet bedac w sredniej klasie na wiecej cie stac. Mozna kupowac na przecenach wszystko i nie martwic sie ze ci nie starczy.
Wszedzie plusy i minusy. Mam nadzieje, ze wiecej plusow bedzie bo nie wyobrazam sobie zycia gdzie indziej poki co. A na zakupy ciuchow zapraszam do NY, sklepy dlugo otwarte ?
Jak się człowiek parę razy wybierze do Stanów, to też widzi się więcej niż to co pokazują w serialach i w filmach. I to wcale nie kolorowy American Dream. Co kraj to obyczaj, uwazam, że trzeba podróżować, żeby mieć perspektywę, a z Polski dumnym być ot co?
Najlepszym krajem do zycia jest Szwajcaria…tak z mojej osobistej perspektywy. Mieszkalam w USA kilka lat, W Szwajcarii i Francji. Szwajcaria najlepsza pod kazdym wzgledem.
pozdrawiam i tylko powiem ze to BARDZO SUBIEKTYWNA ocena Australii- mieszkam tu prawie 12 lat, zbieram wciaz nowe doswiadczenia, oczywiscie zycie nie jest rozowe i idealne- tak jak zreszta wszedzie- ale wedlug mnie to chodzi o nastawienie ktore mamy na codzien do ludzi ktorzy nas otaczaja, do miejsca gdzie mieszkamy i jesli skupiamy sie tylko na tych wszystkich „uszczerbkach i mankamentach” to nigdzie czlowiek nie bedzie szczesliwy. jeszcze raz pozdrawiam serdecznie wszystkich uczestniczacych w komentarzach:):):):)
Ty tak serio?! Bo na początku po przeczytaniu tego wpisu sie nieco zjeżyłam, ale póżniej poczytałam Twoje inne wypowiedzi i doszłam do wniosku, że masz chyba specyficzne poczucie humoru i może niekoniecznie wszystko, co,piszesz należy poważnie traktować. Niemniej jednak uważam, że troszkę zniekształcasz tym wpisem obraz Australii. Zacznę od tego, że owszem, ten mega wolny ruch drogowy w Zachodniej Australii wkurza, jednak chyba lepsze to niż codzienna walka o życie na drodze w Polandii, szczególnie z perspektywy osoby, która ma trójkę dzieci… Och, jak chętnie bym zobaczyła coś takiego w Polsce! A ile by to dało kasy do budżetu! W sumie naprawdę się dziwię, że nikt jeszcze na to nie wpadł.
Poza tym te dramatyczne ograniczenia prędkości i naszpikowanie radarami występuje zasadniczo tylko w Australii Zachodniej, w innych stanach jest przecież dużo lepiej. Przeczytalam jeszcze raz akapit o pozdrowieniu How are you. Napisz, że żartujesz, proszę. Nie chcę brzmieć jak hejter, ale nie rozumiem, jak osoba, która ma męża Australijczyka, ba, mieszkała trochę w krajach kultury anglosaskiej nie kuma, że to nie żadne pytanie o samopoczucie tylko nasze polskie „cześć”. Czy po „cześć” ktokolwiek oczekuje osobistych wynurzeń na temat naszego nastroju? Ale jakże miło jest, kiedy obce osoby uśmiechają sie do Ciebie i wprawiają w dobry nastrój! Nieeee, Ty musisz to wszystko wiedzieć, ten wpis to musiala być bardzo głęboko ukryta ironia. TV to Ty chyba nie oglądałaś w Polsce rownież. Moim zdaniem stoi to na podobnym poziomie. Moze u nas wiecej gadających głów, ale to akurat przewaga Australii. Radio też dno i tu i tu. Piosenki te same co godzine i to w tej samej kolejności. Opłaty za przyjazd i oszacowanie kosztów napraw w Polsce tez istnieją. Wlasnie czekam tu ( bo niestety jestem od 5 dniu z powrotem) na fachowca od pralki z kasa za pazuchą. Nie spotkalam sie z az tak drastycznymi przejawami poprawności politycznej. Choinki widzialam, gwiazdory, merry christmas co chwile ktos życzył. A to, ze Kościół ( zaden!) sie w zycie nie wtrąca i nic nie narzuca to chyba dobrze! Co do materializmu to chyba wszystko zalezy od tego, jakich sie ma znajomych. Mam w Australii takich, ktorzy glownie koncentruja sie na gadkach o nowych autach, ale mam tez takich i w Polsce (dziwnym trafem w Polsce sa to szczegolnie… lekarze). Generalnie świat sie spłyca i komercjalizuje i jest to bardzo przykre. Centra handlowe w okolicach Perth faktycznie otwarte tak jak piszesz, choc w innych stanach jest pod tym względem lepiej i na pewno w centrach – CBD sa otwarte do pozna. Co tam jednak kupować, skoro ciuchy tragedia. Zgadzam sie w 1000%. A buty to już w ogóle dramat do potęgi. No, ale on faktycznie maja do ciuchów luźne podejście, wiec wielbicielki wysokich obcasów, markowych torebek i sukienek od polskich projektantów powinny zdecydowanie zostac w Polsce i sie lansować w Sopocie, a nie na promenadzie w Cottesloe ( najsłynniejsza plaza w Perth). W sumie to mi sie to nawet podoba, choc lubie i fajne torebki, i sukienki. Co mnie do tej pory denerwowało w Australii to zbyt mała konkurencja wśród marketów. Jeszcze dwa lata temu byly zasadniczo trzy, przy czym naprawde liczyły sie dwa i co chwile byly posądzane o zmowę cenowa. Teraz pojawił sie Aldi i chyba sie coś w temacie konkurencji ruszyło. Bo ogólnie to ceny w Australii są strasznie wysokie… Szczerze powiem, że to absolutnie jedyny poważny problem, z ktorym tu trzeba sie mierzyć, nie będąc dobrze sytuowanym. No dobra, jest i drugi – obrzydliwe karaluchy, ktore wpadają do domów i czają w najmniej spodziewanych miejscach…
Ale i tak chce tam wrócić. I wrócę. Pozdrawiam wszystkich, szczegolnie tych kochających Australie i przeczuwających, ze moga ja pokochać.
Droga Alicjo, Twój komentarz tutaj jest i niepotrzebnie sobie zawracałaś głowę grzebaniem i szukaniem, Twoja opinia jest inna od mojej, z wieloma rzeczami nie mogę się zgodzić. Ale przecież każdy żyje tam gdzie chce. Pozdrawiam!
Alicjo, ten komentarz cały czas tutaj jest. Nie mam specyficznego poczucia humoru, tak po prostu myślę, nie jestem HURRA optymistycznie nastawiona do wszystkiego, bo pomimo bycia pozytywną, jestem też realistką. Punkty są takie same wszędzie, how are you może denerwować, a prezenterzy w radiu seplenią. Pozdrawiam serdecznie i serio, trochę dystansu, bo oszalejesz. 🙂
Nie wiem, jak to się stalo, ale tego swojego bardzo dłuuuuuuuugiego przecież bardzo komentarza nie widzialam absolutnie. Ciekawe.
Niemniej jednak fajnie, że go zostawiłaś.
Pewnie, że każdy ma prawo do własnych opinii, zdzwiło mnie jednak, że tak patrzysz na australijska rzeczywistość, mnie ona jednak dużo bardziej odpowiada niż polska i pewne jej wady ja stram sie widziec jako zalety ( jak ten ruch drogowy, choc uwierz – sama nie jezdze bynajmniej jak aniołek, ale bardzo wkurza mnie to, co widze na polskich drogach). Ale to nas różni, a może paradoksalnie łączy, że ja jestem w Polsce, a Ty w Australii z przyczyn nie do końca zależnych od naszego „chcenia”. Takie mam wrażenie przynajmniej.
Cóż, życzę Ci, żebyś jednak polubiła i zaakceptowała australijskie wady, nauczyła powoli jeździć ?, znalazła odpowienia kosmetyczkę i fryzjera ( rozumiem, ze to akurat sa ważne sprawy! ), lekarza, no i żeby sernik z ricotty Ci wyszedł.
Pozdrawiam!
A, i jeszcze przeczytalam, ze narzekasz, że nie ma sera do sernika i pierogów. Ja sie posiłkuje takim substytutem – ricotta w zielonym sitku 1 kg, jakas wloskobrzmiaca marka, do kupienia w Woolworths. Wychodzą i pierogi, i sernik, choć smakowo do końca to nie jest to samo ?. Ale za to mozesz zrobic super sernik z prawdziwym mango!
Droga Dagmaro, widze, że na Twoim blogu panuje cenzura niczym za komuny i totalnie nie radzisz sobie nawet nie z krytyką, ale po prostu dyskusją. Przecież mój komentarz nie byl wcale atakujący czy niemiły! Po prostu wyraziłam swoje zdanie, odmienne w niektórych punktach od Twojego. Wygląda mi na to, że nie masz do siebie dystansu. To usuwanie komentarzy musi Ci dużo czasu zajmować?
Szkoda, że tak robisz, bo jak napisalam ja kocham Australie i mialam nadzieję, że to bedzie fajne miejsce na wymianę poglądów, porad itp. Jednak nie będę należeć do chóru potakiwaczy, dlatego pozbywasz sie co najmniej jednej czytelniczki.
Usuń proszę również mój wpis o serze, po pierwsze nie chcę tu widnieć, po drugie jest wyrwany z kontekstu. Chociaż może zostaw, może inni się domyślą, że usuwasz komentarze, które nie do końca sie z Tobą zgadzają i dwa razy sie zastanowią zanim stracą swoj cenny czas na ich napisanie.
Yyy, może trzeba trochę dalej popatrzeć? Jest przycisk scroll down i myszka. Polecam użyć od czasu do czasu.
Skoro tak narzekasz ze jest źle czemu nie wrócisz do polski? 🙂 PROSTE Nawet nie wiesz ilu ludzi stara się o to żeby stąd uciec a Ty narzekasz ze nie możesz zrobić sobie paznokci u kosmetyczki. Ludzie proszę was…
haha na koniec moje ukochane 'how are you?’ 😀 mieszkałam pół roku na Cyprze i miałam go serdecznie dość 🙂 bo inni nawet nie słuchali odpowiedzi tylko szli dalej 🙂
ale racja, wszędzie znajdą się plusy i minusy!
poza poczta cala reszta to prawda haha moze jeszcze bym dodala ze wysoka nietolerancja tutaj szczegolnie jak nie jest ktos urodzony w Australii. no I jeszcze Ci imie zmienia na Kas bo Kasia to przeciez za dlugi wyraz i za trudno wymowic ha ha
od 4 lat w UK, tesknota za Polska -> 0, tesknota za ludzmi w Polsce ->+100 🙂 Tu tez jest mnostwo minusow, jak wszedzie, ale jakos zyje sie przyjemniej, ciezko to nazwac.
Bardzo ciekawy wpis i wielu aspektach życie. Nas interesuje podejście do spraw zawodowych. Będziemy śledzić posty!
W Kanadzie mieszkam prawoe 10 lay, to tez kraj bedacy pod :kuratela: Krolowej Matki, wiec wiele rzeczy mamy podobnych. Wspolczuje, zwlaszcza jesli chodzi o sluzbe zdrowia. Mam podobna, z tym ze nie ma w Kanadzie prywatnej w ogole. Nie mozna pojsc prywatnie do specjalisty, zrobic badania (chyba ze sie nie jest Kanadyjczykiem). Lekarz rodzinny jest oczywiscie od wszystkigo, a znalezc takiego ktory przyjmnie Cie pod swoje opiekuncze skrzydla, bardzo trudno. Operacje najczesciej robione sa w tym samy dniu w ktorym umowiony jestes do przyjecia do szpitala i wychodzisz po kilku godzinach po niej. To akurat mi sie podoba! Nie ma lezenia tygodniami, bo NFOZ nie zaplaci. Nie ma powiklan, zakazen bakteryjnych, odlezyn. I jeszcze co mi sie podoba, nie wolno reklamowac lekow! Zadnych! Ani witaminek, pastylek, syropkow, ani innych cudownych srodkow ktore uczynia nas pieknymi, zdrowymi i szczesliwymi. Dzieki temu nie ma lekomanii, Gozdzikowa nie doradzi co wziac na glowe 🙂 ale mozna spytac farmaceute, a i sa darmowe porady lekarskie w nie ktorych aptekach. Co mnie najbardziej boli? Jesli nie pracujesz w korporacji dajacej dodatkowe ubezpiecznie, nie masz platnych chorobowych, platnych wakacji, doplat do okularow, szkiel do nich, dentysty, lekow na recepte, rehabilitacji itp. To bolesne dla kieszeni i nie zdrowe na Ciebie. A reszta? Da sie zyc! I nawet ich „how are you” mnie nie wkurza i odpowiadam tym samym 🙂 Wole juz to niz naburmuszone, wiecznie niezadowolone oblicza ktore spotykam bedac w Polsce 🙂 Pozdrawiam serdecznie i czekam niecierpliwie na kolejne wpisy i wrazenia.
How are you? Nie znoszę! Ale we Francji mamy swoje „Ca va?”, które jest tak samo częste i tak samo puste.
Mieszkałam 5 lat w Wielkiej Brytanii (Szkocja). Spostrzeżenia dokładnie takie, wliczając w to lekarzy pierwszego kontaktu, leczących Panadolem, kiepskich fryzjerów i stylistów paznokci, no i to niesczęsne „how are you?”…