Chore dziecko doprowadza rodziców do rozpaczy.
Wiem. Wiem dokładnie co czujesz. Co czujesz, kiedy Twoje chore dziecko budzi się w nocy z gorączką, kiedy odbierasz telefon z przedszkola, że wymiotuje. Wiem, jaka jest Twoja reakcja na podejrzane kropki na rękach. Mimo tego, że ogromnie boisz się o zdrowie swojego malucha, że chcesz ulżyć jego cierpieniom i najbardziej na świecie pragniesz, aby było zdrowe, ogarnia Cię też panika. Bo chore dziecko to problemy. To nieprzespane noce, to miliony monet zostawione w aptece, to niedobre lekarstwa, których zażywanie trzeba za każdym razem negocjować i przekupywać łapówką. To w końcu areszt domowy w towarzystwie małego terrorysty.
Bo chore dziecko jest jak chodzący, mówiący, środkowy palec. Wszystko na nie, ciągłe dąsy i marudzenie. Chodź, pokaż, zrób, chcę na rączki, maluj, nie, nie, nie tak, czytaj, ale nie to, bajkę, ale ta nie jest fajna. To dlatego cały dom tonie w syfie, obiad w połowie rozgrzebany, a o 16 gary ze śniadania nadal w zlewie. Cokolwiek zaczniesz, dziecko natychmiast Cię potrzebuje i dziurę w brzuchu wywierci, dopóki tego nie zrobisz. Tak więc rzucasz wszystko, bawisz się, budujesz i lepisz. Kiedy dziecko w końcu pada na drzemkę lub wieczorem, zamiast odpoczywać, ogarniasz chałupę.
Ja naprawę wiem, jak to jest codziennie kłócić się o to, kto zostanie w domu. Bo przecież on zarabia więcej, bo ona ma konferencję, bo jego szef jest zadufanym dupkiem, bo jej szefowa jest wyzwoloną singielką, a on akurat ma delegację Norwegów. Kto zostanie? Codzienna licytacja.
Wiem, jak to jest nie mieć żadnych planów przez długie miesiące. Żyć z dnia na dzień na nic nie czekając, z perspektywą dni złych i gorszych. Chore dziecko niweluje wszystkie założenia.
Wiem. Wiem, bo przeżyłam dwa lata, podczas których moje dzieci były CAŁY CZAS CHORE. Jedno gorączkowało, zdrowiało, zaczynało drugie, potem trzecie. Każde przeziębienie to u mnie w domu były dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Kiedy trzecie zdrowiało, pierwsze łapało coś nowego. I tak do usranej śmierci, codziennie szpital. Przeżyłam zmienianie pościeli 10 razy w ciągu jednej nocy. Przeżyłam chwile, w których nie było wiadomo, kogo ratować najpierw. Czy dziecko, które wymiotuje, czy to, które z biegunką nie zdążyło do toalety, czy trzecie, w środku nocy wyrwane ze snu? Czy w końcu podłogę, żeby się dało w ogóle wejść do toalety? Pamiętam noc, kiedy mąż mył podłogę, ja prałam kolejną pościel, a trójka dzieci myła się pod prysznicem. O 2 w nocy. Przeżyłam ciągłe jęczenie. Wydeptane ścieżki do lekarzy specjalistów. Ostre dyżury. Tysiąc złotych miesięcznie wydany w aptece na leki. Zaczynanie dnia od mierzenia temperatury, inhalacje rano, wieczorem, w nocy i w południe, ciągłe wymioty, biegunkę, odwodnienie. Bostonka, zapalenie płuc, oskrzeli, krtani, szkarlatyna, angina, zapalenie migdałków, rota wirus, infekcje niewiadomego pochodzenia, podejrzenie astmy, zapalenie uszu. Czy mam dalej opisywać? Choroby mojej trójki doprowadzały mnie do rozpaczy, totalnej frustracji, żalu z powodu własnej bezsilności, złości na niekompetencje lekarzy. I skraju bankructwa. Sterydy do inhalacji, probiotyki, antybiotyki, witaminy, tabletki do ssania, spray do nosa, nowe leki na uodpornienie. To wszystko kosztuje.
Próbowaliśmy wszystkiego, od naturalnych metod (czystek, mieszanki z miodem, czosnkiem, cytryną, sokiem malinowym, itp.) po medykamenty na uodpornienie. I te przepisane przez lekarza, jak i te polecone przez znajomych, bez recepty. Bywało, że pół roku jedliśmy probiotyk, piliśmy stale tran, łykaliśmy syropki, tabletki, suplementy, witaminy. Nie wszystko na raz oczywiście, ale kuracja za kuracją. Ja jestem długodystansowcem, więc jeśli decydowałam się na coś, to braliśmy to zalecony okres, po którym istniała szansa, że zadziała. To nie było tak, że dwa dni podawałam dzieciom magiczny syropek, po czym stwierdzałam, że to do niczego i wyrzucałam do kosza, a dzieciom podawałam nowy specyfik. Nie. Konsekwentnie, metodycznie, po kolei. I o kant roztrzaść.
Wszyscy powtarzali, że tak zazwyczaj jest, że dzieci w wieku żłobkowo-przedszkolnym muszą się wychorować, że to minie. Ale nie mijało. A nasza rozpacz pogłębiała się z każdym kaszlnięciem.
W końcu doszło do tego, że nasze życie zaczęło przypominać ciąg chorób. Wróciliśmy z wyjazdu na Święta w połowie turnusu – dzieci były chore, całą noc kaszlały i płakały. Nie pojechaliśmy na narty, bo nie znaleźliśmy zimowego tygodnia, w którym dzieci były zdrowe. Przestaliśmy nawet chodzić na basen, który dzieci uwielbiały, bo sądziliśmy, że przyczynia się do ciągłych chorób. Nawet do Australii lecieliśmy z chorobą, Emma cały lot miała gorączkę, a na miejscu musieliśmy iść do lekarza – wakacje zaczęły się od zapalenia migdałków i antybiotyku.
Strasznie było mi żal dzieci, ciągle coś je omijało – czyjeś urodziny, występ w przedszkolu, do którego przygotowywali się miesiącami, zabawa na śniegu, wycieczka, zaplanowane zajęcia dodatkowe, basen.
Okres najgorszych chorób dzieci zbiegł się w czasie z moim powrotem do pracy. Wiem więc, jak strasznie się czujesz, kiedy nigdzie nie wygrywasz. W domu nie jesteś na pełny gwizdek, a w pracy w kratkę. Wszyscy patrzą na Ciebie podejrzanie. Bo przecież jak to? Znowu chore? Na pewno coś kombinujesz! Jak to nie da się niani zorganizować? Nikt za bardzo nie chce pojąć tego, że kiedy trójka Twoich trzyletnich dzieci ma zapalenie płuc, średnio jesteś w ogóle w stanie zostawić je z obcą osobą. Abstrahując od tego, że możesz zwyczajnie nie chcieć i w nosie mieć klientów, raporty i konferencje.
Znam wszystkie dylematy matek dzieci chorujących. Nie każdy katar to choroba, nie da się dziecka z każdym kaszlem zostawiać w domu. Bywają alergie, astma, a w końcu choroby, przy których kaszel po prostu szybko nie mija. Jest mi ciężej oceniać matki, których dzieci kaszlą w przedszkolnej szatni. O ile faszerowanie ich rano panadolem, żeby bez gorączki mogły iść do przedszkola, nie jest w porządku, o tyle rozumiem, że nie każdy katar oznacza zostanie w domu.
Przyznam, że kiedy moje dzieci zdrowiały, a ja wracałam do pracy, bywało, że zrywałam się o świcie, jechałam do biura, siadałam i z zachwytem przyglądałam się otoczeniu. Szpilki na nogach! Śniadanie na siedząco! Gorąca kawa! I sami dorośli na około. Uff, jak dobrze.
Pozwoliłam mojemu mężowi dostąpić zaszczytu poleżenia sobie w domu z trójką chorych dzieci. W pierwszy dzień witał mnie z uśmiechem. Nic dziwnego, dla dzieci dzień z ojcem to była rozrywka, poza tym miał naszykowane jedzenie, dom błyszczał, a na lodówce zostawiałam listę możliwych zajęć dla dzieci. W drugi dzień już mu mina zrzedła, padł przed telewizorem o 21. W trzeci dzień spytał, dlaczego tak późno wróciłam, gdzie w Polsce wykonują wazektomię i czy możemy dodać 1000 zł w ogłoszeniu dla potencjalnej niani. Od tego czasu jak tylko wpada do domu po pracy, zabiera się za robotę. Nie pyta, dlaczego coś jest zrobione, albo dlaczego przewrócił się o klocek. On wie, że w porównaniu z osobą w domu z chorym dzieckiem, kto był w pracy, odpoczywał. Mam nawet zdjęcie, kiedy ledwo przestąpił próg, złapał, jeszcze w garniturze, dziecko, które już nie zmieściło się na moich kolanach. Dziecko na zdjęciu wymiotuje. Na garnitur.
No dobra, dość tych strasznych wspomnień i użalania się nad sobą. Było, minęło. Jak to przeżyłam? Na pewno to najbardziej Was interesuje. Podpowiadam.
W dni, kiedy moje dzieci były chore, byłam naprawdę cool mamuśką. Wiedziałam, że w inne dni jesteśmy uczesani i przezorni, jemy zdrowo i dbamy o wszechstronny rozwój, więc w dni choroby nie miałam absolutnie żadnych ambicji oprócz jednej: przeżyć. Smażyłam naleśniczki, piekłam babeczki, robiłam ciasteczka. Dmuchałam bańki i lepiłam zoo z ciastoliny. To, że mąką pokryta była cała kuchnia, brokat był na wszystkim i wszystkich, dzieci po malowaniu trzeba było kąpać, a ozdoby do babeczek walały się w każdym kącie, mało mnie interesowało. Rozpieszczałam, żeby nie słuchać wiecznych jęków i wszystkim umilić ten trudny czas.
Nie obwiniaj się! Stale piszą do mnie matki, których rodzina, przyjaciele i życzliwi uważają, że one są winne chorób dzieci. Weź stuknij im wszystkim w głowę. Zrób to, co moja koleżanka. Halina? Słabo Cię słyszę. Co??? Poczekaj, Igorek się chyba obudził! Zadzwonię potem, pa! W tym trudnym czasie potrójnie dbaj o otaczanie się dobrymi ludźmi, nie idealnymi, wiedzącymi lepiej doradcami, których chcą Ci dokopać. Choroby, słaba odporność, pora roku, smog, geny, to nie Twoja wina. Nie daj się.
Odpoczywaj. Serio. To taki banał, a zrozumiałam go tak bardzo późno. Ale kiedy w końcu to pojęłam, w te dni, kiedy moje chore dziecko było w dobrym humorze, dawałam mu bajkę do ręki, kładliśmy się razem w łóżku i ja próbowałam choć na chwilkę zmrużyć oko, lub po prostu leżałam i słuchałam dyrdymałów Świnki Peppy. Te 15 minut w chaosie zaległości w moim domu naprawdę nie robiło ŻADNEJ różnicy. W moim samopoczuciu – znaczną.
Pomoc. Nie miałam i strasznie ubolewam. Niania, mama, siostra, ktokolwiek, nawet na kilka godzin dziennie by się przydał. Nie miałam na co dzień tego luksusu. Ale mam mamę, która od czasu do czasu zostaje z dziećmi w weekend. I pamiętam taki weekend, który zbiegł się z naszą rocznicą. Dzieci akurat po ciężkiej chorobie, kiedy wyjeżdżaliśmy jedno znowu wyglądało podejrzanie. Pojechaliśmy. Już zdalnie wzywałam lekarza domowego na wizytę, bo oczywiście wszyscy znowu mieli jakiś wirus. Na stoku, z deską przypiętą do nóg, ustalałam przebieg leczenia. Ale mama i babcia chciały pomóc, doskonale sobie poradziły, w którymś momencie zakazały mi więcej dzwonić. Nie wróciłam, bo po prostu potrzebowałam przerwy. Byłam w tamtym okresie cieniem człowieka. Pragnęłam prysznica bez zakłóceń, 8 godzin snu, gorącej kawy i śniadania bez pośpiechu. I chciałam spokojnie porozmawiać z mężem. Nie czułam się jak wyrodna matka, choć kiedy o tym napisałam na blogu, były takie komentarze. Jak mogłaś? Mogłam. To był instynkt przetrwania. Moje dzieci były chore cały czas, a ja padałam na pysk. Dlatego przyjmij tę podpowiedź. Proś o pomoc i mów głośno o rozpaczy, braku sił i potrzebie snu. Nikt o tym nie mówi, a to żaden wstyd! Kiedy tylko poprosisz, okaże się, że znajdzie się ktoś chęny do pomocy. Może być nawet koleżanka, która ugotuje Ci po prostu gar zupy. Albo brat zmieni Ci opony. Musisz tylko przestać zgrywać bohatera.
Nauczyłam się, że czasami warto dmuchać na zimne. Kiedy moje dziecko ma wieczorem gorączkę, wymiotuje, ma podejrzaną wysypkę, ale w nocy jest ok i rano też zachowuje się normalnie, zwykle nie posyłam go do przedszkola. Nauczyłam się, że taki początek, stłamszony w zarodku, jest po prostu jednodniową słabością. Posiedzimy dzień lub dwa w domu i minie. Gdybym dziecko posłała do przedszkola, za dwa dni wróci z zapaleniem oskrzeli i zamiast jednego dnia w domu, tych dni będzie dwa tygodnie. Nie warto.
Zamiast zostawiać miliony w aptece, inwestuję w dietę opartą na produktach wysokiej jakości. Choć zjemy i pizzę i kupne pierogi i frytki z maka, staram się kupować dobre mięso, warzywa na targu, nie karmić dzieci żywnością przetworzoną i konserwantami. Czytam skład i szukam przepisów, które są odżywianiem, nie tylko zaspokajaniem głodu. Wolę zrobić niż kupić. Każdego dnia myślę o tym, co trafia do naszego brzucha. Nie jemy chipsów, nie kupuję batoników, żelków, drożdżówek, napojów udających wodę i jogurtów z przewagą cukru w składzie. I wielu innych rzeczy kiepskiej jakości, napakowanych aromatami, spulchniaczami i tablicą Mendelejewa.
Nie przegrzewam. Moje dzieciaki cały rok biegają po domu na boso, od pierwszych cieplejszych dni kąpią się w basenie, pozwalałam im na moczenie w Bałtyku, który miał 7 stopni, czapki ubrałam w październiku, choć już wcześniej było chłodno. Chodzimy na basen, nawet wtedy, kiedy jest -20. Śpimy pod lekką kołdrą.
Obserwuję. Kiedyś chodziliśmy na basen rano. Byliśmy już w ruchu, więc po basenie chodziliśmy na plac zabaw, na zakupy, do znajomych. I moje dzieci zwykle potem chorowały. Teraz basen jest po południu i po wodnych szaleństwach jedziemy do domu trochę odpocząć. Kiedy moje dziecko kaszle, stosuję inhalacje. Kiedy zaczyna się katar, używam kropli do nosa, poduszkę układam bardziej pionowo. Podaję dzieciom na stałe probiotyk, który w końcu zadziałał. Zapobiegam, kiedy tylko mogę.
Omijam centra handlowe, moje dzieci bywają w nich bardzo rzadko. W zimie nie chodzę z dziećmi na zamknięte place zabaw. Gorąco i miliony zarazków.
Pierś do przodu. Nawet w te dni, kiedy nie dajesz rady i tak dajesz. I ja Ci stawiam pomnik. Bo ja tam byłam i wiem, że to rozpacz jest, kiedy po miesiącu kiblowania, Twoje dziecko w trzecim dniu wraca z przedszkola z katarem. Ale przecież dasz radę. Zwijaj włosy w ciasny kok, zakładaj dres, parz kawę i do przodu. Nic innego Ci nie pozostało. W jeden dzień ogarniesz lepiej, w drugi gorzej. I co z tego? Jeśli komuś się nie podoba, niech się zamieni.
To minie. To naprawdę kiedyś się skończy. Dzieci przestaną chorować. Kaszleć. Jęczeć. Nie będziesz za tym tęsknić, ale fakt, że to przetrwałeś, doda pewności siebie. Chorowanie to też część bycia rodzicem. Trzeba to przeżyć godnie i zapomnieć.
Nie wiem, na ile ten post Cię pocieszy, na ile Ci pomoże. Moje dzieci nie chorowały 1.5 roku. Dlatego taki post, pomimo codziennych zapytań (Napisz proszę coś dla pokrzepienia matek dzieci chorujących! Błagam! Czy masz jakieś cudowne lekarstwo? Jak sobie radziłaś, kiedy dzieci były chore?), wcześniej nie powstał. Zawsze piszę to, co akurat przeżywam, nic na siłę. Ale właśnie kończę tydzień domowego aresztu. I wszystko mi się przypomniało. Bezsilność, złość, krańcowe zmęczenie, obwinianie całego świata, brak pomysłu i siły do życia. To wygląda tak samo w każdej rodzinie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wita gorączki okrzykiem „wspaniale, popracujemy nad pogłębieniem naszej więzi, posiedzimy sobie w domku”!
Głowa do góry. Nie siedzisz w tym solo. Przeżyj jakoś, zapomnij. Będą lepsze dni.
Zdjęcie: źródło: pixabay.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

O ja to też znam 🙂 W tym roku byliśmy 3 razy w szpitalu przez problemy córki z oddychaniem, 2 razy wieźli nas karetką, bo poziom tlenu za niski, inhalator na porządku dziennym itp…. Spalam na podłodze w pokoju córki, w poczekalni na pogotowiu, w szpitalu. I też zrezygnowaliśmy z basenu, może niepotrzebnie? Teraz pijemy syrop z cebuli (ja też plus napój imbirowy i jakoś się trzymam ;), staramy się trochę zdrowiej jeść..
Tydzień temu znowu dwa dni bez przedszkola i poczucie winy: jak będziesz ją zostawiać w domu, to się nigdy nie przyzwyczai itd. itp. Przeziębienie udało się zdusić w zarodku, ale mały wyrzut sumienia pozostał…
Absolutnie się tu nie użalam nad sobą, wiem, że może być gorzej itp. Niektóre moje doświadczenia są podobne, tylko że podzielone przez 3 😉
Dlatego popieram Cię i pozdrawiam Rodziców, którzy przechodzą, przechodzili lub będą przez to przechodzić 🙂 I ogólnie wszystkich Rodziców 🙂
Jak zwykle dziękuję za wpis i życzę miłego, zdrowego weekendu 🙂
x
PS. Pamiętam, że widziałam kiedyś na Twoim blogu post na temat leku Entitis, muszę się zainteresować.
Dag czekałam na ten post pół roku….Moje dzieci w zeszłym roku miały 25 infekcji na łęb (pierwszy rok w przedszkolu). Wzięły 9 antybiotyków (młodszy), i 6 antybiotyków starszy. Było wszystko, dwa zapalenia płuc leczone miesiąc jedno, zapalenie sitowe zatok, zapalenia oskrzeli, zapalenia uszu, angina, infekcje żołądkowe i mnóstwo innych lżejszych infekcji. NA 25 infekcji można powiedzieć że tylko 9 ( starszy) i 6 (młodszy) zakończyło się antybiotykiem. Resztę zwalczyły same. Miesięcznie n leki wydawałam około 800-900zł (tak sterydy są bardzo drogie bez refundacji). W rok wydałąm około 6tyś zł (byłyby za to piękne wakacje). Zaszczepiłam w tym czasie na pneumokoki, podawałam Broncho vaxom, Entitis, Immunotrofinę, Witaminę D. W pewnym czasie stałam się wręcz farmaceutką, która dokładnie wiedziała jaki lek jest na co. Dzieci miały około 30% frekwencji przedszkolnej. Moje dzieci przez cały rok były bardziej lub mniej chore. Całe 12 miesięcy. Od września aż do lipca. Nawet w lipcu były chore na anginę i antybiotyk, co wcześniej o tej porze roku się nie zdarzało. Byłam zrozpaczona. Przez ostatnich 5 lat zajmowałam się dziećmi z wyboru, a kiedy zachciałam wyrwać się z matczynej pułapki, okazało się, że się nie da bo zaczęły mocno chorować. Byłam wściekła na przedszkole, że pozwala matkom pozostawiać w nim dzieci z katarem, kaszlące, bo moje od razu jak gąbka chłonęły od nich wszelkie zarazki. Ale wiadomo jak jest. Tak zawsze było, jest i będzie. Dziś z perspektywy czasu wiem, że to był najgorszy rok w moim życiu. Tak ciężki, że prawie potrzebowałam pomocy psychologa. Zawaliło się wszystko, były kłótnie w domu dlaczego one są znowu chore, że to moja wina, nieprzespane noce, cały dom zawymiotowany. Pamiętam to dokładnie i nigdy nie zapomnę. To trauma. Nie rozumiałam, dlaczego jedne dzieci są zdrowe a moje nie. Byłam bankrutem finansowym, wrakiem człowieka o zszarpanych nerwach. Diagnozowałam nawet syna w Instytuce Matki i Dziecka w Warszawie w kierunku mukowizcydozy, bo miał wszelkie jej obawy. Na szczęście test był negatywny. Od tamtego czasu bardzo wiele zrobiłam i bardzo wiele się zmieniło. Pojechaliśmy w czerwcu do SANTARIUM (to tak znalazłam DAGMARĘ w internecie i zaczęłam ją czytać, od postu o Sanatorium). Oczywiście moje dzieci były tam chore całe 3 tygodnie, miały dwie infekcje, w sumie to jeden syn już jechał z wymiotami do celu, a w drodze do domu był na antybiotyku, żeby jakos dojechać do domu w ogóle. Nigdy nie zapomnę jak wymioty łapaliśmy w zamkową dużą foremkę kupioną specjalnie nad morze. Do dziś jak na nią patrzę przypomina mi o tym traumatycznym czasie. Zainwestowałam w leki uodparniające (Broncho vaxom, Entitis, brały nawet bardzo Drogie Transfer Faktor). Potem jeszcze raz zabrałam je nad morze na 4tyg, wiec w sumie były tam prawie 2 miesiące. Kupiłam im w tym roku kominiarki, zeby lepiej miały okryte szyje i uszy. No i nie licząc na państwową służbę zdrowia, która wciąż powtarzała, że to normalne że dzieci tak chorują, wykupiłam nam opiekę medyczną w LUX MED, dzieki której dowiedzielismy się, że jestesmy alergikami. Intuicja wyraźnie dawała mi znać, że jest jakaś przyczyna. I ja siłą ducha ją znalazłam. Starszy syn ma astmę, młodszy po roku chorób ma niedosłuch, idzie na operację wycięcia migdała i drenaż uszu, bo płyn z uszu nie chce zejść już rok. Takie oto konsekwencje rocznych chorób. W tym roku już tak nie chorują. Infekcja jest w nich często, ale dzięki lekom na alergię (głównie sterydom) nie przekształca się to w zapalenia płuc, czy zapalenie ucha. Kiedyś traciliśmy godziny dziennie na inhalacje poprzez nebulizator. Dziś podawanie leku odbywa się w kilka sekund poprzez tubę do inhalacji (KOMORA INHALACYJNA OPTICHAMBER, koszt około 85zł). To ich trzyma przy zdrowiu. Zabija wydzielinę w zarodku, działa przeciwzapalnie. Używamy Flixotide (to niemal to samo co Pulmicort) oraz Berodual. Mamy listopad, a jak na razie obyło się bez żadnych antybiotyków. Rota wirus właśnie był, ale na to nie ma siły. Odkąd mam Diphergn przeciwwymiotny i Nifuroksazyd (przeciwbiegunkowy) nawet Rota wirus nie jest straszny.Półtora roku temu z takim samym rotawirusem jechaliśmy na sygnale do szpitala, tak było dziecko wycieńczone. Dziś mam leki, które działają cuda. Polecam więc mamom chorych dzieci o zaopatrzenie się w te dwa leki i w tubę, dzięki której życie staje się lżejsze, i zaoszczędza się czas. U nas coś zadziałało, sądzę, że głównie sterydy podawane na stałe. Trzymajcie się! Wiem, co to znaczy chore dziecko!
Już jakiś czas zaglądam tu do Ciebie i uwielbiam czytać Twoje teksty, zawsze są trafione w punkt! Czasem mam wrażenie jakbyś stała obok i widziała armagedon tworzony przez moją 4latke i mojego 2latka w moim domu … potrafisz pocieszyć i podnieść na duchu☺ i przypomnieć o rzeczach oczywistych o których niestety często zapominamy! Chciałabym umieć jak Ty częściej ugryźć się w język zanim wytracona po raz kolejny z równowagi podnosze głos…czasem w sytuacjach kryzysowych lub czytając Twoje wpisy myślę: jak fajnie byłoby mieć taką Dagmarę obok siebie?która zrozumiałaby mnie bez słów i poradziła co robic? dzięki że zawsze mogę tu zajrzeć i znaleźć coś dla siebie? no a temat chorób jakże mi bliski eh? zaczęło się jak starsza poszła roku temu do przedszkola i tak ciągle walczymy…? pozdrawiam z oddziału alergologicznego, tak od czasu do czasu „zwiedzamy” sobie różne szpitale… ? akurat się diagnozujemy, eh jak tu przetrwać tydzień?!? trzymaj kciuki!pozdrawiam?
Powiem tak, nie cierpię chorób. Ani swoich ani dzieci. Dzieci chorują, pierwsze, drugie, trzecie a potem zawsze ja kończę maraton. W tym roku postanowiłam zmienić swoje nastawienie biorąc przykład z męża. Jak ja usłyszę, że w przedszkolu szaleje jakiś wirus, to już czuję się chora i tylko wypatrywałam kiedy dziecko złapie. To myślenie co to będzie, wprawiało mnie we frustrację. Jak jakieś dziecko zwymiotowało to oczami wyobraźni widziałam już siebie nastawiającą o 3 w nocy kolejna pralkę i ufajdane wszystko w około. Na końcu obraz z wyobraźni – za 3 dni dzieci zdrowe, a ja chora. Takie myślenie mnie wykańczało.
Moja mama jest pielęgniarką. Jak ja byłam chora w dzieciństwie miałam opiekę luksusową. Czułam się jak pączek w maśle. Mama kupowała zawsze kilkanaście gazetek, można było oglądać tv, było wszystko co się chciało. Wspominam to bardzo dobrze. Tą opiekuńczość mamy, ciepło, troskę. Wstawanie do jęków i stęków gorączkowych.
Postanowiłam zmienić swoje nastawienie. Przyjęłam że choroby to po prostu fakt. Nie da się ich w 100% uniknąć. Zatem muszę się na to przygotować, skoro i tak wiadomo że będą.
Mnie najbardziej męczyły wizje tego co to będzie. Mąż podchodzi do tego tu i teraz. Wymiotuje – sprzątamy. A potem czyta książkę jak gdyby nigdy nic. Trzeba wstać w nocy, przebrać dziecko – wstaje, przebiera i idzie spać. A ja ciągle rozmyślałam, analizowałam itp. Zrobiłam więc sama sobie test. Ostatni atak rotawirusa postanowiłam podejść do chorób wg mojej ulubionej zasady – być tu i teraz. Nie planowałam, że prześpię noc, więc nie wkurzyło mnie, że jej nie przespałam. Ucieszyłam się, że tylko z 2 pobudkami. Maluch wymiotował 10 razy, ale 8 z tych razów udało się złapać do miski. Wooow! Poczułam się jakbym zdobyła medal na olimpiadzie. Nie chciał pić. Zamiast snuć wizję, że zaraz wyląduję w szpitalu, po prostu co chwilę co innego do picia. Raz ja, raz mąż. Jak nie chciał, to na śpiocha. I tak po kilkadziesiąt razy. W końcu coś tam wypił. OK. Mamy sukces! Środkowa miała jeden incydent, więc w ogóle luzik. Przygotowałam ubranie i pościel na zmianę na noc. Nie przydało się. OK. Kolejny dzień starszak się gorzej czul, ale jakoś przeszło łaskawie.
Pomyślałam, ze w sumie dobrze, że teraz nas złapało, bo za 2 tygodnie urodziny syna, więc gdyby tydzień później to trzeba byłoby odwołać. A tak to luzik. Kupiłam gazetki, pierdółki, dozwolona TV, gry itp. I co? Już kolejnego dnia wiedziałam, że wygrałam bitwę. Nie z chorobą. Z samą sobą. 🙂 Nadal nie cierpię rotawirusa, ale już wiem, że dam radę bez napinki i frustracji.
Całe życie sama borykałam się z wieloma problemami zdrowotnymi i to pozwoliło mi dotrzeć do pewnej podstawowej sprawy: jako ludzie straciliśmy intuicję jak się odżywiać i żyć aby być zdrowym i szczęśliwym. Czytałam, czytałam i czytałam… Mam troje dzieci, dwoje chodzi do przedszkola, nie wiem co to są anginy, zapalenia płuc czy oskrzeli. Czasem kaszlą, raz w roku wymiotują, zazwyczaj jednorazowo. Gdy lekarz rozważał antybiotyk zawsze pytałam czy mogę zaczekać i walczyłam ziołami, syropami, lekką dietą, udawało się. Sama często byłam chora z nerwów, ale wiedziałam o co gram. Jak dziecko zdrowiało to tak na serio, a nie że infekcja była zamieciona pod dywan antybiotykiem. Ale dieta na co dzień to podstawa, w miarę możliwości karmienie piersią, plus dietetyka zgodna z porami roku, bez nabiału i nadmiaru glutenu, o słodyczach nie trzeba mówić. Ja byłam takim dzieckiem z chorobami o których piszecie, wiem, że tak nie musiało być, ale nie mam żalu do nikogo, cieszę się, że mam świadomość jak wspierać własne dzieci w ich rozwoju. I żeby nie było, gdy idziemy na imprezę nie robię scen, że nie wolno tego czy tamtego, święta właśnie po to są, żeby świętować i cieszyć się wyjątkowością chwil. Liczy się to co robimy każdego dnia, wtedy te wyjątki nam nie zaszkodzą. Radosnej jesieni dla wszystkich dzieciaczków i Mam (-:
Mój syn pierwszy rok żłobka przechorował strasznie. Ja w nowej pracy po macierzyńskim więc nie bardzo mogłam brać zwolnienia, więc młodym zajmował się tata lub babcia. Teraz z perspektywy czasu wiem, że ja po prostu nie chciałam brać L4. Czułam się psychicznie źle, kiedy młody chorował. Nie dawałam rady sobie z tym. Do tej pory nie wiem czemu. Ale myślę, że właśnie dzięki pracy nie zwariowałam. Ciężko było sie skupić na pracy ale wiedziałam, że syn jest pod dobrą opieką. W drugim roku żłobka jakieś może 2-3 drobne infekcje. Teraz zaczęliśmy przedszkole a ja głupia zamiast się cieszyć, ze moje dziecko jeszcze nawet kataru nie złapało, to czekam aż będzie chory. Mam chyba wyrzuty sumienia, że kiedy chorował i mnie potrzebował, to ja uciekałam w wir pracy.
Ju ar maj hiro! Serio, ja mam dwójkę w miarę zdrowych dzieciąt, a jak jedno zacznie smarkać i kasłać siwieję z obaw. Aktualnie starszak kaszle 4-ty tydzień! Jestem po 2 wizytach u lekarza, gdzie dowiedziałam sie, ze osłuchowo czysto, nie ma gorączki, katar ledwo, ledwo. Litry syropu za nami, ten z cebuli też był, w tej chwili siedzi z okładem miodowo imbirowym na piersi – może o zadziała?
Wymioty, aż do odwodnienia i wizyty na sor-ze też zaliczone.
A najgorsze chyba to, że przy każdej chorobie zamartwiam się czy to aby na pewno nic strasznego.
Kocham cię za ten post. bo pobyt w pracy w porównaniu z byciem w domy z chorym dzieckiem, dziećmi to faktycznie – relaksik.
Ja kompletnie nie znam się na kaszlu. mimo 11 lat doświadczenia zawsze mam z tym problem 🙁