Hymn do weekendu.
Przypominają mi się imprezy, które rzeczywiście kończyły się uniesieniami, niesamowitą energią i poczuciem ekstazy. Wybawiłam się za wszystkie czasy i widziałam wschody słońca na ulicach wielu miast świata. Bywało, że witałam poranek, wychodząc z klubu, kiedy inni szli na pierwszą niedzielną mszę. Cały weekend upływał na powolnym leczeniu kaca, piciu kawy bez pośpiechu, na leniwych zakupach i hedonistycznych zajęciach. Wszystko to wysoce męczące, człowiek z radością szedł w poniedziałek na uczelnię, a potem do pracy, trochę odpocząć.
Chce mi się śmiać jak słyszę tę piosenkę. Jak teraz wygląda mój weekend? Zaczyna się tak samo jak kiedyś, w piątek. Bo już w piątek psychicznie się nastawiam do wstania skoro świt. I kiedy wszyscy na około zachwycają się piątkiem, piąteczkiem, piątuniem, dla mnie to jest ewentualnie wzruszenie ramion i głośne phii. Jaki weekend?
O 5 z minutami obudzi mnie stopa wwiercająca się w brzuch, albo ręka, która pacnie mnie w twarz z otwartej dłoni. Ewentualnie potomek uruchomi syreny, informując radośnie, że oto zrobił kupę. Kiedy będę półprzytomna parzyła kawę, żeby jakoś o tej 5 się obudzić, dziecko zażąda rozrywek. Niezdolna do niczego, oprócz na autopilocie parzonej kawy, puszczę bajkę. No ale skoro już wstałam, to przecież nie będę bezczynnie siedzieć.
Ja, oh, ja, oh ja
la la la la la la la la
ma-tka, ma-tka.
Pranie się robi. Można od razu zupę wstawić, żeby czasu potem nie marnować i mieć go więcej dla dzieci! Pierwsze zerknięcie na zegarek w nadziei: byle do śniadania.
O 6.30 jestem po drugiej kawie i dwóch praniach. Rozglądam się za ciastem. Czytamy bajeczki. Ziewam tak, że w końcu dziecko przejmuje pałeczkę i samo podpowiada. Ileż można czytać to samo w kółko? Widać można, bo pada wyraźna komenda „jesce las”. Kiedy bajka w końcu się nudzi, wyciągamy artylerię zabawek. Jedną ręką układam lego, drugą mieszam zupę i szybciutko robię spód do tarty. Sprzątamy przed śniadaniem.
Tatuś robi śniadanie, a ja sędziuję trzeciej z kolei kłótni o to, czy lepsze jest miejsce po prawej, czy sok zawsze jest zimny i dlaczego jajka są sadzone, skoro chciałem sadzone. Pięć razy zmywanie rozlanego soku, zbieranie jajek z podłogi, odbieranie dziecku noża, który podstępem wyhaczyło spod mojego talerza. Sprzątamy po śniadaniu. Wybija korki, bo w jednym momencie chodzi piekarnik, zmywarka, pralka i odkurzacz. Dom nie wyrabia, potrzebny agregat, żeby posprzątać po śniadaniu.
Po krótkiej, aczkolwiek burzliwej, naradzie, wygrywa park. Pierwsze dziś przebieranie, nie dla outfitu spidermana, nie dla smerfa i księżniczki. Nie dla sukienek w ogóle. Bunt, płacz i zgrzytanie zębów, bo na 12 stopni nie można w japonkach. Za 45 min zwarci i gotowi wychodzimy z domu.
Mijamy bramę domu, kiedy pada pierwsze „chcę siku”. Po drodze dwa sklepy, przy obu toczymy szybką dyskusję na temat: Chcę lody. Chcę piciu. Nie chcę wody. Chcę kolorowe. Chcę gumkę. Chcę czekoladkę. No to może chociaż ciasteczko? Po trzech postojach (małe nóżki bardzo bolą) i po dwóch zbiorowych sikaniach, docieramy zziajani i spoceni do parku (400 metrów od domu).
la la la la la la la la
W parku siadamy daleko, jednym okiem tylko udaję, że patrzę. Niestety, zdaje się, że nie wystarczająco daleko siedzimy, bo za chwilę dobiega nas głośne maaaaaamooooooooo, na zmianę z taaaaatooooooooo. Tak więc relaksik – kopię zamki, huśtam, bujam i podnoszę. Mała przepychanka z innym rodzicem, standardzik. Wykończona jak pies, zarządzam powrót do domu.
W domu trzecie pranie i zupa. Jak dobrze, że gotowa, się rano o świcie sama zrobiła. Jemy, drugie pakowanie zmywarki, drugie przebieranie, odplamianie, plamy z trawy nawet na apaszce. Patrzę na zegarek, jest 12.30, o Panie, jak daleko do 20. Kawa. Potrzebuję kawy.
Spory trwają. Tym razem o żółtą kredkę i o to, czy lepiej huśtać się po lewej czy po prawej stronie. Trzaskają drzwi, latają miśki. Kawę piję zimną. Dziś kinderbal. Pół godziny zapinania do fotelików, a potem dwie godziny w kulkach, gdzie 12 pięciolatków nie zatrzymuje się ani na moment, nawet tort pochłaniają w piskach, wrzaskach i na stojąco. Od samego patrzenia boli głowa. Od patrzenia na ciekawostki wychowawcze jest wesoło. Prawie padam, kiedy przy wyjściu słyszę pytanie zadane malutkim głosikiem „co teraz będziemy lobić”?
Kolejne zerkniecie na zegarek. Dopiero 15, do spania daleko. Jedni grają w gry planszowe, inni demolują pozostałe pokoje, kiedy na stół wjeżdża podwieczorek, przygotowany jako produkt uboczny powstającej w tym samym czasie kolacji. Sprzątanie, trzecie pakowanie zmywarki.
Plan kolejnych rozrywek przy dobrej pogodzie zakłada ogródek. Nauka jeżdżenia na rowerze, roznoszenie okolicy, trampolina. Sprzątanie i sto pytań do. Dlaczego woda w kranie jest zimna. Czemu nie można jeść lodów na śniadanie. Czy lew mógłby zjeść pięciolatkę, skoro wilk połknął Babcię? Trzecie przebieranie, bo kropka z wody wylądowała na koszulce.
Ja, oh, ja, oh ja
Kolacja i światełko w tunelu – już niedaleko do 20. Negocjacje przy kuchennym stole, komu rybki, komu marchewki. Wybieranie na kolanach ryżu z dywanu w trakcie kolejnego sprzątania. Kąpanie, przebieranie, tym razem zmoczonego do suchej nitki rodzica, który asystował nieświadomy, że w małej wannie można wytworzyć metrową falę. Zęby, książeczki, usypianie.
Gaszę nagłe pragnienie, podziwiam pokaz cyrkowych umiejętności, tropię wilka, który schował się w szafie, szukam misia, który przecież wiem, że został w przedszkolu, prowadzę trzy razy na siku, opowiadam długą bajkę, koniecznie o piesku, robię masaż, drapię po plecach, opatruję niewidzialne rany, które jednak spać nie dają.
W końcu padło i cicho pochrapuje. Odlepiam się od poduszki i skradam do wyjścia.
la la la la la la la la
Jest! 20! Będzie, będzie zabawa! Będzie się działo! Teraz zaszaleję! Nie wiadomo co robić pierwsze!! Nalewam sobie winka, w końcu siadam ze współspaczem, puszczam film, który przez trzy ostatnie wieczory próbujemy obejrzeć. Jest tak błogo, tak wspaniale, taka cisza…
Ze snu, o 23.30, wyrywa mnie głośne maaaaamooooooooo, maaaaamoooooooooooo.
Ja, oh, ja, oh ja
la la la la la la la la
ma-tka, ma-tka.
Woo.
O 5 z minutami obudzi mnie stopa wwiercająca się w brzuch, albo ręka, która pacnie mnie w twarz z otwartej dłoni. Patrzę na ten mały nosek, podobny do mojego i wiem, że oto mam tego aniołka, zesłanego z niebios, który rozświetla życie i który daje ten sam haj, o którym śpiewa Beyonce. Przecież miłość do dziecka to najsilniejszy narkotyk.
Nina w sukience maybe4baby.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

No dlaczego jajka są sadzone skoro chciałem …sadzone…zajebisteeeee…you make my weekend Dagmara…damy rade kochana…
No pewnie, że tak la la la la la la la
Lepiej tego ujac nie mozna…dlatego tylko ciebie czytam. A ja nieplanowo zostalam sama z moja trojka na dwa tygodnie, na dodatek na Filipinach, gdzie mieszkamy od miesiaca zaledwie…takze tego…weekendu udanego!
Jak to na Filipinach? A coż Wy tam robicie? Superowo!
Bogu dzięki za zmywarkę? 20 to zdecydowanie moja ulubiona godzina w ciagu dnia?
I za mopa! A jaki bonus, jak ta 20 wypadnie wcześniej, wczoraj mi przypadkowo usnęli o 19.15. Hi hi. O tym, że umierałam wcześniej z nudów pisałam post http://www.calareszta.pl/ile-czasu-zmarnowales-zanim-stales-sie-rodzicem/ 🙂
I pomyslec że te weekendy kiedys tak szybko mijały 🙂
Macierzynstwo to faktycznie momentami niezły haj!!!! Extra post!!!
a i zdjęcia Ninki w tej sukience obledne…Ta to jest kokietka:)!!
Ale sie usmialam 🙂 Myslalam, ze takie jazdy sa tylko u nas. Maly ostatnie 2 tyg kiepsko spi, w nocy sobie robi dwugodzinne przerwy, a wstaje „z kurami”. O 6, zdarza sie wczesniej, byla juz tez nawet 4 i do poludnia do 12 dal rade, nie wiem jak on wytrzymal 🙂 Jak opowiadam innym matka jak wyglada u nas wstawanie to niedowierzaja, ale ja naprawde odprowadzajac corke do przedszkola kolo 8 rano jestem juz po sniadaniu, kawie, zawsze mam juz wysprzatany dom i czasem mam tez juz obiad gotowy:) Do przedszkola jezdzimy rowerem , zakupilam przyczepe i to dla mnie dodatkowa aktywnosc, przy ladnej pogodzie od razu spod przedszkola jedziemy na przejazdzke i jak wracamy o 10 obiad mamy gotowy, matka po treningu rowerowym, zyc nie umierac. Takie wczesne wstawanie ma swoje zalety, dzien ejst dluzszy, wiecej czasu na wszystko:) Fakt, ze jak juz trwa taka jazda kilka dni pod rzad czlowiek robi sie slabszy, ale jeden dzien mozna polozyc sie wczesniej z wieczora i regeneracja gotowa 🙂
Trwa EUROWIZJA – ogladacie ?:)
NAJLEPSZY BLOG EVER 🙂
Jasne, że są plusy. Kiedyś o tej porze się dopiero zwlekałam, dziś mam już obiad ugotowany i pranie powieszone! Eurowizji nie oglądałam, nie przepadam. Dzięki za komplement!
Nic dodać, nic ująć 🙂 śmieszy mnie jak słyszę, o weekend będzie można odpocząć 🙂 choć o tyle łatwiej, że tata jest jednak w domu.
Mój też, ale działa też paradoks, że jednak jak jesteśmy razem to dzieciaki jakoś bardziej nabuzowane.
W minioną sobotę ok 19 mój syn – mamo jaka ta sobota jest super taka długa i jeszcze się nie skończyła 😉 Pytam się dlaczego taka długa a on bo rano układaliśmy kolcki, potem bajka, potem turniej taekwon-do (akurat kibicował siostrze), potem wizyta u dziadków, obiad, kino, wizyta u cioci i kuzynów, kolacja, bajka……… a o tylko część tego co udało się zrobić w tą deszczową sobote 🙂 Niech żyje poniedziałek hehe
Taaa, u nas podobnie, ja padam, a dzieciaki pytają co teraz??
UWIELBIAM CIĘ KOBIETO!
Dzięki Ci za ten blog. Dzięki za ciebie i twoje dzieci. Dzięki za twoje poranne pobudki i dobę dłuższą niż doba Dzięki. Dzięki! Dzięki. Jesteś piękną, szaloną kochającą i cudowną mamą a twoje uśmiechnięte dzieci dają temu potwierdzenie. Jesteś cudem natury piękna, zadbana, kochająca i kochana i jakże niewyspana:))) (Zrymowało się niechcąco)
Czy można narzekać na niewyspanie, brak czasu na wszystko ciągłe mamo, mamo maaaaaaaaaaaaaammmmaaaa!!!! Czy grzechem jest wypić kieliszek wina albo zimne piwko w upalny dzień tylko dlatego, że ma się dzieci??? Czy szarpnięcie dziecka za rękę albo podniesiony ton znaczy, że mniej kocham i jestem złą mamą?? Czy narzekanie na ciągły kołowrotek i bieganinę za 2,5 letnimi bliźniakami robi ze mnie wyrodną matkę (ciągle tylko słyszę przecież tyle lat czekaliście, tyle się staraliście, tyle zabiegów in vitro a ty narzekasz że są) NIE Nie narzekam, że są narzekam na brak czasu dla siebie, brak snu, brak miejsca dla dzieci na zapyziałej wsi, na brak cierpliwości, Ale nigdy w życiu nie narzekam na to, że są że słyszę setny raz na godzinę maaaamoooo!!! Kocham moje dzieci nad życie, najpiękniejsza miłość jaka się może przydarzyć to miłość do dziecka. I mimo zmęczenia po całym dniu o 20.30 na paluszkach wchodzę do sypialni, przykrywam odkryte nóżki synków, pochylam się nad nimi całuję w buzinkę i już tęsknię za porannym mamusiu wstawaj! bajecka, kanapecka, piciu, siku… i nie idź dziś do placy… witaj nowy dniu:) Witaj codzienne szczęście. Dzięki Bogu trafiłam na twojego bloga i już wiem, że wcale nie jestem gorszą ani lepszą po prostu jestem taką samą kochającą kobietą, której przyszedł zaszczyt usłyszeć słowo mamo!
Świetnie to napisałaś. Mnie to właśnie zastanawia, że nie można powiedzieć jak jest bo ktoś od razu dorabia ideologię, żeś wyrodna. Ech. Ja mówię i to nie zmienia mojego podejścia do dzieci! Dziękuję za komplementy! Oblał mnie rumieniec!
To jest w ogóle grubsza sprawa, ponieważ dotyczy nie tylko matek ale kobiet w ogóle. Najgorsze są te, które wiedzą nie tylko to, jaką matką powinnam być, ale również żoną, córką itp. Bez względu na to, jaki same mają burdel (przepraszam za wyrażenie) w swoim życiu. Innymi słowy: u kogoś pod lasem zobaczą, u siebie pod nosem nie widzą. Dobrze, że poruszyłaś ten temat.