Matka. Metamorfoza.
Bywałam naprawdę okropną matką. Najgorsze jest to, że wcale siebie za to nie winiłam. Uwierzyłam w to, co wszyscy na około mi wmawiali i zaczęłam sobie współczuć. Te dzieci takie niedobre, matka trojaczków – to musi być koszmar, mówili i ja też z czasem tak myślałam.
Miałam roczne trojaczki i mieszkałam w Australii. Niby raj, cały rok pogoda, bogaty kraj, uśmiechnięci ludzie. A ja zamknięta w pięknym, nowym apartamencie z trójką dzieci, na które często brakowało mi pomysłu. Wiem, że dzieci chcą tylko jednego – czasu. Cały wieczór obmyślałam więc, co będziemy robić na następny dzień. Niektóre dni zaczynały się dobrze, zabawa, gry, przytulanki. Do momentu, kiedy w plan dnia wchodziły obowiązki, bo przecież ktoś musiał ugotować, umyć, wyprać, posprzątać. Dzieci spały godzinę w dzień, po godzinie pełnego stresu i wrzasku usypiania. W tą godzinę ledwo zdążyłam umyć trzy wysokie krzesełka po obiedzie. Stosowałam BLW i jedzenie było po prostu wszędzie. Dzieci się budziły, a ja płakałam. Znowu nie zjadłam obiadu, nie usiadłam ani na moment. Myślę, że może miałam depresję, nie wiem, nie miałam czasu się nad tym zastanowić głębiej.
Przez ten rok stałam się straszną matką. Krzyczałam, jak już nie miałam innego pomysłu. Wszystkim ludziom znajomym i nieznajomym mówiłam, że moje dzieci są niegrzeczne, nawet w ich obecności. Zdarzyło mi się je mocniej niż chciałam szarpnąć. Bywały dni, że płakałam z bezsilności, robiliśmy sobie nawzajem na złość, wyłam, że mam już dość. Zdarzały się dobre dni, w których wszystko się udawało, a ja miałam nadzieję i czułam się szczęśliwa. Jednak większość dni po prostu mnie przygnębiała. Byłam krańcowo wyczerpana, samotna, a macierzyństwo mnie przerastało. Wściekła, rozczarowana i sfrustrowana czułam się coraz bardziej zagubiona. Kochałam moje dzieci nad życie, a jednak każdego dnia powtarzał się ten sam horror i odliczanie – byle do śniadania, byle do spaceru, byle do obiadu, byle do powrotu męża z pracy, byle do wieczora. Nie wiedziałam co zrobić, żeby było inaczej.
Wróciliśmy do kraju. Pojechałam na tydzień na wczasy. Była tam rodzina z dwójką dzieci. Dziewczynka niewiele starsza od moich dzieci i mały chłopczyk. Rodzice – na oko było widać, że rodzicielstwo ich przerosło i podzieliło. Przez tydzień nie widziałam, żeby zamienili ze sobą choćby słowo. Wykonywali po prostu swoje obowiązki względem dzieci, przebierz, wymyj, idź, podaj, nakarm. Ona wiecznie zapatrzona w smartfona, on milczący. I ta śliczna dziewczynka, której nie poświęcili w tym tygodniu ani jednej życzliwej chwili. Wszyscy w ośrodku wiedzieli, że jest niegrzeczna, mama tak ją przedstawiała, obcym osobom opowiadała rożne historie z życia córki, z odpowiednim komentarzem. Przypadkiem oblała się zupą – matka zgotowała jej piekło, wyzywała ją, krzyczała, że to wstyd, szarpała. Mała płakała, bo zupa ją oparzyła. Ojciec oglądał czubki butów. Chciała wyjść na zewnątrz bawić się z innymi dziećmi – oboje udawali, że nie słyszą jej błagalnej prośby, a ona powtórzyła ją sto razy, zwrócili uwagę dopiero, kiedy ignorowana, zaczęła krzyczeć. Wtedy puścili jej bajkę, „żeby w końcu móc spokojnie zjeść śniadanie”. Do innych dzieci przybiegała wesoło, miała w sobie tyle radości. Za nią matka. „Nie rób! Nie dotykaj! ZOSTAW! Nie przeszkadzaj, bo będziesz miała karę! Jesteś nieznośna, co za niegrzeczne dziecko”. W parku huśtała się na koniku. „Mamusiu, chodź zobacz”! „Czy Ty chociaż chwilę nie możesz pobawić się sama”?? Jedząc loda, podobnie jak inne dzieci, ubrudziła się nim od stóp do głów. Matka wycierała ją pośpiesznie, szarpiąc i sycząc, że jest jak ta świnia w chlewie, że po co te ciuchy ładne jej zakłada, znowu pranie, pewnie plamy nie zejdą. W końcu, po ciągu takich zwyczajnych, dziecięcych zachowań, które według matki były niedozwolone, mała dostała lanie. Przy wszystkich, małych i dużych. Ktoś zareagował, inni spuścili wzrok. Czułam rozpacz i wstyd. Każdego dnia wracałam do swojego pokoju i we łzach przepraszałam moje dzieci. Byłam tak blisko stania się taką matką..
Od tego czasu przeszłam długą drogę i nadal codziennie ją przechodzę. Moja metamorfoza trwa od dwóch lat, jeszcze dużo muszę się nauczyć. Przeczytałam wiele książek, do dwóch stale wracam „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” i „Łatwo kochać, trudno dyscyplinować”. Poszłam na kurs komunikacji z dziećmi. Regularnie czytam blogi traktujące o rodzicielstwie bliskości i obserwuję kilka portali.
Zrozumiałam, że zbytnio rozpieszczałam swoje dzieci – kupowałam im coraz to nowe zabawki, licząc na to, że zorganizują im czas, kiedy mnie brakowało pomysłu. Pozwalałam na słodycze, bo dzieci zajęte jedzeniem, dawały mi wolna chwilę.
Przestałam używać jakiejkolwiek przemocy – fizycznej i słownej. Nie straszę i obiecuję tylko te rzeczy, które mogę spełnić. W momentach kryzysowych stosuję różne wyuczone techniki, na przykład zamiast wykpić, czy obrazić dziecko „tylko Ty potrafisz tak się usyfić, popatrz na siebie, wyglądasz jak fleja!”, obracam coś w żart i zamiast wygłaszać reprymendy, przechodzę do działania „Czy Ty jadłaś tą czekoladkę, czy ona Ciebie? Chodź, wypierzemy tą koszulkę i poszukamy czystej”.
Stosuję metodę naturalnych konsekwencji. Na nic zdały się kary i nagrody. Dzieci robiły to, co chciałam, po to tylko, żeby dostać nagrodę, a jak ona się skończyła, wracały do niegrzecznego zachowania. Kara nic nie zdziała. Dziecko nadal nie rozumie co zrobiło źle. Naturalne konsekwencje – po obiedzie jest deser. Jeśli obiadu nie zjesz, lub będziesz go jadł bez żadnego poszanowania innych domowników, lub osób przy stole – nie dostaniesz go. I to nic, że tym deserem na wakacjach jest od rana oczekiwany lód i wszyscy inni z naszej rodziny go zjedzą. Ty go nie dostaniesz. Twoje płakanie i obce osoby patrzące na mnie jak na najgorszą matkę na świecie nic nie zmienią. To mój cyrk i ja w nim rządzę. Tylko taka konsekwencja uczy moje dzieci, że jeśli coś powiem, to prawdopodobnie się wydarzy, niezależnie od sytuacji, mojego humoru, czy ich wymuszania. Działa to w dwie strony, jak się na coś z dziećmi umówimy, to wiedzą, że to się wydarzy, bo mama to obiecała.
W momentach totalnego kryzysu bywa, że jedyne, co pomaga, to odwracanie uwagi. Tłumaczę i negocjuję, cały dzień. Nie ciągle zakaz, nie rób, bo nie, ale tłumaczenie dlaczego czegoś nie wolno, działa najlepiej. Dziecko wszystko rozumie, od najmłodszego. Tak go traktuj i będzie Ci od razu łatwiej. Dziecko przychodzi na świat jakbyś nagle Ty wylądował w Singapurze. Wyplułbyś gumę na ulicy, zo co poszedłbyś siedzieć. Ludzie naokoło wsadziliby Cię do ciemnego pokoju, bili, krzyczeli na Ciebie, a Ty nadal nie wiedziałbyś o co chodzi i co tak naprawdę się stało. Czasami sto razy muszę wyjaśnić, dlaczego czegoś nie wolno robić. Ale pojawia się światełko w tunelu. Codziennie wchodzę na mój Everest bycia mama. Ta wyprawa nigdy się nie kończy.
Wyznaczam granice. Czasami nawet zbyt twarde i mam pokusę, żeby je rozszerzyć, ale staram się być bardzo konsekwentna. Przestałam być histeryczką, w towarzystwie której ciężko jest spędzić dzień. Traktuję dzieci jak dorosłych, zdarza się, że mówię – Byliśmy dwie godziny w parku, teraz muszę zrobić zupkę. Możesz mi pomóc, albo pobawić się czymś innym. Jak skończę, znowu zrobimy coś razem. Daje wybór, jeśli go mamy – która czytamy książeczkę? Idziemy do parku? Bierzemy rower, czy hulajnogę? Uprzedzam dzieci co się będzie działo, na przykład przed wejściem do sklepu mówię, że będziemy musieli zrobić zakupy, kupimy pyszne rzeczy, ale potem musimy stać w kolejce, żeby zapłacić. Pytam „Jaka jest zasada”? Dzieci od kilku tygodni zgodnie odpowiadają – nie wolno biegać po sklepie, krzyczeć i uciekać Mamie.
Zaczęłam zauważać dziecięce uczucia. Dzieciaki są totalnie zagubione. Wiele rzeczy rozumieją, ale jest też mnóstwo tematów, które są dla nich niezrozumiałe. A my, dorośli stale spychamy ich na margines „zaraz”, „za chwilę”, „na pewno Cię nie boli”, „daj spokój, kupię Ci nową piłkę”, „nie, bo nie”. Moje dzieci zadają w kółko te same pytania na przykład „a dlaczego”. Zaczęłam bawić się z nimi w nową grę. Po tym, jak pytanie pada trzy razy, a ja cierpliwie odpowiadam, pytam „A jak myślisz?” Albo „A co powiedziałam wcześniej” albo coś zupełnie niedorzecznego, co po prostu rozładowuje napięcie – wszyscy się śmiejemy i jest wesoło.
Częściej mówię o swoich uczuciach – „będzie mi bardzo przykro jak to zrobisz, bo proszę Cię, żebyś tego nie robiła. To mnie boli. Nie ciągnij mnie za włosy”.
Poświęcam dzieciom czas. I tak nie tyle ile bym chciała, bo zawsze jest „coś”, ale pracuję nad tym. Skupiam się na każdym z osobna, nawet, jeśli jest to krótki moment. Więcej pisałam o tym TUTAJ.
Nauczyłam się prosić o pomoc i szukać czasu dla siebie, bez wyrzutów sumienia. Trójka dzieci do ogarnięcia przekracza kompetencje wielu osób, a ja nie jestem super bohaterem. Nie boję się więc powiedzieć – nie mam siły, nie dam rady, pomóż mi.
I przede wszystkim – słucham. Czasami wybuch dziecka jest tak naprawdę o nic, ale nie potrafi jeszcze ono świadomie, słownie zawalczyć o swoje, brakuje mu argumentów i właściwego działania, tak więc płacze, kopie, krzyczy. Czasami wystarczy po prostu poświęcić mu chwilę i dowiedzieć się, gdzie naprawdę leży przyczyna niezadowolenia. Naprawdę da się.
Przepraszam moje dzieci, kiedy coś mi się nie uda, kiedy poniosą mnie nerwy. Tak jak przeprosiłabym męża, mamę, czy przyjaciółkę. Nie jestem nieomylna, ale widzę swoje błędy. Te w stosunku do dzieci najbardziej mnie bolą.
Codziennie wieczorem przeprowadzam ze sobą dialog. Padają w nim te same ciągle pytania. Co jest w moim życiu priorytetem? Czy poświeciłam dziś czas najważniejszym osobom? Czy byłam cierpliwa? Czy w moim zachowaniu była agresja? Czy mogę coś zmienić? Czy trzymałam się moich postanowień? Itp. Nawet jeśli popełnię błąd, szybko wracam na właściwe tory.
To wszystko nie znaczy, że moje dzieci są aniołkami, ani, że ja stałam się matką idealną. Nadal nudzi mnie do bólu zabawa w stale to samo, czytanie pięćsetny raz tej samej książeczki. Nadal zdarza się, że mam dość, bo znowu coś się wylało, ktoś pokazał mi język, ktoś kogoś ugryzł, ktoś nie słucha. Bywa, że jestem wściekła i brakuje mi cierpliwości. Zdarzają mi się zachowania, których żałuję, które nie nadają się do opisania i z których wcale nie jestem dumna. Ale staram się, bardzo.
Doszło do mnie, że dzieci nie robią mi na złość.
Jestem dla nich wszystkim, a one dla mnie cudem świata. Dlaczego więc tak często o tym zapominałam? Nie miałam siły, brakowało mi wiedzy, przygniatały mnie wciąż takie same dni, ciąg nudnych czynności. Dlaczego nigdy nie szturchałam moich współpracowników, choć czasami wydawali mi się bandą rozpieszczonych małolatów? Dlaczego wtedy potrafiłam usiąść i na spokojnie, kolejny raz, wytłumaczyć im, o co mi chodzi? Czemu nie krzyczę na mojego męża tylko posługujemy się kompromisem? Czy miałabym przyjaciół, gdybym w rozmowach z nimi stosowała groźby i kary? Co daje mi prawo stosowania agresji w stosunku do dzieci? Czy to, że są moje? Nie. Konsekwencje moich zachowań mogą być dużo gorsze niż groźba utraty partnera, czy pracy. Już teraz pracuję na przyszły szacunek dzieci i ich przyszłość, która jest przecież dla mnie najważniejsza.
Macierzyństwo jest cholernie trudne. To najważniejsze moje zadanie, do którego totalnie nikt mnie nie przygotował. Okazało się, że bycie matką nie przyszło do mnie naturalnie, musiałam się go nauczyć. Wiele miesięcy biłam głową w ścianę, ogarniała mnie rozpacz, zamykałam oczy i liczyłam do dziesięciu. Ale jest lepiej i chyba w końcu bycie mamą nieźle mi wychodzi! Nie jestem już taka zmęczona, od jakiegoś czasu znowu jestem szczęśliwa. Nie tylko kocham, ale po prostu lubię moje dzieci (choć bywają dni, że zwyczajnie mnie denerwują, o czym pisałam TUTAJ), o których dawno już przestałam codziennie mówić tylko, że są niegrzeczne. Są po prostu fajne, żywe, przebojowe i pewne siebie. Tak, jak ja! I też, tak jak w sobie, lubię to w nich!
Na ostatnim naszym wspólnym wyjedzie dwa razy usłyszałam od obcych osób komplement „obserwuję Cię i jestem pełna podziwu jak radzisz sobie z dziećmi”. Dla tego zdania warto było wylać te wszystkie łzy. Daje mi ono więcej siły niż gdyby ktoś mi ujął 10 lat.
Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:
– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!


Świetny tekst! Podobną metamorfozę i ja przeszłam…czasem jeszcze zdarzają się gorsze dni ale ja już do tego inaczej podchodzę.
Ta zmiana nastawienia jest chyba najtrudniejsza, ale bez niej nie da się iść do przodu.
Warto jednak przejść przez trudy i mieć trochę „spokoju” 🙂
Chyba wszystkie przechodzimy to samo i to niezależnie od naszego wieku (chyba łatwiej mi było wychowywać jedną córkę gdy miałam 20 lat niż dwie gdy miałam 39 i teoretycznie powinnam już być doświadczona). Pierwszy rok z życia dziewczynek – koszmar ( tak jak u Ciebie – płacz, bezsilność, rozgoryczenie). Teraz też ciągle łapię się na tym, że krzyczę, krzyczę, krzyczę…… bo nie radzę sobie z jedną z bliźniaczek, która ciągle dokucza siostrze i nam (mimo, że nigdy nie robiliśmy różnic między nimi). Klapsy – też są a potem uświadomienie sobie jaka jestem słaba…… i złość na samą siebie ( wykształcenie – pedagog resocjalizacyjny!!! – o ironio). Staram się ale czasem jest to ponad moje siły….. Każdego dnia dziękuję Bogu za moje dzieci, bo nic lepszego mi się w życiu nie zdarzyło….. a potem upadam…..
Najważniejsze, że masz moment, kiedy dostrzegasz swoje błędy. Jesteśmy tylko ludźmi, ale ważne, żeby zobaczyć co jest nie tak, szukać pomocy, jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli. Przeprosić swoje dzieci, wytłumaczyć im źle zachowanie iże wszystkich sił starać się robić inaczej, lepiej, małymi krokami. W końcu te nasze dzieci to wszystko, co mamy, a wychowanie to jeden z najważniejszych momentów w ich życiu. Kilka błędów może zaważyć na tym, jakimi ludźmi będą i jakie między nami będą stosunki. Powodzenia!
Szacun kobieto!!! Ja też z wielu rzeczy nie jestem dumna, ale tak samo jak ty, każdego dnia staram się być coraz to lepszą mamą dla moich urwisów. ;*
Dzięki! Powodzenia w byciu dobrą mamą!
Nie dziwię się, że ten rok był dla Ciebie ciężki. Opieka nad trójką dzieci w tym samym wieku może wykończyć, a jeśli nie masz pomocy to niestety zostajesz z tym sama. frustracja rośnie, brak siły rośnie i w końcu przychodzi moment, który jak grom z jasnego nieba daje nam do myślenia. Cieszę się, że sobie z tym poradziłaś, bo dzięki temu jesteście szczęśliwi
Mam nadzieję, że nie braknie sił. Dziękuję!
To takie zaklinanie rzeczywistości. Powtarzając dzieciom, że są niegrzeczne takie właśnie będą, płacząc i wmawiając samej sobie, że nie dam rady tak właśnie się dzieje. Z jednym dzieckiem jest czasem ciężko, bo każdy z nas ma gorszy dzień. Przy trójce to właściwie każdy dzień takim może być. Piszesz, że nie jesteś supermenką, ale mnie się wydaje, że jesteś 🙂
Dzięki kochana, na pewno mam supermoce, mogę w tym samym czasie czytać książeczkę jednemu dziecku, gotować obiad,robić pranie, słuchać radia, rozmawiać z drugim dzieckiem i huśtać to trzecie. Yeah!!!
nie uwierzysz, właśnie stojąc w korku rozważałam jak to wczoraj źle się zachowałam w stosunku do córki, bo byłam zmęczona i mi się nie chciało – analizowałam jak się zmieniłam odkąd zostałam mamą. Taka „metamorfoza mamy” pomyślałam. I odpaliłam fb i patrzę na ten wpis i nie wierzę 😀
Niezmiennie podziwiam ciebie, gdybym wzięła moją Chibi x 3 to chyba zapłakałabym się 😉
Co do wpisu to podpisuje się pod nim wszystkimi kończynami, też ostatnio poczułam radość, kiedy moje dziecko samo zaprowadziło mnie po kąpieli do kuchni „meczko” a potem bez niczego pobiegło do pokoju i oczekiwało, aż włożę ją do łóżeczka. Rytuał, który powtarzam odkąd się urodziła. Zainspirowałaś mnie z tymi zakupami, bo u nas to zaczyna być problem, brak cierpliwości.
Masz może jakąś propozycje na piszczenie? Moja Chibi jak jest na klatce, windzie, czy gdziekolwiek gdzie jest echo, przeraźliwie piszczy (nie ze strachu, ale dla zabawy). O albo na wychodzenie z placu zabaw?
Polecam film https://youtu.be/70jkbhY6Nx4 i ten https://youtu.be/gGIDHrYKJ2s jako inspiracje do rozmowy z dzieckiem. Do pewnego wieku (3.5) bardzo łagodnie tłumaczyłam dzieciom zagrożenia płynące od obcych. Teraz jestem bardziej stanowcza, wyjaśniam w kółko, że nie wszyscy są dobrzy. Można porozmawiać, ale nie wolno na przykład bez pytania mamy brać cukierków, czy wychodzić z kimkolwiek. To samo tyczy się placu zabaw. Ja od pewnego czasu stosuję metodę. Zanim wyjdziemy z domu przeprowadzam małą przypominajkę – co wolno, czego nie, dlaczego? Wyjdziecie bez wiedzy mamy z placu zabaw, możecie się zgubić i mama Was nie znajdzie. Trzymamy się razem. Jeśli widzę zachowania niepożądane,stosuję system ostrzeżeń – kochanie, prosiłam, nie oddalamy się. Jeśli nie działa – wychodzimy – naturalna konsekwencja, musimy przestrzegać pewnych zasad, nie przestrzegamy – nie bawimy się. Na początku było to największą karą dla mnie, niestety, bo plan dnia się walił. Ale z czasem pomogło. Ważne, żeby robić to codziennie. Tak jak napisałaś – rutyna pomaga i w końcu dziecko „zaskoczy”. Jeśli chodzi o piski – u mnie minęły z wiekiem, czasami też pomagały jakieś triki – na przykład – zróbmy konkurs kto bez głosu wejdzie schodami do domu, za co była jakaś mała nagroda w domu (dzieci o niej nie wiedziały, dopiero po tym jak komuś się udało, coś drobnego – u mnie działały żelki kupione w aptece z witaminami – 1 sztuka). Odwracanie uwagi – powiedź mi, co mamy w siatce, co będziemy robić jak dojdziemy do domu? Zwykłe zagadywanie. Może jako alternatywę dla pisków zaproponuj coś innego na co w danym miejscu możesz pozwolić? Ćwiczenie podskoków na jednej nodze, albo robienie rulonika z języka. U mnie pomagało 🙂 Zrób to zanim zacznie się pisk, nauczona doświadczeniem, kiedy zwykle występuje. Powodzenia!!! I dzięki 🙂
Na podstawie swoich doświadczeń z dwójką dzieci (chociaż i tak mam duuużo łatwiej niż w Twoim przypadku) mogę stwierdzić, że ważne jest kilka rzeczy. Po pierwsze znalezienie czasu na swoje potrzeby. Nie chodzi tutaj o 10h dziennie, ale o małe przyjemności. Raz w miesiącu odwiedzamy moich dziadków – wtedy w jeden wieczór zostawiamy dzieciaków pod ich opieką i idziemy do kina. Wracając z kina czujemy się jakbyśmy odmłodnieli o kilka lat. Czujemy się zrelaksowani i co najciekawsze stęsknieni za dziećmi i chętni do nowych zabaw z dziećmi (choć to głupio brzmi bo przeciez nie widzieliśmy ich tylko kilka godzin). Po drugie, jeśli już spędzamy czas z dziećmi, to spędzajmy go na 100%. Bez Facebooka, bez Internetu, bez rozmów ze znajomymi czy rodziną. Tylko my i nasze dzieci.
Podpisuję się pod tym obiema rękami. Szukam czasu dla siebie, dla nas. I też coraz częściej mam detoks od telefonu.
Po tytule myślałam, że trafię na post o ćwiczeniach, czy jakichś trikach makijażowych, a tu przeczytałam ten piękny i mądry tekst i wzruszyłam się. Macierzyństwo/rodzicielstwo to wielkie wyzwanie, ciągła praca, głównie nad sobą samym, by być dobrym rodzicem i podołać wszystkiemu, co nas spotyka, by nasze dzieci wyrosły na mądrych, silnych dorosłych, by nie zrobić im krzywdy. Pięknie opisałaś swoją przemianę i drogę, na której jesteś. Możesz być inspiracją dla wielu, brawo!
Dziękuję bardzo. Choć było to trudne i bardzo osobiste przeżycie, napisałam ten tekst po to właśnie, żeby ktoś go przeczytał i pomyślał „ja też mogę coś zmienić”. Da się, tylko trzeba czasu i siły.
Wiesz co Dagmara? Dziękuję Ci za ten post. Z całego serca Ci dziękuję kobieto ! Bo ja już zaczynałam mysleć, że to ze mną jest coś nie tak, że za szybko się wkurzam, że jestem beznadziejną matką, a wszyscy naokoło tacy uśmiechnięci, ubrani jak od linijki, zorganizowani perfekcyjnie- idealni oni, idealne dzieci… Nawet z wszystkich blogów parentigowych wylewa się taki obraz „perfekcyjności”, a tu- takie zaskoczenie. Ja właśnie przeżywam teraz trochę to co Ty w Australii, bo moja Basia ma 1,5 roku i naprawdę potrafi dać w kość a przecież przede mną jeszcze odpieluchowanie, nauka picia z kubka itd itd. Ale dzięki Tobie- widzę światełko w tunelu 🙂
Ja to chyba nigdy nie będę typowym „parentingiem” bo nie lubię kłamać 🙂 Każdy człowiek, mały i duży miewa gorszy dzień. Z tą różnicą, że my już wiemy jak się zachować, a dzieci nie. I to my musimy nasze dzieci tego nauczyć. Wychowanie kształtuje charakter, niektórzy stają się agresywnymi dorosłymi, a inni nauczyli się panować nad sobą. Jest ciężko, wiadomo, bo czasem to nie jest chwila, a ciąg gorszych dni. Trzeba codziennie robić mały krok, aż to swiatełko stanie się jasną żarówką! DZIĘKUJĘ za komplement i serdecznie pozdrawiam!
Podobnie macierzyństwo rozwija się u mnie. Pierwsze pół roku było bardzo ciężkie: radość na przemian z gorzkimi łzami i potwornymi nerwami. Dzisiaj jestem bardziej pewną siebie mamą i widzę że im mniej się spinam tym lepiej na tym wychodzimy, obie. Staram się być konsekwentna w pewnych kwestiach, ale też dużo rozmawiamy. Teraz jest na prawdę fajnie. Mówimy o swoich uczuciach, tłumaczę jej wszystko do upadłego, nie olewam jej potrzeb ale przede wszystkim nie podcinam skrzydeł: Chwalę za drobne rzeczy, przyjmuję jej pomoc, kiedy się zgłasza na ochotnika, nie mówię że jest taka, siaka i owaka, kiedy jej cos nie wyjdzie, zachęcam do próbowania, a drobne niepowodzenia obracam w żart. Do tego jednak musiałam dojść. Do tej pory potrafię mieć nerwy, być niecierpliwą, najgorzej kiedy obie juz jesteśmy zmęczone – ona marudzi, a ka nie mam siły na tłumaczenia. Na szczęście takich sytuacji jest coraz mniej 🙂 tak na prawdę dzisiaj mogę powiedzieć że jestem szczęśliwą mamą 🙂
Wspaniale! Dobrze, że udało nam się dojść do konstruktywnych wnisków i wypracować symbiozę z naszymidziećmi. Żyje się wtedy łatwiej.
Dagmara, obserwuję i zachwycam się Tobą coraz bardziej.
Edyta, jestem akurat w NFZ i o mało nie spadłam z krzesła! Nie wiem, co powiedzieć, DZIĘKUJĘ!
Zwyczajnie dziękuję. Chcę pracować nad swoimi słabościami, więc zostaję tutaj 🙂
Ja również dziękuję i zapraszam.
Prawdziwe i mądre, dziękuję 🙂
Dziękuję za miłe słowo.
Dzieci strasznie chłoną nasze słowa. Tak samo mam czasem po uszy moich Szkodników, ale staram się być cierpliwa i rozważna wobec dzieci. U mnie też wciąż jedzenie atakuje bluzki, kurz szafki a piasek podłogi. Ostatnio taplałam się razem ze Szkodnikami w kałużach. Boso… Warto zejść do poziomu dzieci 😉 Pozdrawiam serdecznie!
Warto, wtedy nam się przypomina, że świat jest bardzo skomplikowany, szczególnie kiedy ma się 4 lata i można czuć się w nim zupełnie zagubionym i … samotnym. Również pozdrawiam!
Dziękuję Ci za tę szczerość! U mnie było inaczej, dopóki była na świecie tylko starsza córka – było super, choć jest z dzieci wysokoenergetycznych dawałam radę ze wszystkim i nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Kryzys pojawił się kiedy dwa lata później przyszła na świat młodsza. Zazdrość starszej wydawała się nie mieć granic a młodsza spała całe noce a w dzień dawała popalić. Teraz niemal półtora roku później, mogłabym napisać że tylko problemy się zmieniły a sytuacja pozostaje taka sama. Ale i ja się zmieniłam. Ja też spotkałam na swojej drodze kilka kobiet których obserwacja uświadomiła mi, że nie chcę stać się taką matką… Moja metamorfoza też trwa i pewnie jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale najważniejsze o zauważyć błąd i przyznać się do niego.
Tak jak i w innych aspektach życia, łatwiej się żyje, akceptując swoje niedoskonałości i fakt, że staramy się zmienić.
Mamy podobnie? Pewnie radykalni rodzice RB w polskim wydaniu wytknęliby że to nie konsekwencje a kary,ale tak -inaczej jest przy jednym,dwójce,a inaczej przy trójce dzieci i zasady być muszą.Nawet jeśli czasem odwołamy się do konsekwencji,które nie do końca są naturalne.
Zwał jak zwał, ważne, że działa 🙂
Dzięki za ten wpis. Mogę podpiąć się pod słowa „zaczynam lubić swoje dzieci”. Przede mną także długa droga do nauki macierzyństwa. Staram się jak mogę i wierzę, że będzie tylko lepiej. Jeszcze raz dzięki.
Droga długa i kręta a końca podróży nie widać, bo przecież małe dzieci – małe problemy. Ale może z czasem zmądrzejemy ibędzie łatwiej.
Dagmara bardzo mądry wpis. Podobny stan przechodziłam 2,5 roku temu kiedy na świecie pojawiła się Lenka. Kubeł zimnej wody i ja na przemian rycząca i śmiejąca się. Ogarniałam się 2 miesiące to były długie dwa miesiące.
Szacun, że tylko dwa miesiące!
uwielbiam uwielbiam! za szczerość, za prawdę i realizm. To jest właśnie macierzyństwo unfiltered…bez retuszu!
Daga Twoje teksty tak dużo wnoszą w blogosferę parentingową, która epatuje tym nieznośnym ocenzurowanym obrazkiem z lokowanie produktu!
Twoje teksty trzeba zebrać w jakiś „manual” i instrukcje obsługi!
Znowu się kłaniam Tobie w pas…nuda :)!!!
Dzięki wielkie Kochana, znowu nie wiem co powiedzieć. Piszę swoją własną historię, może dlatego bije z niej prawda. Dziękuję za ukłony, odwzajemniam za miły komentarz od wiernej fanki.
hej ! oficjalnie jestem twoim „groupie” :)!
Prawda jest taka, że masz utrudnione zadanie. Zostałaś wrzucona na głęboką wodę. Ciekawe, co to będzie, jak trojaczki pójdą do gimnazjum! 3 indywidualne jednostki będą poszukiwać swojego JA. Wtedy dopiero będą wpisy 🙂 Wspaniale to wszystko ogarniasz. Ja jestem z Ciebie dumna 😉
Dziękuję Ci Kasiu. Na razie o tym nie myślę, bo jak raz pomyślałam, to od razu się przestraszyłam. Ech, małe dzieci, małe problemy.
Bardzo dobrze Cię rozumiem. Ja zmieniam się cały czas i choć nie krzyczę na Gaję, to jednak zdarza mi się być niecierpliwą w stosunku do niej i za dużo wymagam, zwłaszcza w kwestii jedzenia. Potem oczywiście się kajam, bo wiem, że wina leży po mojej stronie i zamiast poczekać, oczekuję cudu. Czasem przydaje się nam taki zimny prysznic, bo macierzyństwo to cholernie ciężka sprawa. Matką z obrazka nie jestem i nie wstydzę się do tego przyznać. Na szczęście nie ja jedna :).
Piąteczka! W tym klubie mam nie z obrazka jestem i ja.
Pięknie to napisałaś. Macierzyństwo jest trudne, czasem bardzo trudne, ale tak jak pokazujesz – pracą nad sobą i samorozwojem można zajść bardzo daleko, odmienić swoje życie i postrzeganie sytuacji, w której jesteśmy. Nie wolno się poddawać
Nigdy nie wolno się poddawać, choć bywa ciężko.
Gratuluje mega glebokich przemyslec i swiadomego macierzynstwa!!mysle ze jak uda mi sie miec drugie dziecko bede musiala sobie wydrukowac twoj post aby ratowal mnie w sytuacjach w ktorych cierpliwosc zostanie nadszarpnieta a energia mnie opusci :):)
Koniecznie! Na energię to bardziej kawa a na cierpliwość – liczenie do 10.
Czytając taki post człowiek zaczyna wierzyć, że da radę i nie jest tak koszmarnym rodzicem jak mu się wydawało 🙂 Nie jestem idealna, moje dziecko nie jest idealne, ale jakoś dajemy radę, musimy 🙂
Taki był jego zamysł.
Po moim koszmarnym dzisiejszym dniu, ten tekst to miód na moje serce 🙂
Mój mąż widział, że mam serdecznie dość i zabrał dzieci na 3 godziny na plac zabaw, mogłam się przespać i zregenerować 🙂
Anioł nie mąż! Mnie też pomaga reset, wyjście z domu, zaraz tęsknię i wracam pełna nowej energii.
„Jestem dla nich wszystkim, a one dla mnie cudem świata ” Ważne zdanie, które od tej pory będę sobie powtarzać, gdy mój syn wystawi po raz kolejny moją cierpliwość na próbę 🙂 Dzieki!
Bardzo proszę, też ciągle sobie to powtarzam, bywają gorsze dni, czasami całe tygodnie. Ale przecież to dzieci, nasze, ukochane. Nie robią tego specjalnie, choć czasem może nam się tak wydawać. Pozdrawiam.
Podpisuje się pod wszystkim, co tu napisałaś. Mozenpoczatki miałam mniej dramatyczne, bo miesiąc przed drugim porodem przeczytałam jeszcze „Rodzeństwo bez rywalizacji”, skutecznie przewidując, że będzie nam ta wiedza potrzebna od pierwszych dni (miałam już synka 1,5 r). Cała reszta, szczególnie po metamorfozie pokazuje mi, jak zachwycająca bywa rola rodzica.
Przeraża mnie tylko ta bezsilność, gdy widzę dzieci „z dobrych domów” którym rodzice osobiście gotują taki dramat. Co robić? Siedzieć cicho, wtrącać się, przecież i tak nie uwierzy, że można inaczej. Społeczeństwo nie ma pojęcia o tym co piszesz (i co też sama praktykuje), widać to chocby po najbliższych, ile się trzeba batlumaczyc
Świetna książka! I masz rację – wiele osób powiela schematy swoich rodziców, choć ich nienawidzili i nie rozumieli, a jako dorośli są pogubieni. Ale lepiej robić „jakoś” niż postarać się o „jakość”. Macierzyństwo jest cholernie ciężkie, ale i nagroda najważniejsza.
Czytając ten tekst czułam się jakby to było o mnie, codziennie staram sie dobrze wychowywać moje dzieci a niestety czasem gore biorą nerwy czego zawsze źałuje, dałaś mi takie swieże spojrzenie na tą sprawe, miło jest być rozumianym, pozdrawiam
Zosiu, wszystkim nam jest ciężko. Nerwy z dziećmi to normalne. Ja piszę tak, jak jest. Trzeba jednak starać się panować nad sobą, bo czasami wystarczy kilka chwil, nowe spojrzenie, oddech głębszy i jest lepiej.
Przeczytałam… teraz zastanawiam się czy…. piszesz o sobie czy o mnie ??? <3
Czytając uświadomiłam sobie, że MY MAMY zachowujemy sie tak podobnie, jedziemy na tym samym wozku, mamy gorsze dni, wpadamy w zlosc i fustracje. Na szczescie mozemy sie tutaj wzajemnie wspierac, korzystac z rad innych mam i to jest najfajniejsze. Po prostu mamy taki wirtualny kacik wsparcia 🙂
Żałuję, że nie trafiłam na blogi wcześniej, w ogóle nie miałam o nich pojęcia, a znacznie ułatwiłyby mi życie. Dobrze, że teraz są.
Twój post dał mi dużo do myślenia. Otworzył mi oczy i zmotywował do zmian. Od dzisiaj, od teraz. Kiedy urodził się nasz pierwszy syn byliśmy z mężem bardzo zaangażowani, skupieni na nim,na jego potrzebach. Nosiliśmy, bujaliśmy, czytaliśmy, śpiewaliśmy,opowiadaliśmy bajki, bawiliśmy się z nim. Gdy na świecie pojawił się drugi syn podzieliliśmy się obowiązkami i tak samo staraliśmy się aby niczego nie zabrakło ani jednemu ani drugiemu. Zabawy na dywanie, kolorowanki, wycinanki a także wspólne spacery były normą,były czymś oczywistym. Do czasu kiedy urodził się trzeci synek. Uznaliśmy,zupełnie bezwiednie, nieświadomie, że starsi chłopcy mają siebie, mają sie razem bawić, razem spędzać czas, sami się wychowywać niemalże 🙁 A potem zdziwienie ze nie słuchają, ze są niegrzeczni, głośni, że psują, biją… Dzisiaj zdałam sobie z tego sprawę, że zaniedbaliśmy własne dzieci. Niby coś robimy razem dzisiaj byliśmy na sankach,robiliśmy aniołki na śniegu, ale takich chwil było ostatnio mało:( Ale postanawiam poprawę 🙂 zmianę. Metamorfozę. Dziękuję za to co robisz. Za to ze pomagasz. Pokazujesz, radzisz, ułatwiasz. Ja dopiero odkryłam Twój blog Ale czuję, że tu mi będzie dobrze 🙂
Kamila. Łatwo zbaczać z dobrego kursu. Niestety, dzieci to zajęcie na lata. Czasami jest ciężko, zmęczenie, odpowiedzialność, presja. To wszystko powoduje, że na nic nie ma czasu i codziennie są wyrzuty, rośnie poczucie winy. W końcu nie wiemy nawet sami co jest nie tak, choć rzeczywistość nas uwiera. Ja niestety bardzo zboczyłam kiedyś z kursu. Dziś jest lepiej, ale nadal uważam, że mogę więcej. I codziennie robię małe kroki, a bywa, że się cofam, bo akurat jest gorszy dzień. Dziękuję Ci za miłe słowa. Wszystkim nam jest potrzebne wsparcie, poklepanie po plecach, a czasami kopniak. Pozdrawiam i życzę powodzenia!