Zabroń mi wreszcie.

Nie znoszę, kiedy ktoś zwraca mojemu dziecku uwagę. Zaburza tym rytm, który jest między mną a dziećmi. Nie chodzi tutaj o odwracanie uwagi, za co jestem wdzięczna, kiedy na przykład ledwo daję sobie radę z dziećmi w poczekalni w przychodni i ktoś przyjaźnie zagada. To zupełnie nie o to chodzi.

Wychowuję dzieci według innych standardów, niż te przyjęte przez nasze Babcie. Moje dzieci mogą powiedzieć nie, mogą się ze mną nie zgadzać. Pozwalam im na wyrażanie swoich emocji, nawet, jeśli jest to głównie bunt i niezadowolenie. Mogą krzyknąć. Nie wychowuję dzieci w przeświadczeniu, że dorośli mają zawsze rację, a one nie mają głosu. Dziecko to taki sam człowiek jak ja, tylko mniejszy. Dla kogoś stojącego z boku, ten model wychowania może wyglądać na „pozwalanie sobie na wchodzenie na głowę”. Ale to mój cyrk i moje zasady.

Widzę, że ten nurt wychowania, jest coraz bliższy nowoczesnym rodzicom. Coraz częściej obserwuję negocjacje z kilkulatkiem, dzieci, które mówią głośno „ale mnie się to mamusiu nie podoba”, a ona, zamiast krzyknąć „cicho siedź” spokojnie tłumaczy „wiem, że jesteś niezadowolony, chciałbyś, żebyśmy jeszcze chwilkę zostali. Musimy już jednak wracać do domu, mamusia musi dokończyć obiad. Przyjdziemy na plac zabaw jutro”.

Niestety, coraz częściej widać też skutki tak zwanego bezstresowego wychowania, za które my, młodzi rodzice, jesteśmy odżegnywani od czci i wiary. I ja się z tym modelem wychowania nie zgadzam. Dziecko nie może decydować o sobie w każdej kwestii. O tym co je, kiedy śpi, czy co na siebie zakłada. Gdyby tak było, mielibyśmy kilkulatka, który na mrozie paradowałby w krótkich spodenkach, jadł na każdy posiłek czekoladowe kulki, chodził spać o 23 po 4 godzinach oglądania bajek.

Nie ma to nic wspólnego z pozwalaniem dziecku na wybór. Codziennie pytam – ,spódniczka, czy spodnie? Białe getry czy dżinsy? Kucyk, czy warkoczyk? Omlet, czy jajko na miękko? Sok, czy herbata? Czytamy, czy układamy puzzle? Daję wybór ale w granicach rozsądku. Dzieci potrzebują granic, które porządkują ich świat.

Byłam ostatnio na urodzinach. Rewelacyjny lokal, ze smakiem i świetnym pomysłem urządzona kawiarnia dla dzieci. Plac zabaw, w nim pełno kreatywnych zabawek, animator. I jedno dziecko, które ewidentnie miało gorszy dzień. I mama, która tego nie widziała. I my, widzowie, rodzice innych dzieci. Pojawia się w mojej głowie pytanie – kiedy należy wkroczyć w akcję? Czy wtedy, kiedy Twoje dziecko zielone ze złości i spuchnięte od płaczu z bezsilności prosi aby chłopczyk wypuścił je z zamku, bo już nie chce tam siedzieć, a on trzyma drzwi? Czy wtedy, kiedy dziecko piszczy i krzyczy tak głośno, że animator nie jest w stanie prowadzić zabawy? Czy w końcu wtedy, kiedy dziecko zabiera innym zabawki, a jak nie chcą oddać – gryzie i bije?

Każdy z nas miewa gorsze dni. Dziecko też. Ale każde to zachowanie wymaga reakcji rodzica. Możliwe, że ten dzień nie był dla chłopca dniem wspólnej zabawy z innymi dziećmi. Udawanie, że się tego nie widzi robi wszystkim krzywdę, szczególnie temu chłopcu. Co gorsza, tłumaczenie, że on ma już taki temperament i lubi postawić na swoim to zalążek dramatu.

Mój sposób działania w takiej sytuacji jest dość radykalny. Pierwsze jest ostrzeżenie. Biorę moje dziecko na stronę i spokojnie mu tłumaczę, dlaczego coś, co robi (jak tylko się da podaję konkrety) jest niedopuszczalne i nie mieści się w normach ogólnie przyjętej zabawy. Tłumaczę dziecku, że jeśli nie przestanie krzywdzić innych dzieci, nie będzie mogło się z nimi bawić.

Kiedy zachowanie się powtarza, dziecko w ramach przerwy na ochłonięcie jest odsunięte od zabawy. W tym czasie nie zabawiam go innymi rzeczami, nie daję zabawek, nie karmię, nie proponuję innej rozrywki. Jest to czas na opanowanie emocji. Sadzam dziecko z daleka od innych i rozmawiamy. Mówię dziecku, że jego zachowanie (podaję konkrety – odbierasz zabawki, gryziesz, głośno krzyczysz) bardzo mi się nie podoba i jeśli będzie nadal trwało, będziemy musieli opuścić imprezę.

Jeśli zachowanie się powtarza, albo dziecko robi coś niedopuszczalnego, wychodzimy. To jest konsekwencja. Niech nawet będzie, że kara. Bo to kara dla mnie. Zamiast pić sobie spokojnie kawkę w gronie przyjaciół, zwalając winę na złe zachowanie mojego dziecka na nudnego animatora czy zły dzień, biorę na siebie odpowiedzialność. Wychodzimy. Jasne, w krzykach, może nawet spazmach, biciu, możliwe, że nawet mówieniu, że mama jest głupia. Jest to jednak dla nas lekcja, którą ja później wykorzystam w rozmowach z dzieckiem. I ono ją zapamięta. Nie popamięta, a zapamięta, że nie wszystko, co robi jest super extra i jest tolerowane, a w najlepszym wypadku jest na to ciche przyzwolenie.

Gdybym pozwoliła dziecku zepsuć innym dzieciom i ich rodzicom zabawę, wysłałabym mu jeden komunikat – może robić to, co chce. Chowałam już dzieciom na jakiś czas zabawki, których nie mogłam się doprosić, aby posprzątały, omijaliśmy regularne wyjścia na basen, który kochają, wracaliśmy do samochodu sprzed bramy placu zabaw. Za każdym razem mówię dzieciom, że ich zachowanie mi się nie podoba, nie zgadzam się na nie i nie będę go tolerować. Dopóki się nie poprawi, przywileje nie wrócą.

Moje dzieci nie są najgrzeczniejsze. Wcale nawet nie chcę, żeby były grzeczne, to słowo kojarzy mi się bardziej z psem, tak samo zresztą jak słowo dyscyplina. Oczekuję natomiast, że moje dzieci będą przestrzegały pewnych reguł i ich zachowanie będzie mieściło się w granicach przeze mnie ustalonych.

Trzeba być w stosunku do dzieci autentycznym i spontanicznym. W planach mamy godzinę na placu zabaw, gramolimy się do samochodu, ubrani na cebulkę jedziemy, z mozołem wytaczamy się z samochodu, idziemy pół kilometra, bo jest sobota i pod marketem nie ma parkingu. Moje dzieci się biją, nie pomagają ostrzeżenia, jest wręcz coraz gorzej. Odwracam się i mówię, bardzo spokojnie, ale stanowczo. „Bardzo mi przykro, ale ponieważ kłócicie się i krzyczycie, a to mi się nie podoba, nie mogę nagradzać Was zabawą na placu zabaw. Wracamy do samochodu, na plac zabaw przyjdziemy, kiedy będziecie spokojniejsi i zgodni”. Nie boję się kompromitacji, opinii innych ludzi. Nie boję się tego, że obcy ludzie, którzy przyglądali się tej sytuacji z boku, uznali mnie za złą matkę, bo mogło to tak właśnie wyglądać.

Moim sposobem jest też przygotowanie dzieci na każdą sytuację. Przeżywałam kiedyś koszmar odbierania dzieci z przedszkola. Godzina mocno popołudniowa, dzieci zwykle w fazie focha, kiedy jeden fałszywy ruch powoduje stan katastrofy. A w tym wszystkim ja, nabuzowane dzieci i kilku innych rodziców. Codziennie (tak, tak, codziennie), kiedy bezpiecznie dotrzemy już do samochodu, robię małą analizę. Na głos do dzieci pochwalam lub neguję pewne zachowania. Nie mówię, że super, byliście grzeczni, wow, tu jest czekoladka. Skupiam się na konkretach. Nina sama założyła buty, Dominik siedział przy swojej szafce, cieszę się, że mnie posłuchał i nie pobiegł do sali za Adasiem, Emma była spokojna i zapięła kurtkę. Bardzo mi się to podoba, możemy teraz szybciej iść na sanki! Hurra.

Robię to samo, do znudzenia, przed każdym wyjściem z domu. Zakupy. Stoimy przed marketem, ja jakbym szła na ścięcie, wizja trójki dzieci, które próbują na mnie wymusić słodycze, rozbiegają się po sklepie, wpadają na innych, krzyczą, piszczą.

Pytam spokojnie – idziemy na zakupy, jak się zachowujemy?
– Grzecznie – pada z tyłu.
– Czyli jak? – dopytuję.
– Nie krzyczymy. Nie uciekamy.
– Zgadza się! Pamiętajcie jeszcze o tym, że słuchamy mamy.
– Dobrze mamusiu.
Teraz jesteśmy gotowi wejść do sklepu. Idziemy i jest dobrze.

Robię tak przed i po każdym większym wyjściu – wspólnych zakupach, zabawie na placu zabaw, urodzinach. Najpierw ustalam zasady, potem obserwuję i upominam, jeśli jest taka konieczność, na koniec chwalę lub przypominam, nad czym jeszcze musimy popracować.

Jasne, że teoria jest piękna. I zdarza się, że mój plan zupełnie się nie udaje, dzieci nie zachowują się tak, jakbym sobie tego życzyła. Nawet ostatnio odwiedziło nas dwóch chłopców i dzieciaki zupełnie nie potrafiły się pogodzić. Ale coraz częściej udaje mi się okiełznać tą brygadę. Żałuję, że nie znałam tej zasady, kiedy dzieci były mniejsze. Chodziłam wraz z innymi matkami na zorganizowane zajęcia, podczas których moje dzieci przeszkadzały innym, a ja tylko głupawo się uśmiechałam. Nie potrafiłam sobie poradzić, ale nie chciałam też zrezygnować, bo dla mnie ta godzina w otoczeniu innych mam, kiedy moje dzieci miały rozrywkę, była wytchnieniem, przerwą w ciągu tych samych czynności. Teraz wiem, że powinnam była być zdecydowanie bardziej kategoryczna, ustalać wcześniej reguły i działać, kiedy te reguły zostaną przez moje dzieci przekroczone.

Kiedy moje dziecko będzie krzywdzone przez inne, to będzie jedyna sytuacja, kiedy zwrócę mu uwagę, jeśli będę widziała, że jego rodzice nie reagują. Nie jest to komunikat mający na celu pogrążenie rodzica, wytknięcie mu złego wychowania czy braku zasad. To reguła społeczna, a ja, jako matka, mam za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem moich dzieci.

Daleko mi do krytykowania innych rodziców, sama miewam koszmarne przygody z dziećmi, dni w których płaczę z bezsilności i nic nie działa. Ani spokojne tłumaczenie, ani groźby, nawet obojętność zawodzi. Codziennie walczę o spokojny dzień, satysfakcjonujący na tyle, aby pod koniec nie rosła w gardle gula wyrzutów, wątpliwości, czy jako rodzic daję radę i nadziei, aby jutro było lepiej.

Pracuję jednak codziennie nad zbudowaniem jasnego przekazu dla moich dzieci, mglisto jeszcze poruszających się po niuansach życia. Wyznaczam granice, których nie mogą przekraczać i reaguję, kiedy to robią. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś przyniesie to skutek.

37 komentarzy

  1. Świetne podejście! Trzeba dążyć do znalezienia takiego właśnie „złotego środka” – ani dziecka we wszystkim nie ograniczać, nie „tresować”, nie odbierać mu każdej przyjemności i okazji do spontanicznej zabawy, ani też absolutnie na wszystko pozwalać, nadmiernie pobłażać, postępować w myśl zasady „róbta, co chceta”. Pewne nieprzekraczalne granice są niezbędne – i choć dziecko z pewnością nie będzie nam za nie dziękować, to moim zdaniem (może to dziwnie zabrzmi) ma dzięki nim większe…poczucie bezpieczeństwa. Bo jeśli samo nie będzie umiało w odpowiednim momencie wyhamować i powstrzymać się od pewnych niebezpiecznych/krzywdzących/niepożądanych zachowań – to jest osoba, która mu tę „właściwą drogę” wskaże i dzięki temu obejdzie się bez większych ofiar 🙂

  2. Oj tak – konsekwencja w stosunku do dzieciaczków jest niezbędna. Nie sztywna dyscyplina i tresowanie jak pieska, tylko właśnie konsekwencja i jasne wytyczenie naszych zasad. Również pozwalam synkowi wybierać np. między kolorem koszulki, ale już nie pozwolę na frytki na śniadanie, obiad i kolację 😉

    Pamiętaj Kochana, że jesteś wspaniałą mamą – z całych sił starasz się ogarnąć trójeczkę w ciężkim wieku, jesteś naprawdę wielka 🙂

    1. Dziękuję Kasiu. Popełniam błędy i dochodzę do niektórych rzeczy powoli. Najważniejsza jest autorefleksja i tego będę się trzymać. Co jakiś czas (najlepiej codziennie ale to nie jest możliwe) warto się głęboko zastanowić nad tym co działa, a co nie. Czy nasze życie z dziećmi jest takie, jakiego pragniemy, czy wszyscy dobrze się czują, co natychmiast należy zmienić. Jeśli sami nie potrafimy – szukać pomocy. Byłam już na kursie komunikacji z dziećmi, nie raz u psychologa, w poradni, radziłam się pań z przedszkola, a w końcu czytam różne książki. Warto.

  3. Ja nie stosuję żadnej dyscypliny, bo źle mi się to słowo kojarzy, co nie znaczy, że pozwalam wejść dziecku na głowę. Dopiero wchodzimy w etap negocjacji i na dobrą sprawę nie wiem jeszcze, jak to będzie, ale postaram się, aby rozmowy z córką przyniosły pożądane efekty. Ciężka sprawa to wychowanie, bo niby ta moja córeczka ma dopiero trzy lata, ale już pokazuje, na co ją stać. Czasem mam ochotę krzyknąć, lecz tego nie robię, gdyż wiem, że nie jest to najlepsze wyjście z sytuacji, zresztą do dziś mam tak, iż jeśli ktoś podniesie na mnie głos, to od razu płaczę, a Gaja ma tak samo. Nie chcę ją więc niepotrzebnie stresować. Staram się być konsekwentna, niektóre zasady powoli zaczynam stosować i również wyznaczam granice, aczkolwiek nie zawsze mi to wychodzi. W końcu też się uczę :).

    1. Mnie dopiero od niedawna wychodzi. Sama nie wiedziałam co i jak, błądziłam. Dopiero jak się zastanowiłam nad tym co działa, a co nie, z czego wykluwają się niektóre problemy, co nieco zrozumiałam. Daleka jeszcze przede mną droga, ale system trzech ostrzeżeń i tłumaczenie co się będzie działo i co było dobre, a co do poprawy bardzo dobrze u nas działa. I tylko mam nadzieję, że starczy mi cierpliwości, żeby to kontynuować.

  4. jak zwykle same mądre rzeczy 🙂 ja się trochę zastanawiam w jakim wieku dziecko zaczyna rozumieć taką przyczynę i skutek, moja córka ma 1,5 roku i mam wrażenie, że czasem nie rozumie co ja jej próbuję tłumaczyć 🙂

    1. Nigdy nie wiesz, kiedy zacznie, więc lepiej próbować. Moje zdanie jest takie, że dzieci wszystko rozumieją, tylko nie układa im się to w głowie logicznie. Ale jest moment, że nas zaskoczą.

  5. Słowo klucz to KONSEKWENCJA. Jak zwykle świetny tekst, jak zwykle zgadzam się z Tobą. Mój 10-letni syn wie, że jak coś ustalamy, to się tego trzymamy, bo mama nie rzuca słów na wiatr:)))

  6. Wiesz, może coś bym jeszcze dodała, za to nic nie ujęła 🙂 Wyłuszczyłaś tu esencję tego, jak funcjonuję z moją dwójką (różnica 1,5 r.), z tym że na szczęście wiedziałam to prawie od samego początku. Nie wyobrażam sobie, by moje macierzyństwo mogło być satysfakcjonujące z zupełnie innym podejściem.

  7. Mądrze piszesz Dagmara.
    i wiesz wczoraj była taka sytuacja u babci, gdy nasza chrześniaczka patrząc na zachowanie naszej 3 letniej Hanki, próbującej wymusic kolejnego cukierka, zastanawiała się czy dałaby radę zachowac sie tak jak my. Czy lepiej dac kolejnego dla świętego spokoju i aby przestała płakac i zawodzic czy byc konsekwentną i nadal wysłuchiwac jęków ale trzymac się danego słowa.. Powiedziałam jej szczerze, ze to jest kwestia praktyki i doświadczenia i że nic nie przychodzi samo.
    NIe jestem święta….Zdażało mi się ustąpic dla świętego spokoju, ale największe konsekwencje ponosiłam ja. NIe dosc, ze wymuszała dalej, to ilosc czekolady jaką kiedyś zjadła przełożyło się na takiego adhd, ze ledwo mogłam sobie z nią poradzic. Takze uczymy się na błędach. Swoich. Bo kazde jest inne. Moje nie poprzestanie na obietnicy „Mamusiu to już ostatni cukierek”, tylko z każdym kończącym się będzie chciała jeszcze i jeszcze. Ale to my rodzice wyznaczamy granice. Choc nie jest lekko. Bo my rodzice tez ponosimy konsekwencje naszych decyzji w stosunku do dzieci. Zabroniłam oglądania telewizji, musze się liczyc z tym, że nie wypije w spokoju kawy, nie zrobię niczego w domu, bo moje dziecko będzie co 5 minut przychodzic z tekstem „mamo, nudzę się”…staram się aby odebranie przywilejów bylo adekwatne do kary i takiego, ze bede pewna że wytrzymam w postanowieniu.
    Kiedys byłam swiadkiem gdy oboje rodzice nie radzac sobie z zachowaniem syna 6 -letniego, co chwilę mu czegos zabraniali. A najbardziej mnie rozbroiło gdy powiedzieli, ze „jutro nie pojedzie na basen”. Pomijam dawanie kary w takim odległym czasie od złego zachowania, to najbardziej mnie rozbroiło, jak moj syn się przyznał, ze ten 6 latek powiedział mu na ucho, że i tak pojedzie. Wiedział, ze do jutra rodzice, albo zapomną, albo odpuszczą. Wiesz, pomyślałam wtedy, ze bardzo krzywdzą tego chłopca. o już rośnie egoista i manipulant.
    Odnośnie pokazywania złości czy płaczu. Pozwalam im na to. Bo to jest ludzkie. Czasem człowiek musi dac ujścia trudnym emocjom . Ba, wręcz bardzo potrzebne.
    Aby nie zwariowac. Irytuje się tylko gdy ktoś trzeci się wtrąca krytykując te uczucia. NIe ważne czy to babcia, obca pani na spacerze. Dziecko ma prawo do swoich uczuc. My możemy im tylko pomoc sobie z nimi poradzic i dobrze je ukierunkowac.KIedys myslałam, ze płacząc przy dziecku pokazuje mu że jestem słaba, złoszcząc się, ze jestem bezsilna. Teraz sie z tym nie kryje. Tłumione emocje mogą wyrządzic więcej szkody. Bo człowiek ma prawo byc wkurzony, smutny. To jest normalne. Chce aby moje dzieci o tym wiedziały. Tym bardziej, że sama wiem jak to jest gdy jako dziecko miałam cały czas mówione „nie wolno płakac, nie wolno się złościc”. Bardzo sie to odbiło na mojej psychice szczególnie gdy wkraczałam w dorosłe życie i nie wiedziałam tak naprawdę co czuję. bo nie mialam kontaktu ze swoimi uczuciami. Bo im nie ufałam…ale to temat na inny post 🙂

    1. Gosia, wtedy, kiedy szliśmy do samochodu sprzed drzwi placu zabaw, moje dzieci były upłakane i krzyczały. To był weekend, masa ludzi i same karcące spojrzenia. Ale to ja jestem odpowiedzialna za te dzieci. Ja znam z autopsji takie czcze straszenie i świadomość, że nie niesie żadnych konsekwencji. Poza tym niech lekcją dla takich rodziców będzie tekst mojej kuzynki w wieku chyba 6 lat, która na moje zdanie, że przyjedziemy za dwa dni spytała czy to długo. Konsekwencja ma być już, żeby dziecko mogło ją w głowie połączyć z danym czynem i żeby wytworzył się ciąg przyczynowo-skutkowy robię tak i tak i dzieje się to i to. Niestety pokazywanie uczuć kuleje w wielu domach, w których od dzieci wymaga się, żeby przede wszystkim były cicho. Ostatnio rozmawiałam na ten temat z dziecięcym psychologiem i ona też namawiała wręcz, żeby dzieci w tym wspierać i ubolewała, jak wielu rodziców uważa płacz, złość, czy nawet agresję za coś zdrożnego, negatywnego, co należy tłamsić.

  8. kolejna lekcja do zapamiętania. Czytam posty, wyciągam wnioski i układam plan 🙂 w głowie kiełkuje ziarenko, które bedzie odpowiedzialne za wychowanie syna w późniejszym czasie, ale zaczynam być stanowcza i konsekwentna już teraz. Czuje się jak uczeń na wykładach, ale w pozytywnym znaczeniu. Dziękuję 🙂

    1. Ja bardzo żałuję, że na blogi, które mnie też edukują trafiłam tak późno. Czytałam jakieś debilne poradniki, które nijak miały się do tego, jak wygląda życie z dziećmi. Cieszę się, że moje pisanie kogoś też zmusza do przemyśleń. Trochę tu, trochę tam i można sobie w głowie wszystko poukładać.

  9. Uwielbiam Cię za to zdanie: „Codziennie walczę o spokojny dzień,
    satysfakcjonujący na tyle, aby pod koniec nie rosła w gardle gula
    wyrzutów, wątpliwości, czy jako rodzic daję radę i nadziei, aby jutro
    było lepie”. I przybijam piątkę! też tak mam!!!! Codziennie chcę być najlepszą mamą na świecie, codziennie też zastanawiam się, czy mieszczę się chociaż w przedziale: 'wystarczająco dobrej’. Life. Dzięki za to co piszesz, dzieki temu wiem, ze nie tylko ja mam takie dylematy.

    1. Ula, ja mam codziennie takie przemyślenia. I w różnym kierunku – raz myślę, że jest dobrze, innym razem, że totalnie fatalnie. Ale ta autorefleksja jest dla mnie podstawą świadomego rodzicielstwa. A nie tyko myślenie, że jest super, albo mega beznadziejnie.

  10. A ja napiszę z punktu widzenia dziecka, bo to jeszcze wciąż pamiętam. Nie należałam do dzieci niegrzecznych, ale wiadomo, swoje czasem miałam za uszami. Problem był taki, że moja mama była strasznie niekonsekwentna (z czystej miłości dodam, bo po prostu nie umiała córci się oprzeć, czy odmówić). Nigdy nie spełniała swojej zapowiedzi (czy kara, czy groziła czymś tam innym), zawsze wcześniej odpuściła, złamała się, poddała. Niestety to skutkowało tylko tym, że ja zawsze wiedziałam, że cokolwiek bym nie zrobiła i jakąkolwiek karę by mi nie dała to i tak zaraz odpuści. Domyślasz się jaką miałam motywację, żeby się poprawić? Żadną. Sobie obiecałam, że ja będę zawsze konsekwentna, straszę karą, kara będzie. Zabraniam czegoś, to tego nie będzie. Dzieci to małe szczwane kochane bestie i bez skrupułów wykorzystują niekonsekwencje rodziców. Zdaniem mojej mamy jestem zbyt surowa i kategoryczna, często słyszę, że 'ona by tak nie umiała’. A ja wtedy zawsze sobie przypominam, że na tym właśnie polegał jej i mój jako dziecka problem.

  11. Jestem mamą dwojga całkowicie różniących się od siebie dzieci. Syn od początku był grzecznym, spokojnym dzieckiem. Takim, przy którym wszystko może stać na niższych półkach, bo nie ruszy… Takim, co w sklepie z zabawkami nie chce nic, bo ma dosyć zabawek w domu… Córeczka wywróciła nasz świat do góry nogami 😉 I dziś już wiem, że to nie kwestia jej charakteru, a naszego postępowania. Synek od początku miał tłumaczone i wyznaczane granice. Córeczka urodziła się przedwcześnie, dużo przeszła, więc jak tylko wróciła do domu robiliśmy wszystko, by jej wynagrodzić cierpienie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Histeria na każde „nie”, rzucanie się na podłogę itp. Sporo czasu zajęło mi „posprzatanie” tego „bałaganu”. Dziś wiem, że opanowanie, konsekwencja i cierpliwość potrafią zdziałać cuda 🙂

    1. Ja znowu często popełniałam i nadal mi się zdarza „machanie ręką”, kiedy sytuacja jest zaogniona. Ustąpić jest najłatwiej, a nie tędy droga.

  12. Pięknie to napisałaś. Pierwszy raz odwiedzam Twojego bloga, ale na pewno nie ostatni 🙂

  13. Tez jestem zwolenniczką „drobnych” wyborów i mimo iż córka wybrała szare w niebieskie kropki rajstopki do tego pomarańczową bluzkę w zielone paski i koniecznie ale to koniecznie różową spódnice typu tutu to szanuję jej decyzję (o ile tylko nie wymyśli w środku zimy sukienki na ramiączkach) 😉 Dla mnie najgorsze w tym „karaniu” jest to że czasem jedno cierpi kosztem drugiego – np. syn popchnął córkę tuż przed wyjściem na sanki – pasuje jego zostawić i iść tlyko z nią – a przecież nie zostawie 4.5latka samego w domu 😉 o takie dylematy rodzica – wiadomo można inaczej wygezekwować ale nie zawsze się da – albo ja mam z tym problem hehe

    1. Nie zawsze się da, bo życie nie jest czarno-białe. U mnie w takich sytuacjach stosuję np. prawo pierwszeństwa. Popchnąłeś, więc siedzisz z tyłu, itp.

  14. naprawdę bardzo ładnie napisałaś ten tekst:-) podpisuję się rękami i nogami ale jako mama 8-letniego syna mogę powiedzieć, że nie zawsze jest tak fajnie. W moim domu zasady obowiązują podobnie jak u Ciebie,ale u dziadków nie. W moim domu po kolacji nie pije się innych napojów niż woda ( w ogóle do czasu syn uwielbiał wodę)u moich rodziców dowiedziałam się po długim czasie, że przed spaniem pije słodzoną herbatę! Jasne, że z rodzicami próbowała
    m rozmawiać, wielokrotnie ale myślę, ze oni traktowali to po prostu tak, że sobie pogadam i skończę. Zmienili zdanie kiedy syn w szkole zaczął sprawiać problemy… myślę, że to przez niekonsekwencję i różne sposoby wychowania. „Sprzątanie” tego „bałaganu” jak któraś określiła trwa i trwa a wiek temu też nie sprzyja ale trzeba iść do przodu i pielęgnować to co ocalało:-)

    1. Oczywiście, że nie zawsze jest tak fajnie! I u mnie samej nie zawsze to działa. Z dziadkami trzeba kategorycznie. U mnie było już odbieranie słodyczy, które przynieśli itp. Skończyło się. Chyba w dobrą stronę, bo ostatnio dziadek był z dziećmi i napisał sms „dzieci chcą kanapkę, czy mogę im dać”? Ale wiem, że nie zawsze jest tak łatwo. Może podrzuć jakąś lekturę, starsi ludzie wierzą w słowo pisane, a jest pełno dobrych lektur dla osób opiekujących się dziećmi. Powodzenia!

  15. Podoba mi się dialog, o którym napisałaś. Przed każdym większym wyjściem / wejściem np zakupy. Dzieci same muszą powiedzieć jakie są zasady. Wtedy wiemy, że zrozumiały. Myślę, że wprowadzę to u nas.
    Bardzo dobra rada i fajny wpis.

    1. Dzięki Iza, u mnie to pomaga. To jest odpowiedzialność, którą dzieci biorą na siebie. Mówią to, więc jest to dużo bardziej autentyczne niż moje kazanie. Szkoda, że tak późno na to wpadłam.

  16. Pracuję jako opiekunka do półtorarocznej dziewczynki. Od jakiegoś czasu mała ma ataki złości i jest problem w ogarnięciem tego. Ataki złości pojawiają się zarówno gdy czegoś jej się nie pozwoli (np. skakanie po łożku) lub nagle zmieni zdanie w jakiej kwestii (np. chce jedzenie a przy wkladaniu do krzesełka złości się,zaczyna gryźć,wrzeszczeć)jak i „Bez powodu” (podchodzi do stołu i zrzuca z niego rzeczy lub zaczyna rozrzucac zabawki itp). Złości wyglądają tak, ze rzuca wszystkim co ma w zasięgu ręki, a jak braknie „fantów” to gryzie wszytko co ma w zasięgu buzi-swoje palce,meble,łóżko itp.

    Pytanie brzmi: jak to ogarnąć?

    Moja propozycja była taka,żeby po pierwszym rzuceniu ostrzegac,że jeśli sytuacja się powtórzy to dana rzecz zostanie odebrana aż się uspokoi lub,że będzie musiała posprzątać to co rozrzuci (nie bardzo wiem od jakiego wieku dziecko może ponosic konsekwencje juz po pierwszym razie /rzuci zabawka,jest odbierana z wytlumaczeniem powodu/a do którego powinno to wyglądać na zasadzie ostrzeżenia /jesli jeszcze raz rzucisz to zabiorę/).
    Rodzice uważają,ze powinnam jej mówić, że nie będzie oglądała bajek i nie będzie zabawy dopóki się nie uspokoi. Mój pomysł został odrzucony, ponieważ „jak będzie tak rzucać to w końcu coś zepsuje”.
    Dodam jeszcze,ze jest to bardzo rezolutna i wygadana dziewczynka,która dużo rozumie.
    Mam nadzieję, że w miarę jasno opisałam problem i ktoś coś poradzi 🙂

    1. Angelina. Wg mnie ten problem trzeba rozwiązać przyglądając się zachowaniu dziecka i sytuacji w domu. Te ataki nie pojawiły się znikąd. One zawsze są sygnałem czegoś. U mnie w domu jest to zwykle element zwracania na siebie uwagi, reakcja na zmiany, zmęczenie, przeżywanie czegoś, brak bliskości lub poczucia bezpieczeństwa. Może coś się zmieniło? W jakich sytuacjach dziecko to robi? Czy jest jakaś powtarzalność? Może zmienić bajki albo na jakiś czas ograniczyć (1.5 roku to nie powinno być dłużej niż 15 min dziennie)? Trzeba szukać rozwiązania w dorosłych i życiu dziecka, nie w samym dziecku, bo ono na pewno nie robi tego specjalnie komuś na złość. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *