Sto razy dziennie.
Mam beznadziejny humor. Listopad, to chyba ta pogoda, szaro, buro, zbiór poniedziałków z całego stulecia. I kopię się w dupę non stop, bo przecież wiem, że wszystko jest w głowie i że tak naprawdę mam szczęście. Są dobre momenty, połowę zeszłego tygodnia żyłam w ekstazie, sukces. Ale byłam też u lekarza z dziećmi, w poczekalni po 45 minutach, jedno dostało szału. Wysłałam więc, w ramach odwracania uwagi, po wodę. Przyniósł i w tej pełnej poczekalni krzyczy wręcz, że ma tam piwo. I ta sytuacja byłaby nijaka, gdyby nie matka z dzieckiem w wózku, która nie potrafiła udawać nawet,…
