Niezastąpiona matka.
Nie chcę być niezastąpiona dla swoich dzieci. W ich wychowaniu, na równi ze mną bierze udział Tata, a także dziadkowie, przedszkole i inne instytucje. Niezastąpiona matka to zbyt duże poświęcenie.
Nie chcę tworzyć jedności z moim dzieckiem, bo bycie samodzielnym jest bardzo ważną umiejętnością. Nie chcę tak wychować moich dzieci, aby nie potrafiły się ze mną rozstać. Wcale nie chcę być najważniejsza dla swoich dzieci. Nie jestem sama – moje dzieci mają jeszcze Tatę, który w pełni angażuje się w ich wychowanie. W wielu kwestiach dużo lepiej radzi sobie z dziećmi i ma cierpliwość, która mnie nie przychodzi naturalnie. Nie mam z tego powodu kompleksów, nie czuję się gorsza. W końcu dziecko ma dwóch rodziców, a nie tylko matkę i nazwisko w akcie urodzenia.
Wiele matek uważa, że ich misją życiową jest być niezastąpioną. Nie są w stanie zostawić swojego dziecka z Ojcem, dziadkami czy nianią, bo na pewno nie da rady. Nie wiem nigdy kto bardziej nie daje rady – dziecko czy może jednak mama? Mężczyźni są teraz zaprogramowani wielozadaniowo. Już dawno nie boją się zupek i kupek. Mało tego – radzą sobie doskonale. Może nawet i lepiej? Zaborcze zachowanie kobiet wynika chyba z tego lęku – a co, jeśli okaże się, że dziecko wcale tak bardzo mnie nie potrzebuje? Że wszyscy jakoś beze mnie sobie radzą? Dom stoi, dziecko smacznie śpi, mąż zadowolony. Odcinanie pępowiny bywa bardzo bolesne, szczególnie, kiedy ten moment przedłużył się poza okres noworodkowy, kiedy rzeczywiście biologia decyduje o przywiązaniu do dziecka. A przecież takie myślenie jest tylko w naszej głowie. Dziecko nas bardzo potrzebuje! I nigdy nie przestanie. Ale potrzebuje też czasu z Ojcem i odpoczynku od obojga.
Nie dopuszczam do siebie myśli, że moje dzieci na mnie „wiszą”. Niedawno miałam urodziny, na których była moja bliska rodzina. Przez 6 godzin właściwie nie miałam z dziećmi żadnego kontaktu. Bawiły się z kuzynką, wujkami, dziadkami. Mnie mają codziennie. Nie chcę, żeby nie umiały się sobą zająć, żeby musiały w każdej nowej życiowej sytuacji trzymać mnie za rękę. Mogę to robić, dodaję odwagi, kibicuję, ale też przyzwyczajam dzieci do tego, że są samodzielnym bytem. Nie chcę, aby płakały, kiedy wychodzę. Jestem, jak każdy, człowiekiem. Mam ochotę pójść sama do toalety, kina, czy na siłownię. Potrzebuję tego i nie boję się mówić o tym dzieciom. Przecież wracam, a kiedy mnie nie ma mają tak samo dobrą opiekę. Nie chcę być matką – helikopterem, satelitą, czy niewolnikiem.
W wychowaniu moich dzieci dużą rolę odgrywa zarówno Ojciec, jak i dalsza rodzina. Kiedy dziadkowie przejmują ster, nie muszą wszystkiego ze mną konsultować. Kiedyś ustaliliśmy wspólny front (nie bijemy, nie dajemy nadmiaru słodyczy, nie straszymy, itp.) i teraz ,kiedy przyjeżdża Babcia, jest w stanie zająć się całą trójką, może też położyć ich spać, podać leki czy wykąpać. I dzieci mają do dziadków taki sam szacunek jak do mnie, nie istnieje w mojej głowie przeświadczenie, że robią coś gorzej niż ja!
W wychowaniu dzieci pomagają mi też istytucje. Bywa, że jestem z dziećmi godzinę rano, w trakcie której nie ma czasu na wychowanie, obserwacje, jest to typowy bieg przez poranek. Bywa, że wracamy z przedszkola o 16, a dzieci o 20 śpią. Bardzo łatwo policzyć, że zostaje mi z nimi niewiele czasu, w którym jeszcze jemy kolację, kąpiemy się itp. Jeśli więc nauczyciel, który spędza z moim dzieckiem 7 godzin dziennie, daje mi jakieś wskazówki – słucham ich bardzo uważnie i próbuję się do nich, w miarę możliwości, dostosować.
Miłość do naszych dzieci przysłania nam często oczywiste problemy. Umykają nam rzeczy, które dla innych osób widoczne są gołym okiem. Czasami nieświadomie kategoryzujemy dziecko, dajemy mu etykietki „on jest taki strachliwy” myślimy „na pewno nie będzie chciał tego zrobić, w domu nigdy tak nie robi!”. Dlatego nie waham się korzystać z porad psychologów i terapeutów. Nie mam doświadczenia w wychowaniu dzieci. Mało tego, jako matka, w stanie permanentnego zakochania, mogę nie być obiektywna. Byłam już kilkakrotnie u psychologa, w różnych poradniach, radziłam się wielu profesjonalistów. Porady, które usłyszałam, były dla mnie cenną lekcją. Nie jestem alfą i omegą i nie znam się na wszystkim.
Na końcu chyba najbardziej bolesny argument. Nie dam rady sama. Nie boję się już tego powiedzieć. Chociaż bardzo długo udawałam, że jest ok i jestem superbohaterem. Teraz nie wstydzę się powiedzieć, że muszę choć na chwilę wyjść z domu, bo eksploduję. Nie mam problemu z egzekwowaniem czasu dla siebie. Ja też pracuję, choć tej pracy w domu jakoś nigdy nie widać. Nie boję się tak ustalać Świąt z resztą rodziny, aby nie musieć do rana lepić pierogów. Nie mam problemu z głośnym przyznaniem się do tego, że czasami nie daję rady. I że są rzeczy, na które po prostu nie starczy mi czasu. Nauczyłam się odmawiać. Często proszę o pomoc i ją otrzymuję. Wystarczyło tylko przyznać się przed samą sobą, że nie posiadam magicznych mocy, a ręce mam tylko dwie.
Chcę być dla moich dzieci ważna, ale nie we wszystkim niezastąpiona, najważniejsza i niezbędna. Mojej pozycji matki przecież dożywotnio nikt mi nie odbierze.

To bardzo dobre podejście do wychowywania dzieci. Ze wszystkim się zgadzam. Jednak przyjmuje też każdą inną formę wychowawczą za dobą, bo sądzę, że każda matka i ojciec chcą jak najlepiej dla swoich dzieci i wszystko co robią czynią też z przeświadczenia, że tak właśnie powinni to robić. I wg nich właśnie tak jest dobrze.
Ja też przyjmuję ale nie z każdą się zgadzam. Matki nie puszczające na placu zabaw czterolatka za rękę mnie trochę dziwią. Tudzież te, które uważają, że sepleniący pięciolatek z tego wyrośnie i nie potrzebny mu logopeda. Czasem trzeba inaczej, dla dobra wszystkich, nie tylko naszego przeświadczenia, że tak jest dobrze.
Popieram w 100%. Przypomina mi się scena z placu zabaw, kiedy moje dziewczyny miały 1,5 roku i śmigały po wszystkich urządzeniach, a babcie z trzylatkami za rękę dziwiły się, że „jakie one samodzielne”. Bo im na to od początku pozwalałam 🙂 Piszesz tak, że ubierasz w słowa moje przekonania na temat wychowania i rodzicielstwa. Cudownie się Ciebie czyta.
No właśnie – dzieci są samodzielne, kiedy się im na to pozwala! Wydaje mi się, że te babcie najbardziej się boją, że będzie siniak. A dla nas to nic złego. Wcześniej, czy później i tak przecież będzie. Dzięki za komplement 🙂 Pozdrawiam!
To tak jak i ja. Po prostu akceptuje inne wychowanie czy podejście do dzieci, tak jak inne podejście do życia. Ilu rodziców, tyle rodzajów wychowania, bo myślę, ze nie mówimy tu o stereotypach. A przecież każda para jest inna tak jak i każdy człowiek.
Z wieloletniej obserwacji różnych zachowań ludzi wyciągnęłam taki wniosek, co zresztą zauważyłam u siebie i u innych.
Chodzi o to, że zawsze to co u innych krytykujemy, często wcześniej czy później spadnie na nas samych. I dlatego staram się jak najmniej innych osądzać, bo myślę, ze nie mam do tego prawa.
Nikt go nie ma. Ale warto się czasem rozejrzeć i wypróbować inną metodę, może lepszą?
Uważam to za bardzo naturalne ze nie zapominamy o sobie i swoich potrzebach. Zawsze dziecko jest najważniejsze i nic i nikt tego nie zmieni – nie pójde do kina z koleżankami jak dziecko jest chore i ma 40C ale jak jest zdrowe i uśmiechnięte to dlaczego tego wieczoru ma nie spędzić z tatą? Zawsze będę ich jedyną i najlepszą mamą ale świat nie kończy się na mamie (na niej tylko się zaczyna ;))
Jasne, że choroby, czy inne sytuacje są wyjątkiem. Kiedy jednak jest dobrze, czemu nie?
Uff, oby więcej takich matek. Nie róbmy kalek z dzieci. Taki apel
Z dzieci i ich ojców!
Serio nie masz super mocy?! 😀
Chciałabym, żeby Antek przychodził do mnie z problemami, prosił o radę. Żeby wiedział, że zawsze może się zwrócić do mamy. A zarazem pamiętał, że jest jeszcze tata, dziadkowie, dalsza rodzina, znajomi, przyjaciele.
Myślę dokładnie to samo. Chcę być zawsze na zawsze ale nie chcę być jedyna. Co jeśli kiedyś mnie zabraknie?
Ja ok 3razy w tyg idę na fitness. W tym czasie synkiem zajmuje się tata. Ja wracam szczęśliwa i steskniona. Siedząc 24h z dzieckiem czasem nie mam ochoty na zabawę aa gdy wymęczę się fizycznie to power jest podwójny i umysł czysty☺ Oczywiscie dwa pierwsze wyjścia najgorsze ” bo jak oni sobie dadzą radę sami”. A jak wiadomo nie ma ludzi niezastąpionych i tata równie dobrze zajmuje się dzieckiem jak mama?
Ja nie wiem, jak mogłabym w ogóle egzystować bez tego fizycznego wymęczenia. Dzieci to taki ładunek emocjonalny, że ja potrzebuję przerwy na reset. Wracam z czystą głową, nową siłą i energią. Jasne, że pomaga w tym tata. I tak ma być! W końcu jesteśmy w tym we dwoje.
Jako ojciec dwójki dziękuje Ci za ciepłe słowa pod adresem brzydszej płci 🙂
Ależ proszę! Dajecie radę chłopaki.
Dagula, ale to nie do końca jest tak, jak piszesz. Teraz więcej jest matek, które uciekają od swoich dzieci, aniżeli wikłają się w niezastąpioną matkę. Ojcowie w 100% wykazują się ojcostwem – o ile oczywiście są dostępni. Mam poczucie, że na chwilę obecną mamy do czynienia z matką wyzwoloną, której wyłączna rola kończy się z dniem porodu, czasami z dniem zakończenia karmienia piersią – później to już jest po równo, albo każdy po trochu. Według mnie każdy powinien podchodzić indywidualnie do swojego rodzicielstwa – nie ma tutaj żadnego universum.
Ale nikt tak bezwarunkowo nie pokocha jak mama. Udaje się to też tacie, choć nie zawsze. A już babcia, dziadek, ciocie w przedszkolu i nauczycielki w szkole, szef w pracy i przechodnie na ulicy – wszyscy będą lubili moje dzieci tylko pod swoimi warunkami. Nie mogę od nich oczekiwać, że pokochają moje dzieci – a tylko tego, by pomogli mi w ich wychowaniu. Ale chcę być niezastąpiona w miłości na całe życie. I bez żadnych warunków.
Ja też! Ten post nie był o miłości do dzieci, a o tym, że (poza wyjątkowymi sytuacjami) nie jesteśmy ze wszystkim same i możemy od czasu do czasu dać sobie pomóc. Matka jest tylko jedna, tego nie podważam. Ale w wychowaniu uczestniczyć powinien też ojciec, doświadczenie dziadków czy wykształcenie pedagogów.
O ile uwielbiam Twoje teksty bardziej literackie i nie na serio, to ten mi się niestety nie podoba. Nie da się wrzucić wszystkich w jeden worek. Dzieci i rodziny są różne – to jedno jest pewne. Nie da się odgórnie powiedzieć, matka ma dbać o siebie i spędzać bez dziecka tyle a tyle minut w tygodniu. Po okresie noworodkowym dzieci też mają fazy lęku speracyjnego – to też biologia i co zostawiać je wtedy na siłę w imię idei? Dzieci też chorują, miewają gorsze okresy – i co wtedy? To są momenty, kiedy dziecku wcale nie musi być wszystko jedno, czy to tata, czy babcia. Wtedy mama bywa niezastąpiona. I wiek też naprawdę ma znaczenie. To, że trójka czterolatków bawi się na imprezie sama to wybacz, ale nic nadzwyczajnego. Ale to nie oznacza z automatu, że każdy dwulatek czy trzylatek też tak samo zareaguje. Mój syn teraz też nie ma problemu z tym żeby zostać nawet na cały dzień z babcią, zostać u kolegi na urodzinach czy pójść do sali zabaw na godzinkę, do przedszkola chodzi bez zająknięcia. Ale jak miał rok to zasypiał tylko przytulony do mnie, do nikogo innego, wpadał w rozpacz kiedy wychodziłam nawet kiedy zostawał z tatą – bo to był taki egzemplarz, taki wiek i taka sytuacja. I tak wtedy byłam niezastąpiona, mało dyspozycyjna – i nie uważam, że było to coś złego, nie czułam się niewolnicą ani helikopterem czy satelitą. Wtedy mój syn tego potrzebował i dzięki temu, że dostał tyle bliskości ile chciał teraz jest właśnie samodzielny i pewny siebie. A kiedy czytam takie teksty to od razu czuję dodatkową presję, która wcale nie jest mi do niczego potrzebna. Nie każdy ma system wsparcia, na który może liczyć. Skoro moja rodzina jest oddalona o setki kilometrów, mąż pracuje dużo i w różnych godzinach, nie mam pod ręką koleżanek/sąsiadek chętnych do zajmowania się moim dzieckiem – to ze zwykłych prozaicznych przyczyn to ja będę najczęściej zajmowała się moim dzieckiem i tak będę z nim spędzać większość popołudni, wieczorów i weekendów i najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty urządzać kombinacji alpejskich, żeby częściej wychodzić i mieć czas dla siebie. Po prostu zużyłoby to więcej mojej siły i środków niż korzyści przyniosłoby takie wyjście.
Bardzo dobrze to ujęłaś: „Nie da się wrzucić wszystkich w jeden worek…”
W worku z posta jestem ja i matki, które na siłowni pytają mnie jak to zrobiłam, że wyszłam z domu mając trójkę dzieci? Odpowiadam wtedy, że te dzieci mają też ojca. Nie kalekiego, czy ułomnego, a prawdziwego tatę, który jest tak jak mama! O tym był post.
Ok. Post czytałam. Ale do wszystkiego (tak zresztą, jak i do tego wpisu), można podejść z różnych punktów widzenia. I uwierz mi, że wszystko to rozumiem, bo też mamy troje dzieci, jednak sądzę, że starszych od Twoich, więc wiem o czym mówisz i wszystko to już to dawno przerabiałam 🙂
i nie sądzę, ze Twoje wychowanie jest lepsze od któregokolwiek innego wychowywania dzieci, bo każdy rodzic chce raczej dla swoich dzieci jak najlepiej i każdy musi mieć przekonanie do swojego wychowania, bo inaczej nic by z tego nie wyszło 🙂
I dobrze rozumiem, że bardzo Ci zależy na tym, żebyś sama siebie przekonała do tego, że Twoje wychowanie jest najlepsze.
Wcale tak nie uważam, nie tylko o wychowaniu, ani nawet o niczym w swoim życiu, nie uważam, że moje wychowanie jest najlepsze. Jestem brunetką, ale byłam już blondynką i nie twierdzę, że jakakolwiek opcja dla kogokolwiek jest lepsza. Trzeba spróbować wszystkiego. Teraz tak uważam, ale może moje dzieci pójdą do szkoły i będę musiała codziennie odrabiać z nimi lekcje i zrezygnować z zajęć dla siebie? Nie wiem. Przekonuję do jednego – do zmiany, jeśli jakaś opcja Ci nie pasuje. Widzę bardzo dużo wykończonych macierzyństwem matek, które same siebie w lustrze rozpoznać nie mogą. A wystarczyłoby kilka godzin od czasu do czasu i wszyscy mieli by się lepiej. Nie mam misji zbawiania świata i przekonywania wszystkich do mojej opcji.
Masz rację. Ale życie pisze różne scenariusze i najważniejsze, to czuć się dobrze we własnej roli, jaka by ona nie była.
I będą zawsze i te wykończone matki i te cudownie zadbane. Ale to zależy głownie od tego jak one same czują się w swojej roli, a nie od tego czy wychodzą same czy z dziećmi, czy z mężem. Ani od tego kto wychowuje dzieci.
Wychowują zawsze rodzice, ale mogą dać sobie pomóc, szczególnie matki, które niestety, z moich obserwacji wynika, nie umieją inaczej, chociaż często bardzo by chciały. Odbija się to na dzieciach, bo te matki często widzą siebie w roli „poświęcających się”. Tu nie chodzi o dbanie o siebie, to spłycenie tematu.
Wiem o co Ci chodzi i masz też i rację. Ogólnie chcę tylko powiedzieć tyle, że nie mamy prawa oceniać jakichkolwiek rodziców, tak zresztą jak i ludzi. I czasami się zastanawiam czy właśnie to, że wciąż mówi się o dobru dzieci o czym też wspomniałaś (zapominając o dobru rodziców) nie powoduje właśnie takiego zachowania matek- w sensie, ze nie wychodzi, ze stara się jak najwięcej być z dziećmi, bo gdy wychodzi, to czuje coś w rodzaju wyrzutów sumienia, ze dziecko zostawia np. z ojcem.
I o to mi tylko chodzi, ze zawsze istnieje wiele puntów widzenia. Dlatego i Twój jest dobry ale nigdy nie znasz powodu, dla którego ktoś ma inne poglądy na temat wychowania.
I jestem pewna, ze gdy taka matka nijako „poświęcająca się” sama nie poczuje własnej wartości, to tego nie zmieni. I dlatego podjęłam z Tobą tę dyskusję, żeby pokazać też i inny obraz sprawy i inny punt widzenia, bo tych jest może tyle ilu matek.
Jasne, że tak. Nie ma co oceniać nikogo. Kiedyś też byłam inną matką, niż jestem teraz. Punkt widzenia jest zmienny. Dziękuję za wartościową dyskusję.
I wzajemnie. Też bardzo dziękuję za tę dyskusję 🙂
Nie każdy tekst musi się każdemu podobać 🙂 Ja mam takie teraz przemyślenia, że trzeba czasami postawić na swoim. Mam wrażenie, że gdybym nie była konsekwentna, musiałabym dzieciom pozwolić na wszystko, a sobie na nic. Na przykład Nina nie chce ostatnio chodzić do przedszkola. Codziennie przeżywamy dramat, dopiero w przedszkolu, bo z domu wychodzi ok. Czy to lęk? Pewnie tak. Czy mam ustępować i pozwalać jej nie chodzić, zostawać w domu? A jak mnie za nogę trzyma jak dwa razy w tygodniu wychodzę na siłownię? Też ustępować, zostawać i rezygnować za każdym razem z moich planów? Ja bym się czuła niewolnicą. Choć wiem, że są rodzice, których największym marzeniem jest jak najbliżej trzymać swoje dzieci, nawet jak już są dorosłe, najlepiej kupić im mieszkanie zaraz obok i spotykać się trzy razy w tygodniu. Każdy ma swój styl. Pisząc ten tekst miałam na myśli mamy które chciałyby wyjść, są zmęczone dzieckiem i marzą o chwili oddechu, ale jednocześnie społeczna presja nie pozwala im na to. Boją się dziecko zostawić z kimkolwiek. Ja widać mam inaczej, chociaż jednych dziadków w ogóle mam za granicą, nie mam niani, Babcia pracuje i jest 60 km od nas, nie mam rodzeństwa, ani nawet koleżanek, które zostałyby z dziećmi. Ale nie boję się zostawić męża z dziećmi. Oboje jesteśmy z tego rozwiązania zadowoleni. Swoje pasje też trzeba mieć. I nie ma to nic wspólnego z tym, że 5 dni w tygodniu poświęcam od 1.5 do 2 godzin na położenie trójki dzieci spać. Każdy z osobna ma czytaną bajkę jaką sobie wybrał, rozmawiamy, tulimy się i usypiamy razem. To jest według mnie bliskość. Dwa pozostałe wieczory są moje. Wszyscy mają swoje metody i najważniejsze, aby czuć się dobrze z tym, co się wybrało. Tekst pisałam z autopsji, nie chciałam na nikim wywierać presji, wydaje mi się, że poczują ją tylko Ci, którzy podświadomie może chcieliby inaczej, a nie wiedzą jak. Moja metoda sprawdza się u innych rodzin i często dostaję informacje, że jest mniej kłótni o to „czyja dziś kolej” i dużo mniej napięcia. Każdy z nas potrzebuje chwili dla siebie. Jeśli to ignoruje, narośnie frustracja, a to już temat na osobny post. Wiadomo, że jeśli dzieci są chore, czy coś przeżywamy, jest inna sytuacja. Na co dzień jednak wybieram tak, żeby wszystkim było dobrze, dzieci to 90% mojego życia. Nie jestem gotowa i nigdy nie będę na to, żeby zrezygnować ze wszystkiego, co lubię i robię, takie mam zasady i jest mi z tym dobrze. W wielu postach podkreślam to, że każdy ma swoje metody, ja mam takie. Pozdrawiam!
A widzisz ja to czuję odwrotną presję. W kółko słyszę narzekania, że powinnam brać udział we wszystkich wieczornych spotkania firmowych, bo się nie integruję. Ciągle mi się wypomina, że jak to nie dbam o siebie, bo nie mam regularnych zajęć ani fitnesu ani jogi ani nic i jeszcze zobaczę za kilka lat jak mi wszystko siądzie i że na pewno za chwilę zacznę tyć. I z mężem na randki powinnam chodzić – zawsze częściej niż chodzę, bo o związek nie dbam. I w ogóle to jakieś dziwne, że codziennie bawię się z dzieckiem, bo przecież on już taaaaki duży, że powinien sam, a ja powinnam wtedy znowu o siebie dbać i odpoczywać. I w ogóle to najlepiej to powinnam się tak zachowywać jakby dziecka nie było i tylko te słynne dbać o siebie, odpoczywać ewentualnie jeszcze mogę się rozwijać – i wszystko słowo klucz REGULARNIE (bo przecież trochę tego wszystkiego czasem robię, ale za rzadko, zawsze dla obcych życzliwych za rzadko). To trochę jak z komentarzami o sukience do porodu. Część ludzi pisało, że super, bo one czuły się paskudne i nieatrakcyjne w tak ważnym momencie życia, a chciały mieć prawo wyglądać ładnie. A część odczuła to jako kolejną presję, że mają się przejmować swoim wyglądem w czasie porodu, mimo że to ostatnie o czym chciałby wtedy myśleć i czym się przejmować. Obawiam się, że taki mechanizm jest bardzo częsty w rodzicielskich sprawach.
Ja też widzę tą presję. Ale olewam ją. Wiem, że nigdy nikomu nie będzie wszystko pasować. Jeden powie za dużo, dla drugiego będzie za mało. Generalnie nie ma za bardzo nic pośrodku. Albo musisz być mamą „przy okazji”, czyli taką, która robi karierę, a dzieci „rozwija” za pomocą drogich gadżetów, wakacji w Dubaju i skandynawskich wnętrz. Albo masz być mamą, która robi zabawki z rolki papieru, piecze własny chleb i karmi dziecko do 4 r.ż. Nic pomiędzy. Ja się tej presji nie poddaję, bo z trojaczkami musiałabym zwariować. Wybieram coś pośrodku. Jest czas dla dzieci, dla mnie i dla nas, dlatego np. kładę dzieci do 20, żebyśmy mogli czasem pogadać. Wydaje mi się, że taki generalnie jest Internet. Każda skrajna opcja to powód do piania na jej cześć, albo do hejtu. Nie dajmy się.
A z Niną poszukałabym przyczyny. Może jakiś drobiazg, ale warto zapytać pani, albo poprosić o obserwacje. Może jakieś przeżycia z koleżankami? Może ulubiona jest chora albo się bawić nie chce? Jak się dotrze do sedna to wtedy łatwiej dziecku pomóc, mimo że chodzić do przedszkola przecież będzie i tak. Pozdrawiam też!
Przyczyna jest ciągle inna. Raz nie ma koleżanki, raz nie ta Pani, a w inny dzień brak humoru. Taki urok chyba.
Daj jej więcej z siebie niż zwykle i zastrzyku bliskości powinno być OK – taka rada psychologa 🙂
Dzięki, daję i jest trochę lepiej, chociaż zachowanie bardzo się pogorszyło ostatnio i nie ma na to za bardzo ewidentnego powodu.
ooooo bardzo ciekawy tekst, ciekawe też komentarze do niego, po mojemu wszyscy mają trochę racji 🙂
mój komentarz byłby zbyt długi, więc pozwolę sobie zaprosić do siebie
http://mysspace2.blogspot.com/2015/12/jak-to-jest-z-tymi-matkami.html
Świetny komentarz, dzięki.
Przeżyłam dziwną sytuację. Wybierając się na trening usłyszałam od Pani z Polski, iż dzieci nie powinnam zostawiać same. Ta sytuacja jak i łatwość komentarza Pani bardzo mnie zdziwiła, bowiem dzieci zostały z super tatą a nie SAME czy też z bandą obcych mi nieznajomych. Z mężem Fakundem mamy wspólny front i tego się trzymamy. Nie gramy w zabawy typu lepiej/gorzej tudzież zły/dobry glina. Brytyjska psycholożka zajmująca się lokalną grupą zwróciła uwagę, iż w przypadku niektórych matek z Europy Środkowej i Wschodniej zauważa silne tendencje parentingu typu helikopter oraz wiecznego monitoringu, który nadzwyczaj monco wyklucza ojców z równania rodzicielskiego. Wypowiedzi niektórych matek świadczyły nawet o minimalizacji roli ojców jako autorytetów. Bardzo przykry fakt!
Ojcowie są nadal na marginesie rodzicielskiego zaangażowania, bynajmniej nie z wyboru. I to jest dziwne, bo z jednej strony mamy wykończone, nieszczęśliwe, styrane matki, a z drugiej strony te same matki nie potrafią zobaczyć, że partner też może, potrafi, da radę. Ojciec to ewentualnie ten, który daje kasę, niewygodny świadek życiowej niedoli, kolejny kłopot. Ale to jest kwestia związków w ogóle, które w naszych czasach stały się równaniem, które w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu ma się po prostu zgadzać. Czasami po trupach.
Genialnie , szczerze i nadzwyczaj celnie to ujęłaś! To jest jakaś dziwaczna forma, typu: schizofrenia rodzicielstwa.
Schizofrenia rodzicielstwa 🙂 Temat na dobry post.
Zatem czekam, Królowo Matko Parentingu Bez Filtra :)!
Napisze się, chociaż to posty z rodzaju niepopularnych. Ale co mi tam i tak ciągle mi takie wychodzą.
Ja w pewnym sensie jestem niezastąpiona, bo nie mogę liczyć na pomoc babć, ale nie mam problemu zostawić córki pod opieką ojca, zresztą i do przedszkola chodzi. Mam to szczęście, że Gaja jest odważna, nie płacze, gdy jestem daleko i ma charakter tak otwarty, że szybko przyzwyczaja się do nowych sytuacji. Kiedy dzieci są małe, matka powinna być w pewnym sensie niezastąpiona, chociaż takie zachowanie może przynieść szkody w przyszłości. W każdym razie najważniejsze są potrzeby dziecka i tego powinniśmy się trzymać :).
Ja też za bardzo nie mogę liczyć – raz w miesiącu. Za to na pomoc męża liczę codziennie i chętnie z niej korzystam. To, jak dziecko sobie radzi to też kwestia wychowania.