Czekam na pińcet.
Wiem, że tytuł spowodował, że tutaj jesteś. Ten temat jest teraz bardzo na topie, codziennie ktoś mnie pyta czy czekam na pińcet, czy się cieszę, że dostanę te pieniądze, co z nimi zrobię i co o tym wszystkim myślę ja, matka trojaczków. Potwierdzam – czekam na pińcet!
Nie ma sensu ukrywać, że pomoc od państwa bardzo się przyda mojej rodzinie. Przy dziecku (nawet jednym) koszty utrzymania rosną. Wózek, łóżeczko, ciuchy, pieluchy, szczepienia, a z czasem placówki oświatowo-wychowawcze, dodatkowe zajęcia, leki. A teraz pomnóż to razy 3. Niestety, te 500 zł to kropla w morzu potrzeb, która nie przekonałaby mnie do decyzji o kolejnym dziecku. I choć czekam na pińcet, wcale nie pochwalam tego pomysłu.
Wolałabym inne rozwiązania, które ułatwiłyby życie mojej rodzinie (i wielu innym polskim rodzinom, nie tylko wielodzietnym). Zacznijmy od początku. Opieka okołoporodowa. Szpital, w którym rodziłam, to była trauma. Niby uniwersytecki, niby klinika, a na sali 7 kobiet w ciąży, jedzenie nie dość, że wstrętne, niezdrowe (w kółko pasztet, białe pieczywo, czarna herbata, zero owoców i świeżych warzyw) to tragicznie zaserwowane, pościel z dziurami, ubrudzona krwią, na korytarzu jedna toaleta dla trzydziestu ciężarnych, a w niej nawet papieru toaletowego brak. Nie wspominam nawet o luksusach w postaci wygodnego łóżka, lampce nocnej, klimatyzacji (a rodziłam w lipcu, bywały dni z temperaturą ponad 30 stopni), czy telewizji. Do tego personel robiący na złość pacjentkom, traktujący je jak „rozwydrzone babska w ciąży”, bez minimum empatii. A to oddział patologii ciąży w (podobno) dobrym szpitalu w Krakowie, (podobno) w Europie. Kiedy rozpoczęły się komplikacje, usłyszałam od lekarzy, że sama jestem sobie winna, co ze mnie za matka i po co przyjechałam tutaj wieczorem, kiedy miejsca brak. Całą noc spędziłam na porodówce, a kolejny dzień na krześle, znosząc fochy i nieludzkie traktowanie. Bo mnie się w ciąży zachciało być, kto to widział! Gdybym w tych warunkach urodziła jedno dziecko, nie wiem co byłoby w stanie zachęcić mnie do kolejnego. Na pewno nie pińcet.
Kolejnym, kluczowym problemem są żłobki, przedszkola i szkoły. Moje dzieci chodzą teraz do przedszkola państwowego, które zdawałoby się należeć powinno się każdej rodzinie, w szczególności wielodzietnej. No cóż, niekoniecznie. Publiczna placówka to dla wielu rodzin marzenie. Pozostaje kolejna kwestia – jakość. Nasze przedszkole jest porządne, oprócz sporadycznych przedszkolanek, które pracują za karę, trafiły nam się naprawdę miłe, pełne energii i empatii Panie, rewelacyjny, zdrowy catering, duże sale, wybór zajęć, itp. Nie narzekam, chociaż 25 dzieci w grupie spycha na margines maluchy, które są wolniejsze, czy mają problemy z zachowaniem, nie potrafią sygnalizować potrzeb, czy kiepsko znoszą rozłąkę z mamą. Przy tak dużej liczbie dzieci, uwaga Pani jest mocno podzielona. Jasne, można przedszkole zmienić. Ano można, ale mając więcej niż jedno dziecko, przedszkole państwowe jest dla wielu rodzin jedyną alternatywą. Posłanie dwójki lub więcej dzieci do przedszkola prywatnego to horrendalny koszt. Dla nas było to od 2000 to 3000 zł miesięcznie (dla porównania około 1000 zł ze wszystkimi opłatami za przedszkole państwowe).
Przeraża też sytuacja w niektórych szkołach. W naszej gminie dzieci jest tak dużo, że ostatnia zmiana zaczyna lekcje o 13! Nie wiem więc co mają począć rodzice pracujący i nie posiadający na miejscu dziadków? Zostawić dziecko samo w domu, czy posyłać na 5 godzin bezproduktywnych zajęć na świetlicy? Co w takim wypadku dzieje się z odrabianiem lekcji, czasem spędzanym wspólnie po pracy i po szkole, z zajęciami dodatkowymi, z wizytą u lekarza? Jak wygląda jakość życia tych rodzin? Czy kolejna reforma edukacji nie mogłaby ułatwić życia pracującym rodzicom i tak, jak jest to w państwach rozwiniętych, ustandaryzować czas nauki? Na przykład w Australii dzieci w każdej szkole w kraju zaczynają naukę o 8.30, a kończą o 15. W takich warunkach można coś zaplanować, dostosować etaty, aby mama, czy tata, mogli spokojnie odebrać dziecko ze szkoły.
Problemy zaczynają się wtedy, kiedy dzieci mają potrzebę spotkań z psychologiem lub logopedą. Wciąż ich brakuje, nawet jeśli są, mają godzinę w tygodniu na dziecko. W efekcie rodzic musi wozić dziecko do logopedy prywatnie. Myślę o tym z przerażeniem. Nie dość, że koszty są bardzo wysokie, to mając troje dzieci może się okazać, że połowę wspólnego, popołudniowego czasu, będziemy spędzać w korkach, aby zawieźć jedno z dzieci do logopedy. Pozostała dwójka pewnie uśnie, a nawet jeśli nie, to co to za rozwojowe zajęcie posiedzieć w samochodzie? Odwiezienie, zajęcia, powrót, to minimum dwie godziny. W samochodzie. Gdyby rząd myślał logicznie, odciążałby rodziców, dbając tym samym o przyszłość małych obywateli. Mniemam, że ze względu na koszty i przeszkody, wielu rodziców ten temat po prostu olewa. Często nie tylko z własnej woli, ale z braku kosztów i czasu. Gdyby takie zajęcia odbywały się w przedszkolu i w szkole, wszyscy byliby zadowoleni. Logopeda miałby etat, rodzic jeden problem mniej, a dzieci wykwalifikowaną pomoc w prawidłowym rozwoju. Jasne, państwo dzieci nie wychowa, ale dlaczego nie mogłoby pomóc?
Zajęcia dodatkowe to też astronomiczne koszty. A czy dzieci z rodzin wielodzietnych nie mają prawa nauczyć się na przykład pływać? Semestr zajęć na basenie (nauka pływania z instruktorem, 15 zajęć) to koszt 1300 zł dla mojej trójki. Niestety nie mogę liczyć na to, że dzieci nauczą się pływać w szkole, bo nie każda proponuje takie zajęcia. Jasne, mogłabym o tym zapomnieć, w końcu to nie jest paląca potrzeba. Tylko dlaczego? Nie mówię przecież o nauce chińskiego, czy tkactwa, a praktycznej wiedzy, która gwarantuje moim dzieciom bezpieczeństwo na przykład na wakacjach, jest też idealnym sportem, który można uprawiać w zimie, kiedy jest szaro-buro, a smog uniemożliwia wyjście z domu.
Wszędzie czytam, że rodzice, którym dobrze się powodzi, przeznaczą pińcet na dodatkowe zajęcia dla dzieci. A czy nasze państwo (chwilowo jeszcze w Unii), nie mogłoby dawać każdemu dziecku możliwości nauki obcego języka? Dlaczego musimy za to płacić (semestr angielskiego w państwowym przedszkolu to koszt 850 zł dla moich trojaczków)? Jakościowo dobre zajęcia językowe w przedszkolu i szkole to dodatkowe etaty dla nauczycieli i inwestycja w przyszłość naszych dzieci.
Krytykuję też program 500+ ze względu na sam koncept nie wypłacania tego świadczenia rodzinom z jednym dzieckiem. To, że ktoś decyduje się na dziecko powinno być jego świadomym wyborem, podyktowanym warunkami życiowymi, sytuacją materialną i statusem związku. Jeśli ktoś chce mieć tylko jedno dziecko, bo właśnie na to pozwalają mu środki i możliwości (również psychiczne), państwo nie powinno go za to karać. Rodzic czy jednego, czy czwórki dzieci, ponosi mnóstwo kosztów, wyrzeczeń i trudów wychowania tychże dzieci, czy dziecka. To, że ktoś ma dzieci więcej, nie powinno być argumentem na rozkładanie rąk i błaganie o pomoc. No jakoś się tak stało. Jakoś tak się dzieci nie rodzą. Nie uważałeś, jak robiłeś, to teraz rób jak uważasz, nie obarczaj innych konsekwencjami swoich nieodpowiedzialnych zachowań. Myślenie, że jakoś to będzie jest po prostu głupie. Tak samo, jak argument, że duże rodziny wychowują przecież przyszłych podatników, więc powinny dostawać pomoc. Przyszły podatnik może wyjechać do Szwecji i tyle z tego pożytku dla Polski będzie.
Jednym z największych problemów, z jakimi borykają się polscy rodzice, są choroby. Dzieciaki chorują, bo zarażają się od innych dzieci, których rodzice wysyłają chore dzieci do placówek, bo nie mogą brać zwolnienia. Nie pomaga też fatalne powietrze i kultura, która wcale nie promuje sportu. Zresztą gdzie przez 6 miesięcy szarówki można w Polsce uprawiać sport? Moje dzieciaki bardzo w zeszłym roku chorowały. Właściwie nie było miesiąca bez antybiotyków. Średni koszt leków dla trójki dzieci to około 600 zł. Do tego dochodzi opieka nad dziećmi, w trakcie której przysługiwało mi tylko 80% wynagrodzenia a w konsekwencji problemy w pracy. Służba zdrowia dla dzieci powinna być inaczej skonstruowana. Czekanie miesiącami w kolejkach do specjalistów, godziny tkwienia na SOR-ze, płatne szczepienia, bardzo drogie leki na uodpornienie, wysokie koszty sanatorium dla dzieci, okropne warunki w szpitalach (rodzic, jak pies, śpi na ziemi) to absurdy naszej rzeczywistości. I tak jeśli tylko możesz, pójdziesz prywatnie. W państwowej przychodni jesteś tylko intruzem, którego trzeba szybko odprawić, albo olać pytaniem „czy nie może Pani z dzieckiem przyjść jutro, dziś mamy komplet”. To, że dziecko ma 39.5 i ledwo łapie oddech, nikogo przecież nie interesuje. Jedź na ostry dyżur i czekaj tam całą noc, bo przecież przypadek Twojego dziecka nie jest pilny.
Kolejną kwestią są parki i place zabaw dla dzieci. Mam do wyboru jeden plac zabaw. W sezonie nie da się do niego wejść, jest tyle dzieci, rodziców i psów. Nie wspominam już o aspekcie bezpieczeństwa – plac jest otwarty, co powoduje, że jestem chora od stresu po każdej na nim wizycie.
Program 500+ służy też wzmacnianiu najuboższej warstwy naszego społeczeństwa, tej, która już ustawia się w kolejkach po pomoc społeczną, bierze zasiłki i narzeka, przyzwyczajona do „pomocy dobrych ludzi”. Program 500+ daje im jak na widelcu gotowe rozwiązanie – po co się starać, kiedy można urodzić kolejne dziecko i czy się stoi czy się leży pińcet się należy? Po co szukać zajęcia, kiedy pieniądze płyną szerokim strumieniem? Po co dążyć do poprawy swoich warunków bytowych, kończyć bezpłatne kursy i szukać pracy, jeśli kasa się zgadza? Z programu 500+ skorzysta patologia, która już jest przyzwyczajona do zachowań pasywnych. Ten program tylko to pogłębi, wydłużając okresy wegetacji tych rodzin.
Strach pomyśleć o tych, których ten program przekona do kolejnego dziecka. Miejmy nadzieję, że kolejny rząd obali ten bezsensowny projekt. Pieniędzy nie będzie, dzieci zostaną. Czy ktoś, kto uzależnił się od comiesięcznych datków poradzi sobie, kiedy program się skończy? Kto będzie na tym najbardziej stratny? Dzieci, które w wielu patologicznych rodzinach i tak z tych pieniędzy nie skorzystają.
Ci, którzy poparli istniejący rząd i próbują w kupie szamba odnaleźć jakieś plusy mówią, że łatwo krytykować, a tu trzeba chwalić, że jakaś polityka prorodzinna w ogóle jest i dajmy szansę nowościom. Czy oni nie wiedzą, że nasze zadłużenie wzrośnie i te same dzieci, którym program 500+ ma pomóc, będą kiedyś go spłacać? Dlaczego Polska uczy nas życia ponad stan i wydaje pieniądze, których nie ma? Pieniądze na program 500+ nie wezmą się z żadnego innego źródła, jak tylko z naszej kieszeni. Przecież rząd nie posiada innych pieniędzy ponad te, które nam zabierze. To nie jest dobra zmiana.
Oczywiście, że fajnie jest mieć dużą rodzinę, kultywować wartości cudownej, rodzinnej sielanki. Zostać w domu i cieszyć się możliwością ich wychowania. Codziennie jednak, po 10 miesiącach „siedzenia” w domu, martwię się swoją przyszłością (o dylematach matek w domu i w pracy pisałam już wielokrotnie – Droga mamo w domu, droga mamo w pracy, Czuję się gorszą matką, Korpo sieroty, Nie kura domowa, a domowa królowa). Jasne, będąc osobą zaradną, pewnie coś wymyślę, sama stworzę swoje miejsce pracy (choć nie każdy przecież ma co do tego warunki, możliwość kredytu na rozkręcenie biznesu, czy choćby pomysł). To jest niestety jedna z moich nielicznych opcji. Na powrót do korporacji w zaistniałych warunkach nie mam ani ochoty, ani powiedzmy sobie szczerze, szans. Przez ostatnie kilka lat, kiedy przechodziłam swoją trudną ciążę na zwolnieniu lekarskim, a potem wychowywałam dzieci, moje koleżanki i koledzy pięli się po korporacyjnej drabinie. Pracodawca spojrzy więc na mnie i na młodszego o 10 lat kolegę i pomyśli – jemu mogę dać mniej, bo dla niego ta praca to marzenie, start w życie, początek kariery, a dla niej, niepewnej matki, bo może chcieć urodzić kolejne, albo siedzieć kilka tygodni na zwolnieniu, kiedy jej małe dzieci zachorują, ta pensja przy obowiązkach rodzinnych nie jest wystarczająca. Poza tym on chętnie będzie nocami integrował się na spotkaniach z klientem, a na hasło wyjazdu służbowego do Chin będzie pakował walizki, podczas gdy ona powie – nie mogę, mam dzieci.
Z punktu widzenia pracodawcy, rozumiem jego decyzję. Kobieta – matka jest droższym pracownikiem. Do kosztów zatrudnienia dochodzą urlopy: macierzyński i wychowawczy, przerwy na karmienie, opieka nad chorym dzieckiem. Nie pomijajmy też problemów strukturalno-organizacyjnych. Kiedy ja zajmowałam się dziećmi, moje dwa zespoły, w sumie około 40-50 osób, były same sobie sterem. I znowu pracodawca ma problem – zastępować, dodawać komuś pracy, podejmować decyzje za plecami, a o ich skutkach tylko informować? W sumie dlaczego moi bezdzietni koledzy mieliby ponosić konsekwencje mojej zabawy w dom? Zostawać po godzinach, aby wykonać moje obowiązki? Mówienie, że przecież kiedyś też będą mieli dzieci nie ma sensu.
A gdyby tak pracodawca był zwolniony z kosztów podatków, składek na ubezpieczenia i wynagrodzenia kobiet na urlopach czy w trakcie zwolnienia lekarskiego? Może wtedy nie bałby się zatrudniać kobiet, a one nie traktowałyby macierzyństwa jako kresu kariery? Mnie się jednak wydaje, że ten program ma służyć pogłebianiu tradycyjnego podziału ról. Kobieta ma siedzieć w domu, w końcu przecież na każde dziecko dostanie kasę, po co więc ma iść do pracy?
Wspaniale jest być kobietą domową, wielu osobom się tak wydaje. Odkąd przestałam być nastolatką nie wierzę już jednak w slogan „i żyli długo i szczęśliwie”. Mój mąż może zachorować, może stracić pracę w wyniku redukcji etatów, możemy w końcu kiedyś się rozstać. Co wtedy stanie się ze mną? Kogo to będzie obchodziło, że kilka ostatnich lat poświęciłam szczytnej prorodzinnej idei? Gdyby kobiety miały możliwość pracy z domu, częściowej redukcji etatu, elastycznych godzin pracy, może nie byłyby zmuszone do rezygnowania z niej w momencie, kiedy pojawiają się dzieci? Jeśli nie wrócę do pracy, bo tak bardzo wypadnę z rynku, że nie będę mogła jej znaleźć, co stanie się z moją emeryturą? Przecież jak na razie na emeryturze grozi nam skrajne ubóstwo i środki, które nie wystaraczają nawet na leki, co dopiero na godną starość.
Wiem, że wiele osób krytykuje moją decyzję, bo przecież mogłam zatrudnić nianię, albo dwie. Niestety, nie urodziłam swoich dzieci po to, żeby zostawiać je w sytuacji zapalenia płuc z obcą osobą, której musiałabym oddać połowę swojej wypłaty z dodatkowym kosztem widzenia swoich dzieci dwie godziny na dzień i przeżywania ich życia przez telefon.
Piszę to ja, matka trojaczków, która wcale nie zaplanowała dużej rodziny, ale która chętnie weźmie po pińcet za dziecko. Państwo w wychowaniu dzieci nie pomaga mi wcale. Dostałam co prawda becikowe, 3000 zł, jednorazowo. Niestety, przy trójce dzieciaków na raz, nie starczyło nawet na dwa potrzebne nam wózki. Ja jednak tej pomocy nie potrzebuję, wolałabym lepszej jakości, ogólnodostępne przedszkola, elastyczne warunki pracy dla rodziców (nie tylko dla matek), dobre place zabaw, bezpłatne zajęcia dodatkowe i przede wszystkim – lepszą służbę zdrowia i tańsze leki.
Moja postawa względem tego i innych pomysłów rządu nie sprawi, że ujmę się honorem i będę samotnie nieść na swoich barkach pomoc dla Polski. Wywoływanie we mnie poczucia winy, że wezmę, choć przecież nie potrzebuję, jest niedojrzałym zabiegiem populistycznym i dalszym antagonizowaniem społeczeństwa w celu mobilizacji własnego elektoratu, części tylko społeczeństwa, która wierzy w gruszki na wierzbie. Obrzydliwy, krótkowzroczny zabieg polityków nie znających się na ekonomii, patrzących tylko na własną kadencję, przysłowiowa kiełbasa wyborcza jako sposób na wygraną. To nie polityka prorodzinna, a zabieg polepszający byt pojedynczym jednostkom, a nie ogółu. Sorry Polsko, nie każ mi wybierać, ani myśleć jak tu żyć.* Jeśli dajesz, to nie krytykuj za to, że wezmę. Czekam na pińcet, które wydam na to, czego od Ciebie moja rodzina nie dostaje.

Zgadzam się z tym co napisałaś…. bardzo przykre jest to co się teraz dzieje w naszym kraju.
Przykre i nieodpowiedzialne. Trochę takie nabijanie narodu w butelkę.
Napisałaś samo sedno! Brawo! Mama, również, Trojaczków.
Bardzo dziękuję.
Z ust mi to wyjęłaś! Ja matka jedynaka nie dostanę nic, mam to gdzieś… 500+ to czysty populizm. Nie przyczyni się do wzrostu urodzeń, a problemy, z którymi borykają się rodzice dalej pozostaną nierozwiązane (żłobki, przedszkola, szkoły, itd.). Jesteśmy narodem głupców, którzy mimo takiej liczby magistrów nie mają bladego pojęcia o prawach rządzących w ekonomii. Od dawna powtarzam, że zamiast dwóch lekcji religii od pierwszej klasy trzeba wprowadzić przynajmniej jedną lekcję makroekonomii (oczywiście przekaz przystosowany do wieku dzieci). Może wtedy politycy nie mogliby bezkarnie wciskać nam „kitu” jak to 500+ uzdrowi sytuację w polskich rodzinach, czy inne absurdalnie głupie i niemożliwe do realizacji ustawy spowodują, że będziemy krajem mlekiem i miodem płynącym.
500+ to zasłona dymna dla istotnych spraw, które rozgrywają się po cichu. Od początku roku miały miejsce już trzy aukcje polskich obligacji skarbowych, zadłużyliśmy się przez 1,5 miesiąca na ponad 20mld zł!!!
I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili odnośnie wycofania się NFOŚ z projektu unijnego, dzięki któremu Małopolska miała otrzymać 42mln zł na walkę ze smogiem (na tej samej sesji ojciec dyrektor dostał swoją rekompensatę 26mln). Cóż, nikt nie dba o krakowskie dzieci:(((
Nikt nie dba o mieszkańców Krakowa w ogóle. A przepraszam, przecież prezydent naszego pięknego miasta nie jeździ już samochodem. Powinniśmy się cieszyć, są inicjatywy 🙂
Zgadzam się. Sam pisałem w podobny sposób. Co ciekawe, to rząd musi najpierw „zabrać”, a potem dopiero „daje”. A dlaczego nie obniżono mi o te 500 PLN podatku co miesiąc? Łatwiej wprowadzić, mniejsze koszta… W każdym razie radzę nie przyzwyczajać się do tej zawrotnej kwoty. Jest taka zasada, że jak rząd obieca, że zabierze – to zabierze. Jak rząd obieca, że da – to obieca. My postanowiliśmy odłożyć te pieniądze na przyszłość. Wydać zawsze zdążymy…
Nie bez powodu na moim zdjęciu jest skarbonka. Również mam zamiar odkładać na jeszcze gorsze czasy.
Zgadzam się prawie ze wszystkim. W jednym tylko mogłabym polemizować – polityka pronatalistyczna z definicji nie powinna wspierać rodziców, którzy nie chcą mieć więcej niż jedno dziecko, bo to w żaden sposób nie zapewnia prostej zastępowalności pokoleń. A o to w tej polityce chodzi – by osiągnąć chociaż to niezbędne minimum i to rodziny, które się do tego przyczyniają powinny być gratyfikowane – piszę to ja, mama jednego dziecka.
Oczywiście sposób jest po prostu tragiczny, pisałam już o tym u Kamila. Powinno się zacząć od wszystkich tych rzeczy, o których napisałaś. A jeśli już wsparcie finansowe, to przez kwotę wolną od podatku. To rzeczywisty pieniądz, który zostaje w budżecie rodziny, aktywizujący rodziców i zachęcający do pozostania na rynku pracy.
We wspomnianej Australii wszyscy rodzice dostają np. dofinansowanie do żłobka lub przedszkola, na każde dziecko osobną kwotę, więc jeśli masz więcej dzieci – dostajesz więcej. Są zniżki na bilety rodzinne właściwie wszędzie, itp. Tam też jest to sposób na przyrost, żeby posiadanie dziecka nie stawało się luksusem, na który coraz mniej osób może sobie pozwolić.
Spytam o jedną sprawę jeśli można. Skoro masz męża z Australii to dlaczego mieszkacie w Polsce, a nie w Australii? – gdzie teoretycznie i pewnie praktycznie jest dużo, duuuuuużo lepiej?
Jestem patriotką, chciałam, aby moje dzieci mieszkały w Polsce, aby nauczyły się języka, jestem dumna z bycia Polką i chciałam im to zaszczepić. Poza tym lubię mieszkać w Krakowie, kocham być w Europie, to, że jestem 2h lotu np. od Londynu. Życie wszędzie ma swoje plusy i minusy, także w słonecznej Australii. Poza tym jestem jedynaczką, moi rodzice oprócz mnie i wnuków nikogo nie mają. Niestety, życie tutaj staje się coraz trudniejsze, polityka, styl życia, smog w Krakowie, zmiany w edukacji, to mnie powoli przeraża, oddala nas od świata rozwiniętego, zbliża do absurdów, poza tym dzieci mają już prawie 5 lat, więc baza językowa jest. Na pewno tam wrócimy.
a czy tam jak w PL ludzie pracują za 4zł na godzinę ? Jak dla mnie to mogłoby być nawet 1000+
Jakby była godziwa praca i płaca, to w ogóle nie byłoby dyskusji nad socjalami, tak jak to jest w innych krajach
Nie jest łatwo i uważam, że ludzie w Australii pracują dużo ciężej niż u nas, mniej kombinują i w ogóle nie narzekają. Do szkoły się idzie w wieku 5.5 lat, a dzieci w podstawówce zachęca do płatnych, drobnych prac, np. mycie samochodu sąsiadom, jako dodatek do kieszonkowego. W Australii nie ma na przykład w ogóle macierzyńskiego, kobieta po porodzie ma 6 tygodni wolnego. Potem musi wracać do pracy. Jest kult pracy, u nas jest kult brania i narzekania. Bo inni mają lepiej. Zresztą, wg mnie dlatego został wybrany PIS. Niech biedni dostają, a bogatym będzie gorzej. Takie myślenie.
Jak jedni obiecują to za chwilę się zastanawiamy czy przy następnej kadencji nam nie odbiorą. Podejrzewam, że nie, bo byłby to pierwszy gwóźdź to trumny przyszłego rządu. Niemniej Ci, którym się wydaje, że 500+ to cudownie znalezione w budżecie pieniądze są w błędzie, bo za chwilę za to sami zapłacimy w marketach i starając się o kredyt. Bilans się musi zgadzać. I nie to jest najgorsze, bo z pustego i Salomon nie naleje tylko właśnie to, że jak już pieniądze „się znajdą” to stworzony program jest zupełnie od czapy. Nic tak na nerwy mi nie działa jak fakt, że zamiast stworzyć sensowny sposób na pomoc polskim rodzinom, pisze się byle co, byle szybciej na kolanie „bo obiecaliśmy”. A wystarczyłoby trochę chęci, czasu i dyskusja na temat możliwych rozwiązań. A z tą dyskusją politycy mają chyba największy problem. Smutne.
Masz rację, podejrzewam, że nikt się szybko nie odważy zabrać. Ten czas potrzebny byłby nie tylko na dyskusję, ale i na wybudowanie nowych przedszkoli, reformy w służbie zdrowia, czy prawie pracy. Ale po co, jak można szybko i byle jak?
A ja się kategorycznie nie zgadzam. Dagmaro, rozbuchałaś temat do potężnych rozmiarów. Gdyby rząd zaproponował dajmy na to program wspomagający matki wracające do pracy, albo zaczął dotować szpitalne jedzenie, lub też zafundował zajęcia dodatkowe dla dzieci, to i tak pewnie wyłożyłabyś szereg argumentów, żeby skrytykować program. Przeznacz te 500 na dodatkowe zajęcia, czy na kurs dokształcający dla siebie. Kto ci broni?
Nikt jej nie broni,tylko nie o to chodzi w polityce prorodzinnej
I nie zgadzam się również z tym, że angielski dodatkowy w państwowym przedszkolu lub szkole jest niskiej jakości. Może i grupy są większe i jest trudniej, ale wielu nauczycieli dosłownie 'sprzedaje się’ dzieciom byle tylko wyniosły z zajęć jak najwięcej, i by chętnie przychodziły na te zajęcia.
A kto tak powiedział, że są niskiej jakości?
Ty: „Wszędzie czytam, że rodzice, którym dobrze się powodzi, przeznaczą pińcet na dodatkowe zajęcia dla dzieci. A czy nasze państwo (chwilowo jeszcze w Unii), nie mogłoby dawać każdemu dziecku możliwości nauki obcego języka? Dlaczego musimy za to płacić (semestr angielskiego w państwowym przedszkolu to koszt 850 zł dla moich trojaczków)? Jakościowo dobre zajęcia językowe w przedszkolu i szkole to dodatkowe etaty dla nauczycieli i inwestycja w przyszłość naszych dzieci.”
W zadnym przedszkolu w moim miescie za zajęcia z angielskiego się nie płaci.
Skopiowałaś część tekstu w której NIE MA ani słowa o tym, że angielski wg mnie jest niskiej jakości? Ja za język muszę płacić, w mojej gminie nie jest darmowy. Tak samo muszę płacić za inne zajęcia, dzieci z dodatków mają tylko gimnastykę. Wszystkie inne zajęcia, które proponuje przedszkole (rytmika, karate, plastyka, angielski) są dodatkowo płatne.
Lud domaga się igrzysk. A tymi igrzyskami jest program 500+. To trochę tak jak z niektórymi rodzicami płacącymi alimenty. Daje pieniądze na dzieci, więc już wszystko zrobiłem, obowiązek rodzicielski wykonany.
Wypłacenie pieniędzy rodzicom to najłatwiejsze, co można zrobić. Choć program kosztuje horrendalną kwotę, na które nasze państwo po prostu nie stać (deficyt w tym roku sięgnie rekordowe 54,7 mld zł) to efekt jest natychmiastowy. Obietnica wyborcza spełniona. Wybudowanie nowych szkół czy przedszkoli to program na lata, który nie gwarantuje tak spektakularnego sukcesu i reelekcji.
Moim zdaniem, zamiast rozdawać rodzicom 500 zł, dużo lepszym rozwiązaniem byłoby skupienie się na dwóch filarach. Po pierwsze praca – elastyczne formy zatrudnienia (np.: praca na 2/5, 3/4 nie tylko przez rok po powrocie z urlopu macierzyńskiego), telepraca, ulgi i zwolnienia dla pracodawców zatrudniających matki itp. Zatrudnienie matek musi się opłacać. Po drugie szeroka i bezpłatna opieka dla dzieci w żłobkach i przedszkolach. Wiem co mówię – nasz starzy syn nie dostał się do państwowego przedszkola, bo w domu nie ma patologii. Dlatego musimy płacić na prywatną placówkę – notabene 1.200 zł miesięcznie.
Ja też chętnie wsparłabym takie pomysły. Zatrudnienie i darmowa opieka nad dziećmi rzeczywiście mogłyby spowodować, że więcej rodzin mogłoby sobie pozwolić na kolejne dziecko.
Też uważam, że tylko skrajnie biednych i bardzo krótkowzrocznych (bo przyjdzie następna ekipa i za 4 lata nie będzie już tego programu) ten program może zachęcić do posiadania kolejnego dziecka. Smutne trochę to, że ludzie (CBOS twierdzi, że 80% ankietowanych popiera ten program) nie widzą, że to będzie kosztowało nas znacznie więcej niż 500 zł/dziecko. Ja, jako matka 2 dzieci bym chciała, żeby po prostu przestano zabierać mi tyle z pensji (najniższa krajowa 1850 zł brutto, a do ręki dostajesz 1355 zł – różnica – prawie 500 zł). Nie chce darmowych przedszkoli, żłobków, basenów, bo to kolejne inicjatywy, które wymagają zatrudnienia ludzi (a jestem przeciwna rozrostowi administracji). Dla mnie to rozwiązanie pomogłoby rodzicom zdecydowanie lepiej i nie naruszyło tak budżetu państwa https://www.youtube.com/watch?v=lbvo8OBQX7o
To też jakieś wyjście z sytuacji, lepsze i pomagające łatać rodzinny budżet.
Mocno napisane ale w końcu ktoś rozsądnie to ujął…
Sama prawda z mojego podwórka, możliwe, że mocne, ale takie już to życie jest.
Zgadzam się całkowicie. Świetny tekst, z tym ze jesli chodzi o koszty pracodawcy to po 30 dniach zwolnienia placi zus, a nie pracidawca, tak samo na macierzyńskim – to nie pieniądze od pracodawcy.
Po 30 dniach, ale opieki zwykle nie jest aż 30 dni…
A to tak, bardziej chodzilo np o okres ciąży.
Faktycznie z opieką inaczej powinno być, bo to najgorsze w sytuacji matek pracujących
I ojców też, Ogólnie rodziców pracujących. 😉
Dokładnie! Mój mąż jak i inni znajomi panowie wysłuchiwali w pracy nieprzyjemnych komentarzy, kiedy brali opiekę.
Mojego męża pytano czemu nie moze wziąć urlopu i „rób jak uważasz ale to dziwne jakieś jest” – nie wiem, jakby coś wyłudzał nielegalnie? nie wiemy o co dokładnie chodzilo, a urlop to kurcze człowiek tez by to dziecko na jakies wakacje chcial zabrac.
Extra artykuł Daga! Nic dodać nic ująć! Do szalu mnie doprowadza glupota polskich politykow ale skoro i tak za to płacę (juz podwyzszyli mi marze kredytu i prowizje) to czekam na te 500 których nie potrzebuje ale wezmę!!!! z pełną świadomością że nie ma nic za darmo -do jednej kieszeni wpadnie a z drugiej mi zabiorą wcześniej czy pozniej:)
No jasne, że tak. Czemu miałabyś nie brać? Inni wezmą, skoro dają? I tak prędzej, czy później Ci zabiorą.
dobrze gadasz kobieto! Aczkolwiek myśle sobie, że niestety ten program był robiony 'pod publikę’… ludzie się nabrali no i mamy, co mamy…
Robiony pod elektorat, który głosował na obecny rząd. Tylko i wyłącznie.
Od sierpnia będzie nam przysługiwało 500 zł na naszego drugiego synka, we wrześniu zaczniemy płacić 1000 zł za prywatne przedszkole starszego trzylatka, bo po zmianie zasad obowiązku szkolnego na samorządowe nie mamy szans, a to 500 zł i tak oddamy z powrotem w racie kredytu hipotecznego. Taka polityka prorodzinna…
No jasne. Przecież wiadomo, że rząd nigdy jeszcze nikomu nic nie dał za darmo. Da Ci w jednym miejscu, w drugim Ci zabierze! Ech.
To się nazywa trafić w sedno! Czytam zawsze wszystko co publikujesz na blogu, ale w dzisiejszym wpisie opisałaś wszystkie te sytuacje związane z programem 500+ które od jakiegoś czasu sama tłumaczę różnym osobom, pytającym mnie czy skorzystam (mam 4 dzieci, ale najstarsze już ma 18 lat). Moja rodzina radzi sobie jakoś finansowo i nie łapie na żadne zasiłki, i pomoc Państwa w takiej formie nie jest dla mnie potrzebna, ale lepsza służba zdrowia jak najbardziej. Ile godzin spędziłam już w przychodniach, poradniach u specjalistów i pieniędzy na leki to nie zliczę. Moje dzieci dużo chorowały i chorują, zaczyna jedno i tak po kolei, a dzwoniąc do przychodni także słyszę: czy to coś pilnego, bo lekarz ma komplet. W moim mieście jest jedno przedszkole publiczne, reszta to prywatne, więc rozumie się samo przez się gdzie moje dzieci mogą pójść. Pracuję zawodowo i większość urlopu wypoczynkowego przeznaczam na pojedyncze dni, kiedy muszę iść z dziećmi na jakąś wizytę do specjalisty, bądź aby zająć się dziećmi kiedy w szkole jest święto, testy i inne okoliczności gdy moje dzieci nie mają zajęć, a świetlica jest zamknięta. Podobnie z wakacjami, które trwają 2 m-ce a ja mogę mieć max 10 dni urlopu i mąż tyle samo. Nie stać nas na to aby dzieci wysłać na resztę wakacji na kolonie i obozy ani też nie wyślę do dalszej rodziny. Nie chciałabym, aby to wszystko zabrzmiało jak narzekania bo kocham swoje dzieci bardzo chciałam je mieć, ale tak jak Ty uważam, że taki program nie rozwiąże tego co najbardziej uwiera pracujących i świadomych rodziców, a tylko utwierdzi w przekonaniu, że nie opłaca się pracować i edukować dzieci w wielu rodzinach żyjących już teraz na koszt Państwa.
Te pieniądze przyjmę i wydam na edukację dzieci oraz inne formy ich aktywności, ale 100 razy wolałabym, aby to Rząd wydał je rozsądnie na to co służyło by WSZYSTKIM dzieciom, czyli: lepsze warunki w szkołach, naukę języków obcych w większym wymiarze godzin, STOMATOLOGA w szkole, więcej darmowych zajęć pozalekcyjnych w szkołach (taniec, teatrzyk, plastyczne, sportowe,itp. na które chodzą tylko nieliczne dzieci, bo ich rodziców stać jeszcze). Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za dotychczasowe wpisy na blogu 🙂
Bardzo dziękuję Aniu. Wyróżniam ten komentarz, bo jest idealnym uzupełnieniem mojego wpisu. Zupełnie pominęłam tą kwestię, a przecież z podziwem codziennie przyglądam się moim pracującym koleżankom, których dzieci chodzą do szkoły. Dwa miesiące wakacji i poświęcanie urlopu na „załatwienia, codzienne stawanie na głowie jak to wszystko pogodzić, żeby było dobrze, żeby żyć nie tylko „jakoś”. Podziwiam i szanuję głęboko za taki stosunek i właśnie nie bójmy się powiedzieć tego na głos, to nie jest narzekanie, a nostalgia za czymś, co mogłoby nam wszystkim ułatwić tak piękny, ważny aspekt naszego życia. Pozdrawiam.
Jakbym siebie czytałam. Zgadzam się z każdym jednym słowem! Dla mnie obecnie najważniejsze jest przedszkole/żłobek – moje dziecią chodza do prywatnego i 1400zl miesieczne nie moje bo do państowego syn sie nie dostał a żłobka w okolicy nie ma – najbliższy 16km w Krakowie. Opieke medyczną mam na szczęscie z pracy i jest to nie oceniony luksus przy dzieciach! Plac zabaw na mojej wsi nie ma 🙂 najbliższy 10km wiec tylko autem i to jest juz wyprawa 😉 Mam to szczęscie że mam elastyczne godziny pracy i mogę pracować z domu i jak byłam w ciąży to nie bałam się o utratę pracy/stanowiska ale wiem jaki to luksus! 500zł to kropla w morzu potrzeb i uczy lenistwa. Zamiast dać wędkę rząd daje rybę!
1400 zł! Skąd na to wszystko brać? Też jestem za dawaniem wędki, ale w tej sytuacji po co, jak dadzą ryby. Kto by się wysilał?
to niby z angielskim i rytmiką ale dalej absurdalna cena. Myślałam, że uda się od tego roku do państwowego to zmiana przepisów i 3 latki nie przyjmą bo brak miejsc. Wiadomo spróbuję ale nawet nie liczę 🙁 A co do świetlicy to i tak dobrze jak jest hehe bo nie wszędzie jest!
I nie wszędzie jest na nią pomysł.
Mnie najbardziej przeraża w świetlicy myśl że 6 latki siedzą razem z bandą 13sto latków! I nikt nad tym nie panuje. Ja naszczęscie pracuję z domu i mogę w teorii zawieźć dziecko na późniejszą godzinę ale tak nie powinno być!
A potem się pyta sześciolatek co to znaczy 69 (z życia wzięte).
Całkowicie zgadzam się z Tobą! Mam czwórkę dzieciaków i cały czas sobie radzimy bez pomocy MOPS-u, ale 500 zł na dziecko wezmę. I podobnie jak Ty uważam, że te pieniądze dla mnie nie byłyby motywacja do posiadania dzieci. To głupota uważać, że tak się stanie. To samo było jak wprowadzali becikowe, które miało zachęcić do posiadania dzieci….. Od momentu urodzenia najmłodszego dziecka jestem w domu i będę dopóki nie będzie mógł pójść do przedszkola. Świadomie zrezygnowałam z pracy żeby dać dzieciakom CAŁĄ siebie przynajmniej przez pierwsze trzy lata Zostało jeszcze dwa lata 🙂
Jak nie weźmiesz to stracisz podwójnie, bo te pieniądze i tak pójdą z naszych kieszeni.
Z programem 500+ jest taki problem, że kto tej kasy nie weźmie, ten frajer. Po prostu.
Masz dzieci (w liczbie mnogiej), pracujesz i zarabiasz na tyle dużo, że całkiem dobrze radzisz sobie bez tych to dodatkowych 500, 1000 czy więcej PLN. Ale z drugiej strony doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że bez względu na to, czy bierzesz te pieniądze czy nie, państwo właśnie sięga łapą do Twojego portfela i Ci te pieniądze zabiera. Ot, taki psikus – z tylnej kieszeni, ukradkiem wyciągnę Ci 500zł, a potem stanę przed Tobą i powiem „Proszę, weź sobie, to dla Ciebie”. Jak tej kasy nie weźmiesz, to czuj się wyru… zrobiony w balona.
500zł dostaje każde drugie i kolejne dziecko. Pierwsze jest od macochy. A jak to działa w przypadku dzieci z ciąż mnogich? Kilka minut wcześniej oznacza 500zł mniej?
Kiedyś dzieciaki bawiły się w „Kto ostatni, ten zdechła ryba!”. Dziś, w „Kto pierwszy ten biedak!”
Podsumowałaś to tak, że aż boli ta prawda. Całkowicie się zgadzam, a tym, którzy wczoraj napisali pod tekstem, że nie rozumieją logiki tych, którzy tak jak ja nie potrzebują, ale wezmą (na szczęście tylko 1 taka mądrala się znalazła) chętnie właśnie tak dosadnie bym odpowiedziała. Jak nie wezmę, to stracę podwójnie! Przecież te pieniądze nie rosną jak gruszki na wierzbach i nagle mądry PiS je znalazł! Ech, z głupotą nie wygrasz.
Boli, a to przecież i tak jest taka wersja light! Bo państwo wyciąga nam z kieszeni nie 500zł, tylko 500zł+koszty administracyjne (wolę nawet nie wiedzieć ile!). A oddaje nam te pieniądze tylko i wyłącznie wtedy, kiedy tą lukę w naszej tylnej kieszeni spodni wypchamy własną godnością, potulnie ustawimy się w kolejce i powiemy „proszę, daj pińćset…”
Mam nadzieję, że ten program zdechnie zanim urodzę drugie dziecko, bo wcale nie chcę wybierać pomiędzy „dać się wyrolować”, a „iść się prosić”. A to jest jednak dość kosztowna decyzja, wycenić własną dumę na pół tysiaka miesięcznie. Upokarzające…
Kolejne rewelacyjne podsumowanie! Dziękuję! Wstyd i hańba ale co zrobić, jak żyć?
Mnie w sumie temat nie dotyczy, bo siedzę za granicą, chociaż ostatnio żartowałam sobie z mężem, że czas wrócić do Polski, bo na drugą córkę dostaniemy pięć stów. Tutaj nie mamy na co liczyć.
Zapraszam, obrady Sejmu dostarczają rewelacyjnej rozrywki!
Zdecydowanie dołączam do twojego wpisu, podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe blogerki parentingowe 🙂
Od początku było wiadomo, że chodzi o kiełbasę wyborczą i kupowanie głosów. Niektórzy są po prostu tani i podatni płytkiej manipulacji, niestety.
Dodam, że oprócz rządu, który zamiast praniem starych brudów i realizowaniem chorych zapędów dyktatorskich nieodpowiedzialnego małego człowieka, zająłby się wreszcie takimi sprawami jak napisałaś powyżej, bardzo ważne jest abyśmy wszyscy byli po prostu dla siebie lepsi i milsi.
Ten rząd za wszelką cenę chce wszystkich podzielić, skłócić. Dotyka czułej struny krytykowania siebie nawzajem, podjudzania. A nasz naród niestety ze wspierania siebie nawzajem niesłynie 🙁
Dlatego pomoc drugiemu, miłe słowo, wsparcie, czuły gest, okazanie zaufania drugiej osobie – to są wartości i zachowania, które bardzo pozytywnie zmieniłyby warunki bytowe w Polsce.
Ja mam to szczęście, że pracuję w korpo, w której mam elastyczne godziny pracy, mogę pracować z domu, kiedy tylko muszę lub gdy dzieci chorują. Rodziłam na cudownym oddziale warszawskiego szpitala, w którym cały personel był przecudowny i leżałam w jednoosobowej sali poporodowej z mężem na łóżku obok. Gdy młoda była hospitalizowana w szpitalu mogłam spać przy córci na normalnym łóżku. Ale trafiłam na cudownych ludzi. Na kreatywnego dyrektora szpitala, który nie bacząc na NFZ sam się organizował w zarządzaniu placówką.
Oby jak najwięcej pozytywnych ludzi było w naszym kraju 😀
Oby! Też o tym marzę, choć, tak jak piszesz, przykład idzie z góry, a nasi rządzący jakby celowo antagonizują naród. Ech.
Zgadzam się z Tobą. Tak naprawdę do dziś nie mogę uwierzyć że to wprowadzili. Pomoc owszem ale bezpośrednio do i dla dzieci. Wszystkich. Dodatkowe zajęcia, obiady w szkole, dostęp do kultury a nie ładowanie rodzicom do kieszeni kasy. Ja wiem że nie powinno się generalizowac i wpychać Wszystkich do jednego wora ale jeśli dziecko dzisiaj przychodzi do szkoły głodne to jest spora szansa że to się nie zmieni. Odpowiedzialni rodzice zawsze stawiają potrzeby dzieci na pierszym miejscu a ludzie którzy zdecydują się na dziecko dla tych pieniędzy są po prostu chorzy. Tak jak cały ten pomysł. Polityki prorodzinnej w naszym kraju właściwie nie ma. W mojej gminie nie ma publicznego żłobka bo burmistrz stwierdził że od wychowywania dzieci są matki. Do publicznego przedszkola kto próbował ten wie jakie warunki trzeba spełnić – pełna, zdrowa rodzina 2+1 i 2+2 odpada w przedbiegach. Do szkoly w tym roku obowiązkowo poszły 6latki m. in. mój syn. Ja jestem w komfortowej sytuacj na urlopie macierzyńskim ale kilkanaście dzieci, małych dzieci, spędza po 8 godzin w szkole na zajęciach i w świetlicy. Służba zdrowia? U mnie nawet nie proponują czy nie mogę poczekać do jutra z chorym dzieckiem. U mnie każą jutro znowu ustawić się o 7 rano w kolejce i próbować. Ach… temat rzeka.
Tak, patologia kwitnie, to samo u nas w przedszkolu. Tylko niepracujący wielodzietni mają szansę. Temat rzeka, masz rację, nie ma sensu się denerwować. Bierz i oszczędzaj, bo coś mi się wydaje, że z obecną polityką, przyjdą jeszcze gorsze czasy.
Daga, jak zwykle wyczerpałaś temat….
Muszę jednak przyznać, że z niejakim zdumieniem przeczytałam że masz taką opinię o programie. Od wczoraj noszę się z zamiarem, żeby to napisać, bo choć uwielbiam
Twojego bloga, mam całkowicie odmienną opinię o programie 500+.
No właśnie, 500+, pięćset, nie pińcet. Dlaczego przekręcasz to słowo? Czyżbyś wyśmiewała się z jego założeń? Mam nadzieję, że nie z tych, którzy popierają program?
I tak jak Ty – zacznę od początku:
Mieszkam w małej miejscowości, blisko małego miasta Małopolski, które niegdyś było miastem wojewódzkim swojego regionu, a które może być uznane jedynie za przelotówkę ku bardziej obleganym terenom – w jedną stronę uzdrowiskowych, w drugą górskich.
Opieka okołoporodowa – u mnie, w małym mieście Małopolski, obok średniej jakości porodówki w szpitalu państwowym jest prywatna porodówka, na- moim zdaniem-
bardzo przyzwoitym poziomie. Personel medyczny dobrze wyszkolony, pełen empatii, chętny do pomocy, ale nie nachalny. Sprzęt wysokiej klasy, możliwość natychmiastowego transportu do słynnego Prokocimia, w razie „w”. Traumy poporodowej nie mam, okołoporodowej również nie.
Żłobki, przedszkola i szkoły. Cóż. W mojej wsi przedszkole gminne funkcjonuje od wielu lat, moim zdaniem na całkiem przyzwoitym poziomie. Od 2-ch lat oddany jest
nowowybudowany budynek, pasywny, niskoemisyjny, w którym, prócz przedszkola, znalazło się miejsce dla żłobka, biblioteki i muzeum regionalnego. Dzieci przedszkolne często odwiedzają bibliotekę, zapoznają się z frajdą jaką jest pożyczanie i czytanie książek. Jest nowy plac zabaw dla dzieci, a w środku sala rekreacyjna, gdzie
mogą się wyszaleć w najbrzydsze dni. Język angielski dla przedszkolaków jest darmowy – było to zdaje się regulowane jakąś ustawą kilka lat temu? Moja córcia chodząc jeszcze do przedszkola uwielbiała te zajęcia. Jedna z pań przedszkolanek jest logopedką z wykształcenia. Powinna za to mieć jakieś dodatki, z tego co wiem
nie ma ich niestety, ale swoją wiedzę wykorzystuje – że tak powiem. W żłobku także dzieciaki mają świetne warunki – dobra opieka, Panie z powołaniem, nie za karę, zeszłego roku była 1 grupa, w tym roku 2 grupy wiekowe, nie ma przepełnienia ani obciążenia.
Jedyne czego mogłabym się doczepić, do jedynie fakt, że w żywieniu dzieci spotkać można takie przysmaki jak jogurty typu gratka, batoniki, makaron z serem i cukrem
(większość dzieciaków zjada z samym cukrem), ale także są i zdrowe, domowe posiłki – zupa krem z groszku, grysik na rosołku z indyka, surówka z marchewki. Uwzględniają aspekt uczuleń dzieci, nawet zdarza się osobne żywienie dla dzieci z mocnymi skazami.
Ja nie wyeliminowałam całkowicie cukru z diety dzieci, stosuję jedynie zasadę umiaru, w domu sama gotuję i sporadycznie zezwalam na słodycze – preferuję te
domowe, ale i żelki się trafią. Nie zamierzam świrować. Żyjemy w czasach w jakich żyjemy, nie zmienimy tego. Umiar moim zdaniem jest najważniejszy.
U mnie we wsi jest też placówka prywatna, moje dzieci tam nie uczęszczały, podobno warunki są w nim bardzo dobre, z tego co wiem panie pełne empatii, placówka nie
jest wiele droższa od gminnej. Dużo droższa u nas nie miałaby racji bytu raczej – świeciłaby pustkami po prostu.
Choroby. To moja zmora. Zeszłego roku syn chorował NA OKRĄGŁO! Tydzień choroby, tydzień na antybiotyku, tydzień zdrowia i od nowa. Najmniejszy katar
błyskawicznie przeradzał się się w szczekający kaszl krtaniowy, anginę lub zapalenie oskrzeli. I akurat z tym wszystkim co tutaj piszesz zgadzam się całkowicie. Tylko, że myślę, że nieprzyznanie 500 zł na dziecko nie uratuje służby zdrowia. Tutaj potrzebna jest głęboka reforma. Całej służby zdrowia. Od samiutkiej góry, od tych pieniędzy, które są przeznaczane na służbę zdrowia, a które w znakomitej większości przepadają po drodze. Konieczna byłaby również głęboka edukacja społeczeństwa.
Ludzie najczęściej nie mają bladego pojęcia z jakim problemem zdrowotnym gdzie się zwrócić. Ani co wymaga interwencji lekarza, co pogotowia, a co po prostu nie wymaga interwencji. Nie będę się zagłębiała w temat, ale wiem sporo na ten temat.
Place zabaw i parki – zgadzam się. Tylko czy brak wsparcia dla rodzin coś tutaj zmieni?
Patologia – no cóż, przyznaję, skorzystają. Też o tym myślałam. Tylko czy z tego powodu naprawdę należy wstrzymać świadczenia dla tych wszystkich, którzy nie są
patologią, a należą do najuboższych? Zawsze znajdą się tacy, którzy wykorzystają – system, innych, sytuację.
Nie róbmy nic, nie będzie nic.
I najważniejsze: Praca!
Wsparcie dla pracodawcy, żeby mógł wesprzeć młodych rodziców, młode matki głównie.
Że się tak wyrażę:
hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaha
i jeszcze dodam:
hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaha
Cóż mi po wszystkich przywilejach od państwa, skoro mój pracodawca ich nie respektuje?
U obecnego pracodawcy pracuję 1,5 roku, po poprzednich 2-ch porodach dwukrotnie straciłam pracę. Nie miałam umowy na czas nieokreślony, sama sobie jestem winna. Jasne, mogłam czekać aż takową umowę osiągnę. Tak min. do 35 roku życia z pierwszym dzieckiem. Tylko że ja, pomiędzy porodami, dwukrotnie poroniłam. Obecny bilans 2:2. Gdybym nie miała tej dwójki, nie wiadomo czy miałabym dzieci w ogóle. Z wiekiem raczej nie będzie łatwiej.
Obecnie mam umowę na czas określony, minimalna krajowa, pod stołem dostają nieco więcej. To nieco więcej okupione jest tym, że urlopy, tak te przysługujące mi w
prawach pracowniczych mam niepłatne. Tak, NIEPŁATNE. Każdy dzień urlopu, który standardowo wykorzystuję na opiekę nad chorym dzieckiem, lub też na opiekę nad zdrowym dzieckiem, gdy placówki są zamknięte, np. przed świętami, wykorzystuję na opiekę. Nie pamiętam dnia, kiedy mogłam odpocząć. Nie dostaję dodatków, nie
mam premii. A, przepraszam, dostałam 100 zł premii bożonarodzeniowej. W zeszłym roku za te 100 zł zrobiłam święta i dotrwaliśmy do następnej wypłaty, tj. do Nowego Roku.
I tak uważam się za szczęściarę, bo mogę się z szefem dogadać, mogę sobie podzielić dzień wolny na 2 połówki, w ten sposób na przykład ogarniam wizyty u lekarzy
i dni występów lub innych uroczystości w żłobku/szkole. Jak się spóźnię do pracy, nikt nie robi mi problemów, bo placówki są od 7, a ja muszę jeszcze dojechać, a czasami są mega korki, albo tuż przy wyjściu okazuje się że jeszcze powtórnie trzeba wizytę w WC zaliczyć, albo nie można znaleźć ulubionej zabawki. Nikt mi nie robi problemów, gdy w godzinach pracy dzwonię do szkoły/ żłobka / lekarza/ mamy,/ męża. Szef nie robi mi problemów, gdy dzwonię rano (a przysługujący urlop na żądanie dawno wykorzystałam),
mówiąc, że niestety, ale nie mogę dzisiaj przyjść, bo w nocy dziecko mi się rozchorowało, i nie poślę do placówki, a nie mam przy kim zostawić, ani z kim posłać do lekarza.
Jasne, pracowników w firmie jest dużo, któryś mógłby zadzwonić do PIP a prośbą o kontrolę. Ale nikt tego nie zrobi, bo tutaj bezrobocie jest bardzo wysokie, a jakoś
trzeba żyć. Większość znanych mi firm prywatnych tak właśnie funkcjonuje. A poza tym, mój szef na karę, podejrzewam, że tylko się uśmiechnie. I zapłaci. Albo zapłacą pracownicy swoim urlopem.
I teraz ostatnia sprawa.
Nie, nie jesteśmy rodzina patologiczną. Ani niezaradną życiowo. Mam wykształcenie wyższe, mój mąż podobnie, on dodatkowo nieustannie podnosi swoje
kwalifikacje zawodowe. Mąż musiał założyć swoją DG, gdyż w miejscu pracy podziękowali im pięknie likwidując etaty. Niezgodnie z prawem, choć to placówka państwowa. Był wybór: praca na kontrakt lub zwolnienie. Ci którzy wybrali zwolnienie poszli do sądu. Po 3-ch latach bez pracy sprawę wygrali, do pracy ich
przywrócili. Dostają gołą wypłatę, brak możliwości rozwoju i dodatków. Mąż wybrał kontrakt. Obecnie pracuje tak dużo, że rzadko kiedy jest w domu. Pracuje także nocami, taka branża, więc godzinowo wyrabia prawie 3 etaty. Nie ma potrzeby chyba nic więcej dodawać.
Nie, nie łapiemy się na żadne świadczenia ani dodatki, mało tego, nawet jak dzieci byłoby jeszcze 2 to nie łapalibyśmy się. Nie uważam się za biedną.
Starcza nam na życie. Ale nowowybudowany dom na kredyt, który wcale nie jest całkiem wykończony, 2 samochody (mus, nie przyjemność) i koszty życia są tak wielkie, że są miesiące, że z trudem dociągamy do wypłaty. Nie palimy papierosów, nie pijemy alkoholu, nie chodzimy do kina/ teatru/ na basen/ na fitness/ na siłownię,
ani do restauracji, tak więc nie generuje to nam dodatkowych kosztów. Bardzo, bardzo rzadko kupujemy jakieś ubrania dla siebie, dla dzieci to co konieczne.
Uważam, że odżywiamy się dobrze, ale nie pozwalam sobie na kupowanie gotowców, żadnych pierogów czy innych, nie stać mnie na nie po prostu. Gotuję proste rzeczy, robię przetwory, często sama piekę chleb, staram się korzystać z sezonowych warzyw i owoców.
Jak już napisałam, nie uważam się za biedną. Nie łapię się na żadne dodatki od Państwa. Nawet nie miałabym sumienia brać dodatków rodzinnych czy dofinansowań do
obiadów dzieci.
Ale w moim otoczeniu są rodziny, które łapią się na wszystkie dodatki. Tak im wychodzi z dochodów. Są i patologiczne rodziny, ale większość jednak nie. Niektórzy z nich mają kredyty na dom. Powtarzam: niewiele z nich stanowi patologia. Tutaj, w naszych okolicach najniższa krajowa to standard w wynagrodzeniu. Za najniższą krajową, w sytuacji, gdy nie ma się na kim wesprzeć w opiece nad dzieckiem, kobiecie nie opłaca się pracować. To, co zarobi, wyda na przedszkola/żłobki + lekarstwa + dojazd do pracy. I nie widuje się z dzieciakami prawie wcale.
Jasne, mogłabym się przeprowadzić do dużego miasta, np. do Krakowa. Mąż tam m.in. pracuje. Ale nie chcę. Nie podoba mi się mieszkanie w Krakowie. Podoba mi się u
mnie, w mojej wsi, blisko mojej rodziny, i rodziny męża. Wszyscy w Krakowie nie mogą mieszkać.
Powiem szczerze, program 500+ pomoże takim osobom.
Program ten mnie pomoże w ogarnięciu wydatków. Nie pomoże mi zniżka na bilet do teatru, bo ja do tego teatru i tak nie pójdę, bo mnie nie stać na tą obniżoną cenę
biletu. Są tacy, co z różnych przyczyn nie korzystają z placówek typu przedszkola/szkoły. Są tacy, którzy mniej chorują, i tacy, którzy nie korzystają z komunikacji miejskiej/wiejskiej. Do niektórych miejscowości taka nie dociera. Dofinansowanie w tym zakresie nie przyniesie spodziewanego efektu.
Jest przecież program karta dużej rodziny – i co? Czy to duża ulga dla rodzin? Popytaj…. Tylko popytaj w innej grupie społecznej niż w tej, w której się
obracasz. Sama piszesz, że tobie takie wsparcie nie jest konieczne. Może nawet jest to dla Ciebie niewiele.
Mnie pomoże. 500 zł jednego miesiąca wydam na ubrania na dzieci, drugiego na konieczne lekarstwa, jak nie będę miała takich wydatków to wydam na dodatkową rozrywkę, albo na wyprawkę do szkoły dla starszej, a jak nie będę musiała wydać, to odłożę. Takie jest przecież założenie programu, aby każdy wydał na to, co mu najbardziej konieczne.
Ja nie wygram pieniędzy w lotka, gdy będę w potrzebie, choć są tacy co ponoć to potrafią.
Daga, jesteś światową dziewczyną, wiesz jak jest w Australii, a czy wiesz jak jest za płotem w mniejszych miejscowościach? Większość z nas tutaj to nie wsiowe
głupki, tylko normalni ludzie, którzy normalnie żyją.
I tak, masz rację, inne reformy wymagają więcej zachodu, więcej czasu. A może by tak dać obecnej ekipie rządzącej szansę na wykorzystanie tego czasu, a nie oceniać
ich już? Oni przynajmniej coś robią dla ludzi, a nie tylko dla siebie i swoich elit. To co jest, to jest to, co poprzednicy po sobie zostawili.
500+ popieram, uważam za dobry program, za dobry początek. I nie, nie jestem bezkrytyczna.
Uważnie patrzę na ręce rządzących.
Pozdrawiam
Jadzienka
Przeczytałem cały komentarz od deski do deski… mam tylko dwa pytania. Rząd daje Ci do ręki pieniądze. 500 PLN na każde drugie dziecko. Pracujecie. Płacicie podatki. Mąż prowadzi działalność. Powinniście lepiej od innych wiedzieć skąd rząd ma pieniądze – z podatków i to sporych. Teraz moje pytanie, dlaczego rząd nie obniży podatku o te 500 PLN, tak, żeby więcej zostało Wam w portfelu, tylko najpierw zabiera w formie podatków, dodajmy nowych podatków?
Druga kwestia. Program w założeniu miał podnieść dzietność narodu. Czyli dodatkowe wsparcie miało spowodować chęć posiadania kolejnego dziecka. Moje pytanie więc brzmi. Czy te pieniądze dadzą Ci na tyle większe poczucie bezpieczeństwa, że zdecydujesz się na kolejne dziecko? Tak, darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, ale nikt normalny nie zdecyduje się na posiadanie kolejnego dziecka. Pytanie więc, czy program ma sens, a jak okaże się, że mimo potężnych nakładów finansowych dzietność się nie poprawi, to co wtedy? A jak ktoś za kilka lat zdecyduje, że nie warto inwestować w program? Ciekawe co się stanie, jak wykupisz dziecku dodatkowe zajęcia, a rząd z dnia na dzień obetnie finansowanie? Dlatego ja też na swoim blogu krytykuje program, bo oprócz pieniędzy potrzeba innych zmian, na które też potrzeba pieniędzy.
No tak, wiem skąd rząd bierze kasę. Ale w grę wchodzi również uszczelnienie systemu podatkowego, który na dzień dzisiejszy ma dziur jak ser szwajcarski, nie z przypadku niestety, ale celowo utworzonych, do wykorzystania przez wtajemniczonych. A co z rodzinami, którzy nie mają DG, tylko goły etat? Za najniższą krajową? Albo niewiele większą?
I, masz rację 500 zł nie spowoduje że zechcę mieć kolejne dziecko. Dla mnie to jest wsparcie, nie główne źródło dochodów. Ale z tego co widzę ten program to początek wsparcie dla rodzin, a nie koniec i finito, więc myślę że raczej go nie wycofają. Ale jeśli o mnie chodzi, to żadne pieniądze nie mogłyby spowodować, że bym chciała mieć kolejne. Jeżeli stwierdzę, że mnie samej nie będzie stać na kolejne dziecko, to żadne wsparcie tego nie zmieni. Owszem, są różne sytuacje życiowe, i wypadki losowe, i różnie jeszcze może być, ale na wypadek takich sytuacji również staram się zabezpieczyć, o tyle, o ile można.
Dziękuję Ci za piękny, wyczerpujący komentarz. Ja celowo nie pisałam tylko o patologii, bo nie uważam, że on wesprze tylko patologię. Mnie ten program też pomoże, bo każde pieniądze się w mojej sytuacji przydadzą, w sytuacji, kiedy nic nie zostaje z jednego dziecka na drugie, kiedy na wiosnę trzeba od razu kupić trzy kurtki i trzy pary butów, bo wszyscy wyrośli, kiedy zakupy spożywcze to majątek, a leki to grabież. ALE. Ten program, z założenia, miał służyć przyrostowi, a ten, jak sama napisałaś, zaradnych, przystosowanych do życia, inteligentnych ludzi nie skłoni do posiadania kolejnego dziecka. Ty wydasz na codziennie potrzeby, Ci, którzy pilnie nie potrzebują, odłożą na przyszłość. Przyrost widoczny będzie głównie u patologii. Czyli dzieci, które dzięki niemu się urodzą, będą od małego przyzwyczajane do tego, że wcale nie trzeba kalkulować, radzić sobie, ciężko pracować, bo można brać i wymagać. Czy takiej przyszłości chcemy? Druga kwestia – rząd podaruje Ci 500zł, ale zobaczysz co się stanie z kredytem na dom i innymi aspektami. Dostaniesz 500, a z kieszeni (tylnej, za plecami, bez splendoru), rząd wyciągnie Ci to samo 500. Napisałam pińcet z przekory. A w mojej gminie angielski jest płatny, nie tylko niestety w mojej. Dziękuję za Twoją opinię, jakie to szczęście, że możemy kulturalnie porozmawiać.
A czy lepsze warunki na porodówce, lepszy dostęp do opieki zdrowotnej, dodatkowe zajęcia w przedszkolu czy też lepszy plac zabaw skłoniłyby Cię do posiadania kolejnego dziecka? Załóżmy że tak… A w sytuacji gdy nie wystarcza Ci na opał na zimę lub też na kurtkę i buty dla dzieci lepszy plac zabaw skłoniłby Cię do posiadania kolejnego dziecka?
Ale jednak 500 zł to jest realne wsparcie.
Kredyt i tak pójdzie w górę, niska stopa procentowa, choć przyjemna dla kredytobiorcy, nie jest niestety wieczna. I nigdy nie była, nawet gdy nie było programu 500+.
Po traumie przy pierwszym porodzie nic nie zmusiłoby mnie do przechodzenia tego kolejny raz. Głównie przez to, że musiałam się uśmiechać przez łzy na upokarzające traktowanie personelu, a po cichu płakać w toalecie – bałam się że zaszkodzą dzieciom. Nie każda ciąża, np. ta skomplikowana ma możliwość, nawet przy nieograniczonych środkach na rozwiązanie w prywatnym szpitalu. Zwykle niestety nie posiada on oddziału neonatologicznego. Tak, edukacja dodatkowa dzieci byłaby dla mnie pomocna przy planowaniu, bo zakładam, że chcę swoje dziecko wychować, a nie tylko chować, rodzić i dawać byle jakie życie. Jeśli chodzi o plac zabaw. Byłam w sytuacji, kiedy miałam dni, w których wariowałam w domu sama z trójką dzieci, z jednym byłoby to samo. Ileż można zachwycać się małymi paluszkami i zupkami? Potrzebowałam wyjść. U mnie nie ma gdzie, widzę te same mamy codziennie smętnie spacerujące po polach, a czy nie byłoby rozrywką wybrać się na plac zabaw, zobaczyć innych dorosłych, może się pośmiać i głupio pogadać, a w końcu zapewnić dziecku zmianę scenerii i szansę na odparowanie energii? To siedzienie bezczynne w domu było dla mnie jednym z powodów depresji. Nie zafundowałabym sobie tego po raz kolejny. Jak nie starcza na kurtkę to sama wiesz, że 500 nie starczy i na kolejną.
No właśnie. Nic z tego co napisałaś w poście nie zachęci rodziców normalnie myślących do posiadania kolejnego dziecka. 500 zł też nie zachęci. Potrzebna jest głęboka reforma – mam czasem wrażenie, że potrzeba przewrócić cały porządek w naszym kraju do góry nogami i ustawić go od nowa. Moim zdaniem 500 to takie małe wsparcie dla rodzin borykających się z codziennością. To początek, bo jeśli się na tym skończy, no to lipa. Ale myślę, że jednak nie. Nie krytykuję, bo póki co obecna ekipa zbyt krótko rządzi, a myślę że jeszcze ma szansę się wykazać, przynajmniej wykazuje się inicjatywą. Jeśli nie – zostanie rozliczona przy następnych wyborach.
Pozdrowienia z małej mieścinki 🙂
Wsparcie – dziś jest, jutro może nie być. Co wtedy?
No faktycznie, to jest koronny argument. Czyli lepiej żeby nie było wcale. Nie róbmy nic, nie będzie nic.
Wpis @calareszta_pl:disqus i mój też, są po to, żeby pokazać co tak naprawdę jest potrzebne, żeby rodziło się więcej dzieci i było lepiej. Można inaczej. Dostałaś teraz 500 PLN kosztem podniesienia podatków. Kwota wolna od podatku powinna wynosić około 6000 PLN (po wyroku TK), ale nie będzie, bo nie ma kasy! To powinny być Twoje pieniądze – z obniżenia, a nie z podniesienia podatków! Zamiast zabierać i dawać, wystarczyło podnieść kwotę wolną od podatku i dziwnym trafem, te same pieniądze zostałyby w portfelu. Drugim ważnym problemem jest praca. Tak się składa, że pracodawcy na wzrost kosztów (wzrost podatków) zareagują zwolnieniami i podnoszeniem cen. Dostaniesz 500 PLN, ale kupisz mniej, bo ceny wzrosną. Trzeci problem to opieka nad dziećmi. Brak tanich żłobków i przedszkoli. Tanich, czyli takich, do których dopłaca Państwo. Prywatne są, ale przecież gdyby za 500 PLN zorganizować miejsca w przedszkolach publicznych, to zamiast siedzieć w domu ludzie mogliby spokojnie szukać pracy. Nie chodzi o to, żeby nie robić nic, tylko żeby robić z głową…
No tak. Czytałam Twój wpis.
Czy poprzednia ekipa rządząca wpadła na to, żeby obniżyć podatki? Czy obecna? Przykre to jest, że kasy nie wystarczy na to i na to. Też nad tym ubolewam. Ale czy dziury w budżecie przypadkiem już tam wcześniej nie było? I czy nie wypływała ta kasa na inne cele? Olbrzymie premie odchodzących są tego przykładem…
Inne formy wsparcia jak najbardziej popieram. Ale też nie bardzo wpłyną na chęć posiadania kolejnych dzieci.
A co z tymi, którzy z różnych względów nie posyłają dzieci do placówek? Albo tych, którzy z różnych względów nie podejmują pracy? Są tacy- nie zawsze z lenistwa… Ich wsparcie miałoby ominąć?
Ja już pisałam, że nie uważam żeby ten program był idealny, i żeby miał zachęcić do posiadani kolejnych dzieci. Ale jest wsparciem i jest wstępem.
A poza tym nie lubię krytyki dla samej krytyki. Poczekajmy na dalsze posunięcia.
Zresztą, jak się ma dużo pomysłów można próbować kariery w polityce, dlaczego nie?
Pozdrawiam
Polityków nie lubię żadnych. Poprzednia ekipa zła? Macierewicz, Ziobro, kombinacje z Trybunałem Konstytucyjnym, 20 mln dla ojca rydzyka i odsunięcie prezesa stadniny koni w Janowie Podlaskim, który był tam od 1978 roku i wypromował stadninę tak, że cały świat zlatywał się na aukcje… a to wszystko w 100 dni… Masz rację, dajmy im szansę!
Ani Ty nie przekonasz mnie, ani ja nie przekonam Ciebie.
Nie dawaj im szansy. Narzekaj i krytykuj.
Pozdrawiam
Dagmaro. nic mądrzejszego i bardziej trafnego nie dopiszę. Oprócz poparcie dla tego co piszesz i większości komentarzy pod którymi się podpisuje.
Nie chce byc złym prorokiem, ale coś czuje że jeszcze nas kopną w dupę jak cały ZUS padnie i wszystkie te przepracowane lata, nie spędzone z dziecmi, (tematu kariery nawet nie poruszam bo większosc to po prostu pracuje na chleb) okażą się psu na budę.
Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że 500plus, nie będzie zachętą dla inteligentnych i dojrzałych rodziców, na kolejne dziecko.
Wg mnie to tylko przyczyni się do wzrostu patologii, nie kochanych dzieci, biednego społeczeństwa, nie wykształconego…będzie przyrost naturalny – owszem – taki cel postawił rząd – spełnią się ich obietnice. Ale kiedy dostajesz rybę, nic się nie zmienia. wciąz tkwisz w tej samej rzeczywistości. I o to rządowi chodzi. zbierają poparcie dla szybkich i łatwych obietnic. A amanionym społeczeństwem łatwiej manipulowac.
Teraz będa przechwałki…obiecaliśmy, dotrzymalismy słowa, czego od nas chcecie. A każdy madry wie, że kazda decyzje niesie za sobą KONSEKWENCJE… o nich rząd nie powie…bo po co…oni i tak się już obłowią o obstawią tak, ze będą nie do ruszenia…ale to już robi się zbyt polityczny komentarz :PP
Popieram Cię i jestem za udostępnieniem twojego postu…
Dziękuję Ci bardzo, niestety, z narodu zrobi się „ciemna masa”, tak jak piszesz. Przyrost będzie, ale czy te dzieci będą miały przyszłość, chęci, skoro od dziecka będą przyzwyczajone do leniwego brania, nic nie dając od siebie? Wątpię?
„Jeśli ktoś chce mieć tylko jedno dziecko, bo właśnie na to pozwalają mu środki i możliwości (również psychiczne), państwo nie powinno go za to karać.” – program ma niby zachęcać do „produkcji” nowych istnień, żeby docelowo pracowały na naszą emeryturę. A co jeśli za tą całą kasę którą państwo pakuje w dzieciaki, okaże się że młodzież po 18-stce wyjedzie za granicę za pracą i godnym życiem…???
Bardzo dobry tekst – jak zwykle zresztą. Bardzo dobrze opisana sprawa 500+. Nic dodać nic ująć. Jak ktoś nie zrozumie moich tłumaczeń to dam Twój wpis do przeczytania =)
Sam też wezmę pińcet – w końcu wyciągną mi to z mojego portfela.
Wyciągną, ale bez takiego splendoru, z jakim dadzą Ci to pińcet. Wyciągną po cichu, z tylnej kieszeni, powoli, bez rozgłosu. Skutek będzie ten sam. A dlaczego mam nie brać, skoro nikt się przy braniu z mojej kieszeni jakoś honorem nie unosi? Dziękuję bardzo za miły komplement!
Dagmara, brawo! To najbardziej wyczerpujący wpis na temat programu 500+, na jaki trafiłam. Zgadzam się ze wszystkim.
Dziękuję bardzo.
Ciekawa jestem jak długo będą nam te pińcet wypłacać…Obstawiam że nie dłużej jak do końca tego roku, potem Jedyna Słuszna Partia orzeknie że jednak dopłaty zostaną wstrzymane z racji Dziury Budżetowej która to kolejny poziom dna osiągnie 🙂
Dopóki dziura w budżecie będzie taka wielka, że usłyszy o niej cały świat 🙂
Zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. W moim mieście miesięczna opłata za PAŃSTWOWY żłobek jest wyższa niż 500 zł, a warunki w nim paskudne.
A poza tym kto mi wytłumaczy, dlaczego kobieta na urlopie macierzyńskim dostaje 80% wynagrodzenia?! Potrzeby rodziny w tym czasie są dużo wyższe (wystarczy przeliczyć wyprawkę, szczepienia, pieluchy, środki higieniczne dla niemowląt, ubranka itp.), a kobieta ma się zadowolić mniejszym wynagrodzeniem. Kobieta musi zdecydować, czy woli po porodzie wrócić do pełnopłatnej pracy, czy dostać mniejsze wynagrodzenie ale móc się zająć dzieckiem…
No właśnie, a po co te decyzje? 500 zł za żłobek, masz 3 dzieci, to w wielu miejscach przekracza średnią pensję. Bez sensu.
Żeby patrzeć z Twojej perspektywy trzeba trochę znać i interesować się ekonomią. Ludzi nie obchodzi, że nasze dzieci te pińcet kiedyś będą musiały spłacić.A może nie nie obchodzi, może po prostu o tym nie myślą…Ja mam jedno dziecko i ten program nie zachęcił mnie do posiadania kolejnego. A więc założenie z góry jest błędne. Nie zdecyduję się na kolejne dziecko, bo chcę pracować, a mam problem z przedszkolem, mam problem z służbą zdrowia, chociaż nazywanie instytucji w której jesteś nieproszonym gościem i intruzem „służbą zdrowia” to nadużucie, dokładnie tak jak opisałaś powyżej
Mnie się wydaje to śmieszne, że ludzie uważają, że nagle obecny rząd „znalazł” te pieniądze! To są jakieś kpiny, które udowadniają, że elektorat to ciemna masa.
Ale spójrz jak mało potrzeba, żeby przestać myśleć o przyszłości kraju, dzieci, naszych emerytur. Wystarczyło obiecać 500zł, żebyśmy mieli powtórkę z rozrywki. Ciemna masa.Też tak myślę…
Bardzo podoba mi się Twój tok myślenia. Jest wiele rzeczy, które nasz rząd mógłby zrobić za te pieniądze. Przede wszystkim zapewnić godna opeikę w szpiatalach. Niestety nie zależy to tylko od ilośc pieniędzy, ale przede wszystkim od zmiany myslenia ludzi, którzy tam pracują
To myślenie wymaga też bardzo dużo czasu, którego nikomu nie opłaca się poświęcić. Wszyscy niby chcą nam zrobić lepiej, ale to nie do końca prawda, wszyscy o tym wiemy.