Co słyszy dziecko?

Jestem zupełnie przekonana, że wewnętrzne aparaty odpowiedzialne za słuch, moje dzieci mają uszkodzone. To jest jedyne wytłumaczenie faktu, że to, co słyszy moje dziecko, ma się nijak do tego, co akurat powiedziałam!

Na przykład, zawsze wtedy, kiedy powiem „Kochanie, mamusia musi teraz zadzwonić, postaraj się być cichutko” moje dziecko wydobywa z czeluści kosza na zabawki organki, przy okazji znajdując bębenek, którym ostatnio bawiło się na Wielkanoc w 2012. Grając jednocześnie na organkach i bębenku, próbuje sobie przypomnieć pieśń żałobną Indian z plemienia Karaża, która brzmi jak skomlenie zażynanego wilka. Wszystko to powoduje, że rozmowa z kimkolwiek ogranicza się do natychmiastowej zmiany położenia do pomieszczenia, które zamyka się od wewnątrz na klucz.

Jestem przekonana, że kołysanka „Ach śpij kochanie” w uszach mojego dziecka brzmi „ach, szalej kochanie” i ma odwrotny skutek od zamierzonego usypiania. Za każdym razem, kiedy ją śpiewałam, moje dziecko dostawało nowej energii i postanawiało robić wszystko to, co spaniem akurat nie jest. Po latach dochodzenia stwierdziłam, że jedynym rozsądnym wytłumaczeniem jest to, że dziecko dosłownie brało do siebie wizję sięgania po gwiazdkę z nieba i postanawiało czyn ten zrealizować natychmiast i po trupach.

Kiedy powiem, że jestem zmęczona i chcę momencik odpocząć, moje dziecko udaje się do swojego pokoju, oddalonego o 45 schodów od miejsca, w którym na 2 minuty usiadłam, po czym głosem donośnym na najbliższe cztery domy, woła „maaaaaamoooooo, pomóż!”, bądź też, moje ulubione, „ojej, mamusiu, chodź tutaj szybko, zobacz, co się stało”. Kiedy narażając życie, przeskakując po dwa stopnie, wpadnę na górę, okazuje się, że stała się rzecz tragiczna, ale dziecko już nie pamięta, co to było, a teraz muszę pomóc ujarzmić rozwianą grzywę kucyka Pony.

Kiedy już postanawiam, że dziecko na jeden dzień zrzuci bezpieczne dresy na rzecz nowych spodni i proszę „uważaj kochanie, nie ubrudź się”, moje dziecko słyszy – mama bierze udział w fazie testowej nowego proszku do prania, poddajmy go prawdziwej próbie! Nie wiadomo skąd, nagle, wyczarowuje odrobinę ziemi do kwiatów, pisaka, oliwkę i mały gwóźdź. Kiedy za moment się odwracam, z potarganymi rajstopami, czarnymi smugami na twarzy i oliwką we włosach, dziecko zajęte jest domalowywaniem pisakiem gwiazdek na nowych spodniach.

Zdarza się, że mówię do mojego dziecka, że w domu jest posprzątane. Co słyszy dziecko? Acha! Tak pięknie i czysto, do ideału brakuje nam jeszcze tylko ładnych dekoracji! Znajduje więc nożyczki, z ryzy papieru wycina konfetti, które potem próbuje pomalować, a na koniec przykleić do zasłon, dywanu i swojej sukienki.

Kiedy mówię „zrób porządek w swoim pokoju”, moje dziecko słyszy – misja specjalna, szukamy kawałka czerwonej nitki, który gdzieś tu kiedyś chyba był (a może to było u babci, albo w przedszkolu?). Kiedy za 5 minut wchodzę do jego pokoju, wszystkie zabawki, wywalone ze swoich pudełek, piętrzą się na dywanie, bielizna z szafki świadczy o desperackiej próbie odnalezienia pasującej skarpetki, a dziecko stoi roznegliżowane na środku pokoju i pełne przerażenia i płaczu na końcu nosa mówi „nie ma”.

Kiedy tylko powiem mojemu dziecku, że od razu po przedszkolu idziemy w odwiedziny do cioci, okazuje się, że mój komunikat dziecko potraktowało jako okazję do pokazania cioci jakie ma talenty. Na twarzy maluje się talent to próbowania nowości – zielone od permanentnego pisaka usta nie zmyją się przez trzy kolejne dni. Na ubraniu uwidoczniony został talent malarski – plamy z koktajlu tworzą oryginalną kompozycję z barszczykiem, podrasowanym pastą jajeczną. Na włosach widać talent do prac manualnych – niczym nie przypominają schludnego kucyka. Osiemdziesiąt cztery spiki, którymi rano ujarzmiona została odrastająca grzywka, znikęły w nieznanych okolicznościach, a dziecko wygląda jak żywa reklama szamponu na kołtuny. W efekcie wizytę trzeba odwołać, a zadowolone dziecko wpakować po powrocie do wanny.

Za każdym razem, kiedy powiem dziecku, że jutro jest weekend, ono słyszy – wspaniale! Trzeba wstać o 5 rano i przypomnieć mamie, że w weekend nie idziemy przecież do przedszkola.

Kiedy mówię „nie rób tego skarbie”, moje dziecko słyszy „zrób to natychmiast sto razy i rób to za każdym razem, kiedy masz do tego okazję”.

Kiedy tylko wspomnę mimochodem, że jutro mamusia ma ważny dzień, moje dziecko słyszy – „alarm, stan wojenny”! Natychmiast uruchamiają się wszystkie instynkty obronne i dziecko zaczyna realizować skrupulatny plan obrony swojej pozycji pępka świata. Jako pierwsza leci podejrzana wysypka. Potem gorączka. Zdarza się biegunka. Na zakończenie wymioty. Po odwołaniu wszystkich planów i nieprzespanej nocy, spędzonej na czuwaniu przy łóżku malucha, kiedy tylko minie godzina pójścia do przedszkola, dziecko uruchamia tryb brykania i przez następne 12 godzin pokazuje, co w realu oznacza „okaz zdrowia”.

Kiedy mówię, że wychodzimy, moje dziecko słyszy „dom się pali, uciekamy, pożar! Bierz wszystkie swoje cenne rzeczy”! Rozpoczyna się długa litania wszystkich ulubionych zabawek, włącznie z kocykiem, który dziecko miało jeszcze w wózku, a który teraz, w burym kolorze, służy jako wycieraczka. Okazuje się, że bez tego kocyka absolutnie nie można wyjść. Kiedy już przeszukamy cały dom w poszukiwaniu „lózowego misia” (Ale nie tego!! Ani nie tego!! Nie, nie, nie to nie ten!!) dziecko, w dwóch rączkach trzymające trzydzieści osiem najpotrzebniejszych zabawek, w tym złamaną kredkę, ubrane w śniegowce, kombinezon, z rękawiczkami i w czapce na głowie, przypomina sobie, że przecież nie założyliśmy sukienki w króliczki i rozpoczyna desperackie próby zdarcia z siebie ubrania, nie wypuszczając przy tym z rąk ani jednej zabawki.

Jestem pewna, że kiedy pytam moje dziecko, co chciałoby zjeść, ono słyszy – „powiedz pomidor”. Ku swojemu zdziwieniu i mojej rozpaczy, kiedy potrawa wjeżdża na stół, dziecko bardzo zawiedzione uświadamia sobie, że chciało DOKŁADNIE przecież na odwrót i dlaczego ja zawsze robię mu na złość? Czy nie mogłabym chociaż raz spytać? Czy ja próbuję otruć swoje ukochane dziecko? Czy nie wiem, że przecież nienawidzi naleśników!

Nie wiem jak to naprawić, tymczasem w istotnych momentach nic nie mówię, bo się boję, że znowu zaistnieje komunikacyjna dziura i dziecko usłyszy coś, o czym ja w głowie myślę „TYLKO nie to”…I ktoś mi powie, że z dzieciakami nie jest wesoło 🙂

34 komentarze

  1. Czytalam i wyobrazalam sobie zwlaszcza Ninke jak wychodzi z domu z calym swoim inwentarzem….haha…masz racje cos z tym sluchem u dzieci jest nie tak :):) usmialam sie z rana :):)

    1. A, tak, Ninka jest mistrzynią przypominania sobie za pięć ósma, że nie ma jeszcze misia i torebki i drugiego pantofelka. Zawsze rozpoczynają się wtedy gorączkowe poszukiwania, zazwyczaj rzeczy, których nie widziałam od miesięcy.

      1. opłakaliśmy się ze śmiechu- nasze córeczki dokładnie tak wychodzą z domu. A na koniec jest – mamooooooo zapomniałaś o warkoczykach. Zrobię ci kucyka. Nieeeeee warkoczyki musza być.

  2. swietny tekst 🙂 u mnie dopiwro sie zaczyna-, bo starszy synek ma 3latka ale np. kiedy go proszę,żeby siedział spokojnie i cichutko przez moment bo właśnie uspypiam w drugim pokoju jego braciszka, to mam „jak murowane”, ze za najdalej dwie minuty będzie mnie desperacko wzywal bo mamusii siusiu muszę(mimo, ze kiedy dwie minuty wczesniej pytalam, mowil ze nie ;-), bo pić mi sie chce, bo pudełko się nie chce otworzyć, bo koc się zginął ecc

  3. Ja czasem mówię: Nie jedzcie tej zupy jest przeokropna, Nie wycierajcie butów, nie sprzątajcie pokoju niech będzie bałagan LOL
    W większości wypadków działa na odwrót ?

  4. Zawsze jak powiem:”zrób siku, bo zaraz wychodzimy, a po drodze nie będzie toalety!”, to dziecina chyba rozumie „wstrzymaj mocz, to będzie zabawnie na spacerze”. A jak tylko oddalimy się od domu to słyszę:Siuuuuusiuuuuu!

    1. No bo to właśnie tak działa. Już nie pytam, tylko przed wyjściem obowiązkowo jest siku 🙂 I tak zwykle słyszę to siuuuuuuuusiuuuuuuu w miejscu, w którym nijak się nie da. Dobrze, że dziecku wolno pod drzewkiem, hihi.

  5. Święta prawda! Te wyjścia z domu to już chyba klasyka – kołderka, pluszowa rybka, kucyk pony, myszka minnie, torebeczka 10×10 w której mieście 1001 niezbędnych drobiazgów, picie, ciasteczko, jabłuszko, nie te buty dzisiaj najlepiej crocsy jak jest 0C albo lepiej sandałki! a może do tego parasolka i koniecznie pudełko z lego bo co będzie w drodze robić! A prośba o cisze to już klasyka – ostatnio jak miałam calla z moim szefem to mnie prosił żebym nie robiła krzywdy swoim dzieciom bo tak głośno się kłóciły który kolor jest ich ulubionym! Największy dylemat – fioletowy czy może jednak różowy!

    1. Oj, tak! Crocsy w końcu schowałam bo codziennie chcieli w nich chodzić! Nawet w ten dzień, kiedy spadł śnieg! I u nas są kłótnie, czy na pewno niebo jest niebieskie. Ech.

  6. Mam podobny problem z moimi:-) Mają tzw. słuch wybiórczy;-) Słyszą to, na co czekają: zabawa, słodycze, wycieczka itp. Jedzenie, spanie, kąpiel – z tym ciężko dotrzeć do nich:-)

  7. Moja córeczka nie tylko słyszy to, co chce słyszeć, ale na dodatek porozumiewa się w wyłącznie jej znanym języku i czasami mam wrażenie, że macierzyństwo mnie przerosło :).

  8. tak… te najpotrzebniejsze zabawki… rany jak ja bym chciała wyłączyć tą funkcję u mojej córki….

      1. Ja moja załatwiłam – uwielbia torebki więc zabiera tylko to co w torebce, w końcu modnie musi być ?

  9. mój mówi, że moje dzieci słuch odziedziczyły po mamusi 😉 tzn. słyszą co chcą słyszeć, czasami uszy mają gumowe i słyszą cichą rozmowę prowadzoną usta-ucho, natomiast głośnych próśb wclae a wcale, jak grochem o ścianę, tudzież posiadają, jak mamusia rzeczona, wyłącznik i potrafią się odłączyć od świata i nic wtedy absolutnie do nich nie dociera :)))

    1. To chyba my wszystkie kobiety tak mamy. A oni to co? Nie? Ile razy muszę cholera jasna powtarzać, że coś trzeba zrobić i nic. Grochem o ścianę. Może to jakaś wada fabryczna? 🙂

  10. To ja opowiem anegdotkę z innej strony, gdy sama byłam kilkuletnim dzieckiem, któremu mama pomagała jeszcze uporać się z papierem toaletowym (tak jest to istotna informacja) 😉 Miałyśmy z siostrą kasety magnetofonowe Fasolek, Pana Tic-Taka i innych hitów z tamtych lat. Włączałyśmy w swoim pokoju i głośno śpiewały. Rodzice mieli wtedy chwilę „spokoju” w drugim pokoju;) Śpiewam piosenkę chyba Fasolek, gdzie refren był wymyślonym językiem i brzmiał mniej-więcej „hejo bejo, neder kotek, świnka śmiejo bziku bzik”. Głośno krzyknęłam „Nader kotek!” na co moja mama z drugiego pokoju: „znowu? Dopiero byłaś!”, bo usłyszała „idę kopę”… 😉

  11. Moja 15-letnia (!) córka mówi „dlaczego już dawno nie było u nas zupy pomidorowej przecież wiesz , że ją najbardziej lubię” no to ja na drugi dzień chcąc dogodzić mojej ukochanej córeczce gotuję tę nieszczęsną zupę pomidorową a Ona mi na to „dlaczego dziś ugotowałaś pomidorówkę ?! przecież wiesz, że się odchudzam i nie tknę tej zupy jeszcze pewnie ze śmietaną . 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *